Okazało się jednak, że studenci, którzy nie musieli walczyć z czekoladową pokusą, szukali rozwiązania zdecydowanie wytrwalej niż ich koledzy – pierwsi poświęcili na to dziewiętnaście minut, drudzy poddali się już po ośmiu! Pomyślcie zatem, jak zmęczeni jesteśmy, walcząc przez cały dzień o wytrwanie w postanowieniu trzymania się diety!

Dla wszystkich, którzy chcą jednak wprowadzić w życiu zmiany, psychologowie mają dwie dobre wiadomości. Po pierwsze samokontrola, nazywana również silną wolą, jest jak mięsień, męczy się, ale dzięki regularnym ćwiczeniom można ją znacznie wzmocnić. Po drugie, skłonność do popadania w automatyzm możemy wykorzystać z pożytkiem dla siebie. Chip i Dan Heathowie, autorzy książki „Pstryk. Jak zmienić, żeby zmienić”, piszą: „Nawyki to automatyczny pilot zachowania i właśnie dlatego są tak ważnym narzędziem dla osób wprowadzających zmiany. Ci, którzy potrafią zaszczepić przyzwyczajenia ułatwiające osiąganie wyznaczonych celów, w zasadzie robią postępy, nie ponosząc żadnych kosztów”. Nawyki mamy wszyscy, chodzi o to, aby te złe zastąpić dobrymi. Już Mark Twain mówił: „Aby zerwać z nawykiem, wyrób sobie inny, który go wymaże”. Żeby to się udało, trzeba jednak wiedzieć, jak działa nawyk.

Pętla nawyku

Mycie zębów to we współczesnym zachodnim świecie jeden z najpowszechniejszych nawyków – niewielu z nas jest w stanie wyjść rano z domu albo położyć się spać bez wyszczotkowania zębów. Ale zaledwie sto lat temu czynność ta była większości ludzi całkiem obca. Podczas I wojny światowej rząd Stanów Zjednoczonych uznał złą higienę jamy ustnej za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego – tak wielu poborowych miało zepsute zęby. Jednak jeszcze przed wybuchem II wojny światowej mycie zębów stało się codziennym rytuałem dla ponad połowy Amerykanów. Jak zaszczepiono milionom ludzi nawyk? Jak to w Ameryce –wynajęto agencję reklamową.

Claude Hopkins, który wcześniej namówił miliony Amerykanek do używania mydła Palmolive, a ich mężów do kupienia opon Goodyear, dostał zlecenie na wypromowanie pasty do zębów Pepsodent. W kraju, w którym niemal nikt pasty nie potrzebował, nie było to łatwe zadanie. Hopkins, kierując się zapewne genialną intuicją, wiedział, że każdy nawyk napędzają wskazówka i nagroda. I znalazł je. „Po prostu przejedź językiem po własnych zębach. Poczujesz nalot – on właśnie sprawia, że twoje zęby tracą blask i stają się podatne na próchnicę” – głosiła reklama Pepsodentu. Ludzie automatycznie wykonywali polecenie ze sloganu i rzeczywiście przejeżdżali językiem po zębach – prosta wskazówka. Nagrodą był piękny, zdrowy uśmiech.

Było jednak jeszcze coś: olejek miętowy i kwas cytrynowy, które nie tylko świeżo smakowały, ale jeszcze  delikatnie drażniły dziąsła i język. „Konsumenci mówili, że kiedy zapomnieli użyć Pepsodentu, uświadamiali sobie swój błąd, ponieważ brakowało im chłodnego mrowienia w ustach. Oczekiwali – pragnęli – tego delikatnego podrażnienia. Kiedy się nie pojawiało, nie czuli, że ich usta są czyste” – pisze Charles Duhigg w książce „Siła nawyku”. Dopiero kiedy postawili znak równości między czystością i mrowieniem i zaczęli pragnąć tego doznania, mycie zębów stało się nawykiem (kiedy kampania reklamowa startowała, Pepsodent stał w łazience 7 proc. Amerykanów, dziesięć lat później – u 65 proc.).