To nie oznacza, że przesadnie angażujesz się w fikcję. Wręcz przeciwnie – według psychologów jest to całkowicie naturalny proces, który może mieć zaskakująco pozytywny wpływ na nasz umysł.
Serialowe maratony mają złą opinię
Binge-watching to coś, co doskonale zna większość z nas. Bardzo lubię, gdy mogę pochłonąć cały serial w kilka wieczorów, bez czekania na kolejny odcinek. Mam zresztą tak samo z książkowymi seriami, mangami czy manhwami. Jednak taka konsumpcja treści od dawna cieszyła się raczej złą sławą, a wiele osób określa to mianem bezmyślnego pożeracza czasu i głównego wroga zdrowego snu (okej, z tym trochę się zgadzam). Jednak binge-watching nie jest tak zły, jak go malują.
Pokazuje to najnowsze badanie przeprowadzone przez naukowców z University of Georgia, opublikowane na łamach czasopisma naukowego Acta Psychologica. Rzuca ono zupełnie nowe światło na ten popkulturowy fenomen. Serialowe maratony mają bowiem potężny, pozytywny wpływ na naszą wyobraźnię, pamięć i zdolność do radzenia sobie ze stresem. Badacze szczególnie przyjrzeli się tu zjawisku określanemu jako RII (retrospective-imaginative involvement). W dużym uproszczeniu chodzi o sytuację, w której po zakończeniu książki, filmu czy serialu nadal aktywnie wracamy do tej historii w myślach, wymyślając różne teorie, analizy czy nawet alternatywne zakończenia. Okazało się, że ten mechanizm pojawia się znacznie częściej właśnie u osób, które oglądają seriale w formie maratonów niż u tych, które dawkowały sobie odcinki przez wiele tygodni.
Teraz musimy wrócić do zarzutów wspomnianych wcześniej. W ogólnej opinii binge-watching kojarzy się raczej negatywnie, z zarwaną nocą, zmęczeniem i kolejnym odcinkiem oglądanym bardziej z przyzwyczajenia niż z przyjemności. Ciężko oczywiście całkowicie temu zaprzeczyć, ale badacze zwracają też uwagę na drugą stronę tego medalu. Kiedy przez kilka godzin zanurzamy się w jednej historii, nasz mózg buduje znacznie bardziej szczegółową mapę świata przedstawionego. Łatwiej śledzimy relacje między bohaterami, lepiej pamiętamy wydarzenia i mocniej angażujemy się emocjonalnie w opowieść. Innymi słowy, nie jesteśmy biernymi odbiorcami, bo nasza wyobraźnia pracuje przez cały czas.

Dlaczego przywiązujemy się do fikcyjnych bohaterów?
Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie popłakał się podczas jakiegoś filmu czy książki, gdy umierał główny bohater. Ja mam tak często, bo szczególnie łatwo przywiązuję się do postaci i mocno przezywam ich życia. Zapewne dlatego w badaniu interesowała mnie najbardziej ta kwestia. Ogólnie psychologowie od dawna opisują zjawisko relacji parasocjalnych. Są to jednostronne więzi emocjonalne, które tworzymy z osobami znanymi z mediów – aktorami, twórcami internetowymi, ale także bohaterami fikcyjnymi.
Nie chodzi o to, że nie zdajemy sobie sprawy, że bohaterowie filmów czy książek nie są prawdziwi. My to wiemy, ale mimo tego potrafimy przeżywać ich sukcesy, martwić się ich problemami czy odczuwać smutek, gdy historia dobiega końca. Tak samo, jak w przypadku realnych relacji, by takowe powstały musimy spędzać z jedną osobą sporo czasu. Przy binge-watchingu czy binge-readingu mamy ku temu świetną okazję, przez co później intensywniej o tym myślimy i analizujemy działania bohaterów. Naturalnie też jesteśmy uważniejsi, bo bardziej nam zależy.
Nie bez powodu cały czas wracam cały czas do książek. Naukowcy wykazali, że zapaleni czytelnicy, którzy potrafią pochłonąć całą grubą powieść „od deski do deski” w jeden lub dwa wieczory, doświadczają dokładnie tego samego, a często nawet głębszego efektu RII. Skondensowany czas lektury buduje w naszych głowach potężny, plastyczny i niezwykle ostry obraz literackiego świata, przez co późniejszy powrót do rzeczywistości bywa trudny, a fikcyjne uniwersa pozostają aktywne nawet kilka miesięcy po zamknięciu książki.

Może to jednak nie taka strata czasu?
Powracanie myślami do ulubionych historii może działać jak forma psychicznego odpoczynku. Taka bezpieczna przestrzeń, do której wracamy po trudnym dniu, kiedy potrzebujemy chwili oddechu od pracy, obowiązków czy codziennych problemów. Oczywiście wszystko ma swoje granice. Jeśli oglądanie seriali staje się sposobem na permanentne unikanie rzeczywistości albo regularnie odbiera nam sen, trudno mówić o zdrowym nawyku, ale samo zanurzenie się w dobrej historii nie jest niczym złym. Wręcz przeciwnie.
Mam wrażenie, że przez ostatnie lata trochę za łatwo zaczęliśmy dzielić rozrywkę na „wartościową” i „marnowanie czasu”. Jeśli czytamy książkę, rozwijamy się. Jeśli analizujemy film, obcujemy ze sztuką. Jeśli obejrzymy cały sezon serialu w weekend, często pojawia się poczucie winy. Nie dlatego, że realnie zaniedbaliśmy jakieś obowiązki, tylko dlatego, że społecznie przyklejono już temu łatkę marnowania czasu.
Czytaj też: Kiedyś wręcz połykałam książki. Dziś potrafię czytać tę samą stronę trzy razy
Cieszę się więc, że takie badania się pojawiają. Dobra historia – niezależnie od tego, czy znajdziemy ją między okładkami książki, na ekranie telewizora czy w serwisie streamingowym – angażuje naszą pamięć, emocje i wyobraźnię. A kiedy po finale nadal zastanawiamy się nad losem bohaterów, nasz mózg nie próżnuje. Po prostu nadal dopowiada sobie historię, a my mamy do czego wracać, gdy w pracy jest ciężko albo po raz kolejny uciekł nam autobus.
Źródło:University of Georgia, ScienceDirect
