Dwadzieścia trzy metry długości, pięć metrów szerokości, maszt wysokości dziesięciu metrów i trzydzieści dwa wiosła. Wąski i długi kadłub pokryty wyprofilowanymi deskami, ułożonymi dachówkowo, zakończony wysokim dziobem i rufą, boczny ster mocowany do prawej burty. Kadłub i poszycie spajane są żelaznymi gwoździami i nitami. To podstawowe dane techniczne wraku długiej łodzi wikingów odkrytej w norweskim Gokstad, która może służyć za egzemplarz pokazowy szkutniczego kunsztu Ludzi Północy.

Wiosła w dłoń


Okręty wikingów korzystały z dwóch źródeł napędu – wiatru i siły ramion wioślarzy. W czasie żeglugi w sprzyjających warunkach na wysoki maszt wciągano prostokątny żagiel. Gdy trzeba było manewrować, za wiosła chwytała załoga.

Wiosłowanie wydaje się proste. Jak robili to wikingowie? Na łodziach znajdowały się niskie ławeczki, pozwalające na mocne wychylenie ciała w przód i w tył. Tajemnica sprawnego poruszania się tkwi w synchronizacji wysiłków wioślarzy. Regaty na kolejnych Festiwalach Wikingów w Wolinie pokazały, że lepsze efekty osiągały załogi, które nie wkładały maksymalnej siły w wiosłowanie, ale robiły to równo. A więc liczyła się nie tylko siła, ale przede wszystkim technika.

Nie warto jednak wiosłować, gdy na morzu panują dogodne warunki do żeglugi. Nawigacja z wiatrem nie jest skomplikowana. Duży prostokątny żagiel znakomicie pracuje przy wietrze od rufy. Rekonstrukcje łodzi wikingów rozwijają prędkość 10–11 mil morskich. Problem pojawia się przy wietrze od dziobu. Współczesnym jachtem można płynąć pod wiatr, halsując, czyli płynąc zygzakiem. Manewry te umożliwia żagiel trójkątny, zwany łacińskim. Drakkary wyposażone były jedynie w prostokątny płat materiału. Niektórzy sądzą, że z tego powodu nie da się płynąć nimi ostro do wiatru, czyli halsem. Nie zgadza się z tym Jarosław „Jerry” Bogusławski, żeglarz, który przez wiele lat pływał „Jomsborgiem” – rekonstrukcją łodzi z Gokstad. – Halsuje się pięknie. Trzeba tylko wiedzieć jak. W ten sam sposób halsowali barkasami Kaszubi na Zalewie Wiślanym jeszcze do lat pięćdziesiątych XX w. Obecnie zupełnie o tym zapomniano.

Wszyscy na pokład!


Pływanie takie musi być jednak precyzyjne. – Wymaga współpracy 4 wytrawnych żeglarzy – tłumaczy „Jerry”. Jak to wygląda w praktyce? Załoga musi przy użyciu lin w specjalny sposób wyprofilować żagiel. Część ulega wypłaszczeniu, a reszta tworzy kieszeń powietrzną, która pracuje jak żagiel łaciński. Wyjątkowego zgrania załogi wymaga przejście linii wiatru, czyli moment, w którym okręt ustawiony jest dokładnie dziobem do niego. Trzeba to przejście zrobić szybko, ponieważ żaglowiec może stanąć w miejscu. – Załoga po tygodniu szkolenia pracowała tak, że wygraliśmy regaty na Zalewie Zegrzyńskim – mówi z dumą Bogusławski.

Wikingowie wiedzieli także co robią, montując – uważany  przez wielu za prymitywny – boczny ster. Ma on wielką zaletę, jeśli wziąć pod uwagę, do jakiej „działalności” Skandynawowie wykorzystywali swoje okręty – można go łatwo demontować przy lądowaniu na plaży. Idealna pomoc przy inwazjach. W dodatku dzięki w miarę płaskiemu kadłubowi okręty sprawnie żeglowały po rzekach, umożliwiając wojownikom wypady w głąb lądu. Sprawny desant ułatwiały również składane maszty, skonstruowane przez wikingów.

Drewno, z którego budowano statki i okręty, nie było cięte, tak jak w naszych czasach. Cieśle okrętowi woleli je rozłupywać. Dzięki tej technice powstają tak zwane deski darte, o wiele bardziej odporne na zginanie i łamanie. Właśnie te specyficzne deski oraz konstrukcja kadłuba są przyczynami zjawiska, które zaobserwował kpt. Magnus Andersson. Otóż w 1893 roku popłynął on repliką statku gokstadzkiego z Oslo do Chicago. Podczas rejsu okazało się, że przy wzburzonym morzu dno statku uginało się w stosunku do kadłuba nawet o dwa centymetry! Co ciekawe, nadburcia statku odchylały się aż o 15 centymetrów! Mimo pracy kadłuba poszycie nie przepuszczało wody. Dzięki temu okręt jak gdyby ślizgał się po falach.

Okręty wojenne (drakkary oraz snekkary) wikingów nie miały pokładu. Wojownicy i wioślarze spali w skórzanych śpiworach, a w czasie deszczu rozpinali nad głowami namiot. Duże odległości Skandynawowie pokonywali na statkach (knörr) nieco szerszych od łodzi bojowych oraz wyposażonych w pokład. W żegludze przybrzeżnej używane były najmniejsze jednostki – byrdingi.

Możliwości techniczne okrętów i statków nie tłumaczą jednak tego, jak wikingowie radzili sobie z nawigacją, nie znając igły magnetycznej. Dzięki zapisom z sag wiemy, że potrafili odczytywać kierunki, patrząc w niebo. Gwiazdę Polarną nazywali „Leitharstjarna”, czyli Gwiazdą Prowadzącą. Okazuje się, że mogli też dość trafnie przewidywać pogodę, a słońcem posługiwali się jak współczesnym drogowskazem.

W stronę gwiazd

 

W 2000 roku podczas wykopalisk prowadzonych na wyspie Wolin znaleziono mały drewniany krążek. Całą jego powierzchnię pokrywały dziwne nacięcia. Okazało się, że to fenomenalny wynalazek – kompas słoneczny. Dr Błażej Stanisławski, szef placówki PAN w Wolinie, odkrywca artefaktu, opisuje jego działanie w ten sposób: – Kompas słoneczny wykorzystywał zasadę działania gnomonu (jeden z najprostszych przyrządów astronomicznych: zwykły kij wbity pionowo w ziemię – przyp.red.). Pierwotnie dysk umieszczony był poziomo na pionowej rękojeści, której wierzchołek w formie stożka – gnomon – wystawał przez otwór ponad tarczę dysku. Koniec cienia rzucanego przez stożek (najdłuższy cień padał na tarczę o wschodzie i zachodzie, najkrótszy w południe) pozwalał na wytyczenie tzw. krzywej gnomonu, łączącej wierzchołki cieni rzucanych przez pręt w poszczególnych porach dnia od wschodu do zachodu i ustalenie położenia geograficznego.

Znaleziony w Polsce kompas to pierwsze tak kompletne znalezisko na północy Europy. Podobnych urządzeń na Morzu Śródziemnym używali Arabowie. Interesujące doświadczenie, mogące posłużyć za dowód na niezwykłe zdolności nawigacyjne wikingów, przeprowadził zespół Gábora Horvátha z uniwersytetu Eötvös Loránd w Budapeszcie (F.H. 1/2007). Naukowcy spędzili na morzu miesiąc, badając polaryzację światła. Udowodnili, że wykorzystując kryształy, da się określić położenie słońca nawet w pochmurne dni i przy dużej wilgotności powietrza. A znając czas i położenie słońca, można sprawnie nawigować. Wikingowie przy tej okazji prawdopodobnie wykorzystywali tak zwaną dwójłomność kryształów. Polega ona na jednoczesnym załamaniu i rozszczepieniu światła słonecznego na dwa prostopadłe promienie. Osoba patrząca na kamień nie widzi rozszczepienia. Widzi, że kryształ zmienia kolor. Jakie kryształy można wykorzystać? Na przykład – kalcyt (szpat islandzki), turmalin lub mikę. Niestety, nie znaleziono dowodów archeologicznych na wykorzystywanie kamieni. Opisy używania magicznych kryształów znajdują się za to w sagach.

Rejs „Świętosławą”


Czy jednak niezwykłe możliwości statków wikingów oraz znajomość nawigacji wystarczyły, by dopłynąć do Ameryki? W 2005 roku kapitan Grzegorz Bończyk popłynął jachtem „Zjawa IV” w rejs z Polski do Zatoki Hudsona. Ostatni etap między Grenlandią a Nową Fundlandią pokonał na żaglach w tydzień. „Zjawa”, choć jest współczesnym jachtem, poruszała się w tym czasie tylko dzięki sile wiatru. Przepłynięcie z Grenlandii do Ameryki nie było więc we wczesnym średniowieczu niewykonalne.

Ciągle znajdują się śmiałkowie, którzy rekonstruują żaglowce sprzed ponad tysiąca lat i mierzą się z wiatrem i morzem. W Polsce takich łodzi jest kilka. Każdego roku na Festiwal Wikingów do Wolina płynie na żaglach i wiosłach Flota Jarmeryka ze Starych Jabłonek. Pod dowództwem Marka Szablińskiego żegluje najmniejsza „Mirasława”, „Świętosława” i potężny „Morąg”. Pierwsza to rekonstrukcja małej łódki przybrzeżnej, druga to nieco pomniejszona łódź z Osebergu, a trzecia to okręt wojenny „Skuldelev V”. Częstym gościem festiwalu jest „Wielet”, własność podróżnika i globtrotera Henryka Wolskiego. Ta rekonstrukcja słowiańskiej łodzi znalezionej w Gdańsku popłynęła w 2006 roku w rejs rzekami do Odessy. Przy nabrzeżu wolińskiego skansenu stacjonuje zbudowany przez Mieczysława Juszę, pracownika Polskiej Akademii Nauk  w Wolinie, „Światowid”. Od roku Stowarzyszenie Centrum Słowian i Wikingów z Wolina – wspólnie z pracownikami stoczni skansenu Ukranenland w niemieckim Torgelov buduje rekonstrukcję łodzi, odkrytej przez zespół profesora Władysława Filipowiaka niedaleko Kamienia Pomorskiego.

Michał Ostrowski
Dziennikarz, członek Stowarzyszenia Centrum Słowian i WIkingów Wolin Jomsborg Vineta

A może ktoś z Was zbudował sobie łódź i chciałby się tymi doświadczeniami podzielić z innymi Focusnautami oraz Redakcją Focusa Historia? Zapraszamy do rozmowy!