Masowo na arenach ginęli chrześcijanie i to właśnie idee, które niosło chrześcijaństwo, doprowadziły do zaprzestania organizowania igrzysk z udziałem gladiatorów (zwierzęta uratował kryzys gospodarczy: niełatwo było je sprowadzać). Nie oglądano już ich, co nie znaczy, że myśl o nich przestała sprawiać przyjemność. Tertulian z Kartaginy, uznawany za jednego z pierwszych chrześcijańskich teologów, wyobrażał sobie niebo w dość specyficzny sposób – jako balkon, z którego zbawieni podziwiają piekło, czyli arenę, gdzie torturom poddawani są potępieni. Kara potępionych miała być wieczną radością zbawionych.

 

MIESZANE EMOCJE

„Przypatrywanie się cierpieniu sprawia przyjemność, zadawanie cierpienia jeszcze większą – jest to zdanie srogie, lecz stare, potężne, ludzkie, arcyludzkie zdanie, które by zresztą już małpy może były podpisały” – pisał niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche w pracy „Z genealogii moralności”. Jako inspirację do badań naukowych potraktowali te słowa psychologowie Colin Wayne Leach, Russell Spears i Antony S.R. Manstead. Wyszli oni z założenia, że choć przyzwoitość nie zawsze pozwala nam to przyznać, wszyscy czasem cieszymy się z nieszczęścia innych ludzi: bohaterów reality show wychodzących na głupców, celebrytów, którym powinie się noga, czy tych, których naszym zdaniem słusznie spotkała kara. Wykazali też, że istnieje przyjemność bierna różniąca się od takiej, w której przyczyniliśmy się nieco do nieszczęścia bliźniego. Ich praca wydaje się ciekawa przede wszystkim dlatego, że porusza temat zazwyczaj obchodzony przez psychologów szerokim łukiem.

Od zarania psychologia zajmowała się przede wszystkim emocjami uznawanymi przez wielu za negatywne: strachem, złością, wstrętem (w naturalny sposób skupiamy się na nich łatwiej, w końcu od nich zależy czasem nasze przeżycie: mają nas ostrzegać przed niebezpieczeństwami). Z kolei rozwijająca się od końca XX w. psychologia pozytywna koncentruje się na tym, co stanowi podłoże dobrego samopoczucia i szczęścia. Skomplikowanym emocjom, takim jak Schadenfreude, trudno sobie znaleźć zaciekawionego badacza. W dodatku nie wiadomo nawet, co dokładnie jest do zbadania, bo o mieszanych emocjach mówimy niechętnie, niełatwo je rozróżniamy, nie mamy nawet precyzyjnego słownictwa, by o nich opowiadać.

Kilka lat temu badacze z Emory University w Stanach Zjednoczonych przyjrzeli się jednak uważnie Schadenfreude, uznając, że może to być okazja do lepszego poznania ciemnej strony człowieka. Opublikowali pracę będącą wynikiem ponad trzydziestu lat badań i obserwacji. Ich zdaniem Schadenfreude ma trzy podstawowe formy, związane z agresją, rywalizacją i poczuciem sprawiedliwości. Ta pierwsza wywodzi się z poczucia tożsamości społecznej, kształtowanej już w dzieciństwie (odczuwają ja na przykład kibice podczas meczu). Druga wiąże się z indywidualnym konkurowaniem (i ma wiele wspólnego z zazdrością; cieszymy się, kiedy naszemu konkurentowi nie powiodło się). Trzecia zaś odwołuje się do uwewnętrznionego poczucia sprawiedliwości, także rozwijającego się już we wczesnym dzieciństwie (w tej kategorii mieści się to, co czujemy, widząc, jak zasłużona kara spotyka oszusta).

Mimo że wszyscy czasem odczuwamy radość z cudzego nieszczęścia czy cierpienia, niektórym przychodzi to łatwiej i częściej. Nie zdziwi nikogo fakt, że dotyczy to zwłaszcza osób osiągających wysokie wskaźniki w pomiarach cech „ciemnej triady”: narcyzmu, psychopatii i makiawelizmu, a także sadyzmu. Zdaniem badaczy doświadczenie Schadenfreude jest podobne do stania się na chwilę psychopatą (to oczywiście grube uogólnienie, bo proces jest tymczasowy i nie tak głęboki): pod wpływem sytuacji zewnętrznej odczłowieczamy przedmiot naszych uczuć. Z kolei psycholożka Mina Cikara z Harvardu uspokaja, że jeśli czujemy Schadenfreude, to jeszcze nie znaczy, że jesteśmy psychopatami, a niedostatek empatii nie zawsze jest patologią. Ale jeśli zdarza nam się to często i regularnie, warto się zastanowić…

Ograniczenia empatii badała niemiecka neurobiolożka Tania Singer. Kiedy ludziom podczas skanowania mózgu pokazuje się dłoń innej osoby rażonej słabym prądem, widać, że uaktywniają się obszary mózgu związane z bólem – współodczuwamy. Inaczej dzieje się jednak, kiedy ta dłoń należy do kogoś, kto przed badaniem grał z nami w jakąś grę i oszukiwał. Wówczas drzwi do empatii się zamykają. A właściwie zależy to od płci: u większości kobiet pozostają lekko otwarte (badane wykazywały ograniczoną empatię), u większości mężczyzn się zupełnie zamykają. Oni koncentrują się na sprawiedliwości. Właśnie zajęli wygodne miejsce na balkonie Tertuliana.