Ten skarb jest wart dzisiaj fortunę! Starożytne łupy nadal są nieuchwytne, ale wiemy, gdzie szukać

Od półtora tysiąca lat historycy, archeolodzy i zwykli amatorzy szukają skarbów wywiezionych w 410 r. przez Wizygotów ze złupionego Rzymu. Wśród tych bogactw były bezcenne drogie kamienie, 25 ton złota i 150 ton srebra, a może i Arka Przymierza…
Ten skarb jest wart dzisiaj fortunę! Starożytne łupy nadal są nieuchwytne, ale wiemy, gdzie szukać

Najwięcej śladów wiedzie do włoskiej Kalabrii, gdzie po splądrowaniu Wiecznego Miasta, w drodze na Sycylię, zmarł wizygocki król Alaryk I. Zgodnie z przekazami dziejopisarzy został pochowany z drogocennymi trofeami w korycie rzeki Busento, niedaleko Cosenzy. Ale są też tropy prowadzące do południowej Francji. Tym, co odróżnia skarb Alaryka od innych mitycznych skarbów, jest historyczna pewność, że istniał naprawdę.

KARA ZA GRZECHY

W V w. niezdobyty od ośmiu wieków Rzym spał błogim snem. Nie był już stolicą imperium – po pierwsze Teodozjusz I Wielki podzielił je między dwóch swoich synów, po drugie miastem rządził wpływowy senator Pryskus Attalus, zaś prawowity władca cesarz Honoriusz rezydował w Rawennie – jednak Wieczne Miasto wciąż wydawało się pępkiem świata. Któż mógł przypuszczać, że niebawem padnie ofiarą barbarzyńców? Może tylko kilku niewolników, którzy 24 sierpnia 410 r. pod osłoną skwarnej nocy uchylili wrota wrogim wojskom…

Hordy Wizygotów pod wodzą Alaryka trzy dni plądrowały Wieczne Miasto. Mający wówczas 10 lat Salwian z Marsylii napisał później w dziele „O rządach Bożych”, że ich ręką Opatrzność Boża karała Rzymian za przywary. Wczesnochrześcijański pisarz wychwalał też cnoty barbarzyńców, których mieszkańcy Wiecznego Miasta – będący świadkami krwawych orgii – nijak nie mogli się dopatrzyć. Sam Kościół ucierpiał najmniej, bo papież Innocenty I pospiesznie oddał się pod opiekę najeźdźcy. W zamian Alaryk – chrześcijanin, choć heretyk (prawdopodobnie był arianinem) – nakazał swym żołnierzom, aby oszczędzili relikwie świętych patronów Kościoła.

PODWODNY GROBOWIEC

Po trzech dniach pogromcy Rzymu opuścili ograbione i upokorzone miasto, wywożąc skarby szacowane na 150 ton srebra i 25 ton złota. Nie udali się jednak na północ, lecz wyruszyli w kilkumiesięczny marsz na południe. Ich celem była Afryka. Nigdy tam nie dotarli. W Brindisi (zgodnie z podręcznikiem historii z 770 r. benedyktyńskiego mnicha Pawła Diakona) podczas przeprawy przez Cieśninę Mesyńską zaskoczył ich sztorm. Stracili wielu ludzi i kilka zrabowanych wcześniej okrętów. Alaryk wydał rozkaz odwrotu w głąb żyznej Kalabrii, gdzie mogli spokojnie przeczekać zimę.

Już wtedy 40-letni wódz nie czuł się dobrze, miał obrzmiałą i zmęczoną twarz. Kilka tygodni później zmarł. Według jednych źródeł przyczyną śmierci była malaria, według innych – zakażenie po zranieniu lancą. Spoczął wraz ze swym rumakiem i zdobytym w Rzymie bezcennym łupem na dnie rzeki Busento. Urodzony 75 lat później Kasjodor, historyk i kanclerz na dworze królów ostrogockich, w „Dziejach Gotów” napisał, że wzięci do niewoli więźniowie musieli przesunąć koryto rzeki, a po zakończonej ceremonii pogrzebowej ponownie skierowali jej bieg w pierwotne łoże, aby fale przykryły grób. Potem zostali wybici co do jednego, by miejsce wiecznego spoczynku barbarzyńskiego króla pozostało na zawsze tajemnicą.

Czy Kasjodor, opisując ten bezprecedensowy pogrzeb, dał się ponieść fantazji? Wielu historyków uważa, że jego świadectwo jest miarodajne. Najeźdźcy nie zamierzali zostać w Kalabrii na zawsze, nie ulega więc wątpliwości, że jakikolwiek naziemny grobowiec zostałby zburzony i zbezczeszczony natychmiast po ich odejściu. Istniała więc rzeczywista potrzeba sekretnego pochówku, a grób pod rzeką doskonale tę rolę spełniał. Czy jednak Alaryk został w nim pochowany wraz ze złupionym w Rzymie bogactwem, jak utrzymuje Kasjodor – tutaj badacze są mniej zgodni. Wszystkie dotychczasowe poszukiwania zakończyły się fiaskiem.

MILIONERZY, JASNOWIDZE I ESESMANI

W 1747 r. szeroko zakrojone wykopaliska u zbiegu rzek Crati i Busento sfinansował zamożny neapolitańczyk Ettore Capecelatro. Blisko tysiąc robotników pracowało w pocie czoła, wysiłek okazał się jednak daremny.

Poszukiwaczy amatorów przybyło po ukazaniu się w 1828 r. poematu „Das Grab im Busento”. Jego autor, niemiecki książę August von Platen-Hallermunde rozsławił tezę Kasjodora. Sto lat później, w 1937 w., skarbu szukał archeolog pasjonat Fausto Terzani, któremu towarzyszyła szczycąca się sztuką jasnowidztwa Francuzka Amelie Crevelin. Ponieważ znała się również na radiestezji, para z wahadełkiem w dłoni przemierzyła okolice Cosenzy wzdłuż i wszerz.

Podobno dzięki artykułom w niemieckiej prasie wieść o poszukiwaniach dotarła do Adolfa Hitlera, który przed wybuchem II wojny światowej zlecił Heinrichowi Himmlerowi zorganizowanie naukowej wyprawy do Kalabrii. Chociaż szef SS – założyciel stowarzyszenia Ahnenerbe (Niemieckie Dziedzictwo Przodków), badającego pradzieje duchowej spuścizny rasy germańskiej – wykazał szczególne zainteresowanie historią Alaryka, poszukiwania w okolicach Cosenzy nie dały żadnego rezultatu (o tym, jak wielkie symboliczne znaczenie miała dla III Rzeszy postać Alaryka – Gota, który rzucił Rzym na kolana – świadczy fakt, że jego imieniem Niemcy nazwali operację militarną mającą na celu przejęcie kontroli nad Włochami w maju 1943 r.).

Badania prowadzone w ostatnich dekadach były zdecydowanie mniej spektakularne i kosztowne. Lokalni pasjonaci (niektórzy twierdzili, że Alaryk ukazał się im we śnie!) szukali skarbu w innych rejonach Kala- brii o podobnych nazwach – w dolinie rzeki Basento, która podobnie jak Busento wpływa do Morza Jońskiego, oraz w miejscowości Bisentio. Z kolei niemiecki archeolog Erik Furugard dokonał inspekcji tajemniczego okrągłego kopca (Cozzo Rotondo) w Bisignano niedaleko Cosenzy, o którym to obiekcie krążyły legendy, że jest w nim ukryty skarb. Ale i on nic nie znalazł.

BRACIA INDIANY JONESA

Nie noszą kapeluszy typu Fedora, skórzanych kurtek, nie mają rewolwerów ani bicza. Z pozoru dwaj bracia z Cosenzy – Natale i Francesco Bosco – w niczym nie przypominają Indiany Jonesa. Są jednak równie uparci: ci zafascynowani archeologią pracownicy supermarketu od przeszło 10 lat walczą o zezwolenie na oficjalne wykopaliska w odnalezionym przez nich domniemanym grobowcu Alaryka.

Utrzymują, że wizygocki król nie mógł spocząć w miejscu, gdzie rzeka Busento wpada do Crati (jak chce zapoczątkowana przez Kasjodora tradycja), gdyż miejsce to było zbyt widoczne i z tego powodu niebezpieczne.

Ich zdaniem Alaryk został pochowany półtora kilometra dalej, w miejscowości Mendicino (gdzie do rzeki Caronte, będącej dopływem Busento, wpada strumień Canalicchio). Dlaczego właśnie tam? Bracia odpowiadają, że tamtędy wiodła antyczna droga, którą Goci po nieudanej próbie przeprawy na Sycylię przybyli do Cosenzy.

W tym miejscu kalabryjscy pasjonaci odkryli na skalnej ścianie masywu Alimena ogromnych rozmiarów gocki krzyż. Ma 20 m wysokości i 12 m szerokości. To miejsce nosi zastanawiającą nazwę Rigardi, co oznacza, by spoglądać na nie z respektem. Najciekawsze jest jednak to, że naprzeciwko krzyża, po drugiej stronie doliny, w skalnym masywie pochodzenia wulkanicznego leżą dwie groty. W jednej stoi pogański ołtarz, a podłoże wysypane jest piaskiem pochodzenia rzecznego. Podobny piasek znajduje się też w drugiej grocie. Jak tam trafił? Jeśli nawet bracia Bosco nie odkryli grobowca Alaryka ze złupionymi skarbami Rzymu, z pewnością groty zasługiwałyby na naukowe zbadanie – twierdzą archeolodzy.

Jak dotąd, nikt jednak nie otrzymał zezwolenia na oficjalne wykopaliska. Ministerstwo zwleka z podjęciem jakiejkolwiek decyzji, a i sąd, gdzie sprawa w końcu trafiła, nie kwapi się z wyznaczeniem biegłych. Za to kilka tygodni temu władze Kalabrii ogłosiły, że mają zamiar uczynić z barbarzyńskiego najeźdźcy symbol regionu.

Już teraz wiele tamtejszych produktów nosi jego imię – mleko, wino, chleb, oliwa z oliwek… Do barbarzyńcy odwołują się hotele, schroniska, restauracje, stowarzyszenia kulturalne, siłownie. „Entuzjazm wokół Alaryka osiągnął apogeum w związku z 1600. rocznicą jego śmierci. Włodarze Cosenzy urządzili mecz między włoską drużyną narodową i drużyną Niemiec, myśląc pewnie, że Alaryk był Niemcem. Teraz mają zamiar otworzyć u zbiegu rzek Busento i Crati muzeum imienia Alaryka. Jakie eksponaty do niego trafią, nie wiadomo. Nie ma żadnych związanych z nim przedmiotów” – stwierdził prof. Giovanni Sole, historyk i antropolog z Uniwersytetu Kalabrii. W książce „Il Barbaro buono e il falso Beato” (Dobry barbarzyńca i fałszywy błogosławiony) wyśmiał tezę o specjalnym związku Alaryka z Ka- labrią, głoszoną przez lokalne władze: „Nie był dobroczyńcą, ale barbarzyńskim najeźdźcą, który bezlitośnie złupił nie tylko Rzym, ale i wszystkie prowincje, które przemierzał, w tym Kalabrię”.

PIĘKNA I BESTIA

Fakt, że Alaryk zmarł w Kalabrii, może wskazywać, że właśnie tam należy szukać jego grobu. Nie oznacza jednak, że również tam tkwią zagrabione w Rzymie skarby. Wiele wskazuje na to, że część łupów Alaryka mogła trafić w ręce Galli Placydii, córki cesarza Teodozjusza I Wielkiego. Urodziła się w 390 r. w jeszcze potężnym Imperium Rzymskim, dorastała w już podzielonym, a gdy zmarła w 450 r., jego zachodnia część walczyła o przetrwanie. Inwazja Alaryka była momentem zwrotnym w życiu Galli. Słynąca z urody i pochodząca z cesarskiej rodziny kobieta stała się najcenniejszym łupem króla Wizygotów.

Trudno powiedzieć, czy zauroczyła 40-letniego Alaryka. Historycy milczą na ten temat. Nie ulega natomiast wątpliwości, że w pięknej Galli zakochał się bez pamięci szwagier i następca Alaryka – Ataulf. Poślubił ją 4 lata później we francuskiej miejscowości Narbonne. Ze szczegółowego opisu wesela sporządzonego przez ówczesnego historyka Olimpiodora z Teb wynika, że aby się przypodobać przyszłej małżonce, Ataulf założył rzymskie szaty. Jeden z jego darów stanowiło 50 młodzieńców niosących po dwie tace: jedną wypełnioną złotymi monetami, a drugą – szlachetnymi kamieniami. Możemy się domyślić, że kosztowności ofiarowane przez Ataulfa pochodziły z łupów zrabowanych w Italii.

W 415 r. Ataulf został zamordowany, a jego następca potraktował wdowę jak niewolnicę. Dopiero po jego śmierci została odesłana na dwór cesarski, gdzie poślubiła walecznego generała Konstanjusza, z którym miała syna Walentyniana. W 423 r. Placydia osadziła 6-letniego chłopca na tronie. To w jego imieniu de facto sprawowała władzę przez 27 lat. Chociaż był to okres pełen wewnętrznych konfliktów i inwazji barbarzyńców, dzięki zręcznej polityce nie dopuściła do ostatecznego rozkładu kraju. Przed śmiercią kazała wybudować w Rawennie mauzoleum, gdzie miały spocząć jej doczesne szczątki. Skromny z zewnątrz budynek wewnątrz ocieka złotem. Niektórzy badacze uważają, że to właśnie do Rawenny trafiła część bogactw złupionych przez Alaryka w Rzymie.

Ich przeciwnicy podważają tę tezę, twierdząc, że po śmierci Ataulfa Galla Placydia została pozbawiona wszelkich wpływów, nie mogła więc rozporządzać zrabowanymi dobrami. Ich zdaniem te kosztowności pozostały we Francji.

ZRABOWANE SKARBY RZYMU

1. złoto i srebro (dzieła sztuki, monety itp., niektóre zapewne zostały przetopione) pochodzące z obrabowanych rzymskich domów

2. klejnoty, np. w formie kamei

3. być może zdobyczne skarby Rzymian ze Świątyni Salomona w Jerozolimie

4. inne cenne elementy wystroju złupionych domów (rzeźby, pamiątkowa broń) oraz wartościowe przedmioty codziennego użytku (szaty, naczynia etc.)

ŚWIĄTYNIA SALOMONA

Dziwnym trafem we Francji większość domniemanych skarbów i sekretów wiąże się z Langwedocją.

Szczególnie słynna jest w tym regionie niewielka, zagubiona pod Pirenejami miejscowość Rennes-Le-Chateau. Przez jej historię przewinęli się Celtowie, Rzymianie i Wizygoci (osiedlili się tam po złupieniu Rzymu). Z kolei w średniowieczu żyli w Langwedocji prześladowani przez papiestwo tajemniczy katarzy. Jednocześnie działali tam również oskarżani o herezję templariusze. Zdaniem niektórych łowców skarbów w tym regionie ukryto coś bezcennego, pochodzącego z łupów Alaryka.

Gdy bowiem Wizygoci wtargnęli w 410 r. do Rzymu, zrabowali również bogactwa zagrabione ze świątyni Salomona po zburzeniu Jerozolimy w 70 r. Rzymianie zabrali m.in. wielki siedmioramienny kandelabr wykonany ze złota. Józef Flawiusz, żydowski historyk i naoczny świadek oblężenia, napisał, że owa menora została wniesiona do Wiecznego Miasta w uroczystej procesji. Płaskorzeźba siedmioramiennego świecznika widnieje na łuku triumfalnym zbudowanym w Rzymie dla uczczenia zwycięstwa. Tu kończy się historia, a zaczyna legenda. Mówi, że najważniejszym łupem ze świątyni Salomona nie był kandelabr, ale Arka Przymierza. A zatem i ten skarb mógł dostać się w 410 r. w ręce Alaryka, a potem Wizygotów, którzy osiedli we Francji. Przechowywana najpierw przez Wizygotów Arka z czasem znajdowała kolejnych opiekunów. Mogła trafić też pod pieczę katarów albo templariuszy. Ci zaś przed zagładą ukryli swe skarby…

Można byłoby te wszystkie domniemania wyśmiać, gdyby nie historia miejscowego proboszcza. Kiedy w 1885 r. do Rennes-Le-Chateau przybył młody ksiądz Berenger Sauniere, zastał nie więcej niż 300 dusz. Osada, która za czasów Ataulfa (następcy Alaryka) była 30-tysięcznym miastem o nazwie Rhedae, świetność miała dawno za sobą. Nie zraziło to jednak duchownego. Zabrał się za remont kościółka pod wezwaniem św. Magdaleny, który powstał w 1059 r. na ruinach wizygockiej świątyni z V w. W 1892 r. podczas robót przy ołtarzu w kolumnie z wizygockimi zdobieniami natknął się na tajemnicze pergaminy. Nie wiadomo, co zawierały. Nie udało się również ustalić, czego szukał ksiądz, rozpoczynając tuż potem wykopaliska w podziemiach kościoła i na cmentarzu. Faktem jest, że nagle ten prowincjonalny sługa Boży zaczął się pojawiać we wpływowych kręgach Paryża i Europy. Rozkochał się w luksusach, rozpoczął kosztowne inwestycje. Po latach jego postać zainspirowała wielu pisarzy, m.in. Dana Browna. Pozostaje pytanie, czy Sauniere odkrył jakiś wielki sekret Kościoła i Watykan zapłacił mu za milczenie (wezwano go do Rzymu, stanął przed trybunałem eklezjastycznym, ale nigdy nie wyjawił, czego dotyczyło przesłuchanie), a może znalazł w Rennes-Le-Chateau jakieś kosztowności?

Ciekawe, że w latach 30. XX w. na terenach między fortecą katarów w Montsegur a Rennes-Le-Chateau prowadził poszukiwania młody niemiecki historyk i pisarz Otto Rahn (który później wstąpił do SS, a w 1939 r. popełnił samobójstwo lub został zamordowany). Hitlerowcy poświęcali wiele sił i środków na poszukiwania symboli i relikwii, które przydałyby splendoru i prestiżu ich ideologii. Skarbu w Pirenejach miał ponoć poszukiwać także „komandos Hitlera” Otto Skorzeny. Z książki amerykańskiego pułkownika Howarda Buechnera „Emerald Cup Ark of Gold” wynika, że Niemiec znalazł tropione bogactwa bądź ich część. Ów skarb został jakoby wywieziony w 32 ciężarówkach do Niemiec, a następnie do USA. Nikt jednak tych danych nie potwierdził, a historycy je wyśmiali…

MITY I KAMEE

Skarby Rzymu zostały zapewne podzielone. Nie wiadomo tylko, w jakich proporcjach. Historycy są przekonani, że miał rację zarówno Kasjodor, pisząc, że Alaryk spoczął w podwodnej mogile ze złupionym bogactwem, jak i Olimpiodor z Teb – wspominając o ociekającym złotem ślubie Ataulfa z Gallą.

Zdaniem badaczy do grobowca Alaryka trafiły wielkie kamee (szlachetne kamienie ozdobione reliefem) – najbardziej wyrafinowane ozdoby starożytności. W muzeach znajduje się dużo małych egzemplarzy, ale z dużych zachowały się nieliczne. Pracownie kamei były w starożytności bardzo rozpowszechnione, dziwi więc fakt, że podobnych dzieł znajdujemy tak mało. Są wykonane z bardzo twardego kamienia, nie można ich przetopić (jak np. wielkich rzeźb z brązu czy złotych ozdób). Kamee w czasach złupienia Rzymu miały dużą wartość, ale już wtedy trudno je było wymienić na złoto. Tak więc doskonale się nadawały, by ozdobić nimi grób zmarłego króla bez uszczerbku dla jego następcy.

Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że nawet gdyby grób barbarzyńskiego pogromcy Rzymu nie zawierał ani ton złota i srebra, ani skarbów Świątyni Salomona, ani kamei, jego znalezienie i tak byłoby odkryciem stulecia. Choćby dlatego, że to zagadka, która czeka na rozwiązanie od ponad półtora tysiąca lat.