Ludzie Zachodu już dawno przestali wierzyć w bajki i legendy, ale smoki wciąż ich fascynują. Powracają w najrozmaitszych postaciach: czy to jako siejący postrach symbol grzechu w filmie „Beowulf ”, czy to jako sympatyczny, zakochany w ośle stwór w opowieści o Shreku. Zastanówmy się więc serio, czy smoki mogłyby istnieć?

Latają i zioną

Smoki to, jak powszechnie wiadomo, wielkie latające kręgowce, opancerzone i ziejące ogniem. Co do latania, jest ono oczywiście wśród kręgowców możliwe, choć trzeba zaznaczyć, że mało prawdopodobne, by smoki miały cztery nogi, a dodatkowo skrzydła. Kręgowce o sześciu kończynach w przyrodzie nie  występują (chyba że jest to wynik choroby). Ale przednie kończyny dodatkowo uzbrojone w błonę umożliwiającą latanie – są już możliwe. Quetzalcoatlus northropi, gatunek pterodaktyla, miał rozpiętość skrzydeł ok. 16 metrów. Mógłby więc spokojnie za smoka uchodzić (gdyby około 66 mln lat temu żyli ludzie, którzy by go tym mianem ochrzcili).

Co do pancerza – nie trzeba daleko szukać. Podobny do smoka aligator nosi
na grzbiecie mocną naturalną zbroję. Zostaje więc rzecz kluczowa: zianie ogniem.

Wodór czy metan?

Żadne ze znanych nauce zwierząt nie potrafi wydobywać ognia z paszczy. Istnieje jednak rodzina chrząszczy zwana oleicowatymi lub majkowatymi, które potrafią wydzielać kantarydynę. Substancja ta, stykając się ze skórą ludzką, powoduje dotkliwe poparzenia. Teoretycznie można by więc sobie wyobrazić latającego aligatora plującego kantarydyną – byłoby to zwierzę rzeczywiście dość niesympatyczne. Ale plucie to jednak nie to samo, co zianie ogniem.

Czy nie ma naprawdę sposobu, by zwierzę dobywało z siebie płomienie? Brytyjski biolog dr Peter John Hogarth twierdzi w filmie „Dragons: A Fantasy Made Real” (zrealizowanym przez kanał Animal Discovery), że jest to możliwe. Według niego zarówno zianie ogniem, jak i latanie może zapewnić bestii ten sam pierwiastek – wodór. Byłby on wytwarzany w układzie pokarmowym smoka (najprawdopodobniej przez żyjące tam mikroorganizmy) i gromadzony w specjalnych pęcherzach. Dodatkowo zęby tego zwierzęcia pokryte byłyby platyną, która ułatwiałaby reakcję wodoru z zawartym w powietrzu tlenem. Czy takie cudaczne zwierzę mogłoby żyć? – pytam mojego eksperta dr Urszulę Zielenkiewicz z Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN.

Ognista krasula

– Strasznie drogi ten smok! – śmieje się dr Zielenkiewicz. – Platyna i czysty wodór to pierwiastki na Ziemi bardzo trudne do zdobycia. Są wprawdzie mikroorganizmy wytwarzające wodór, ale one robią to tylko w pewnych sztucznych, stworzonych przez człowieka warunkach.

– Załóżmy jednak, że takie warunki powstałyby w  brzuchu smoka… – nie daję za wygraną. – Cóż, gdyby nawet smok wszedł jakoś w posiadanie wodoru, to pozostaje kwestia jego przechowywania, co jest rzeczą bardzo trudną. Nie mówiąc o tym, że podczas ziania musiałby ściśle kontrolować stężenie tego wodoru – aby wywołać efektywną reakcję z powietrzem. Powinno ono wynosić prawie 40 proc. Za dużo wodoru spowoduje wybuch (a nam chodzi o reakcję spalania), a za mało nie da żadnego efektu.

– Czyli zianie ogniem jest niemożliwe? – pytam rozczarowany.

– Może znalazłby się jakiś sposób… – pociesza mnie dr Zielenkiewicz – ale nie dzięki wodorowi – raczej metanowi. Jest on obecny w przewodach pokarmowych zwierząt przeżuwających, np krów. Metan nie przenika przez powłoki ciała i wystarczy go już 4 do 5 proc., aby nastąpił samozapłon.

– Czyli krowa mogłaby ziać ogniem?

– Gdyby mogła precyzyjnie kontrolować ilość wydzielanego gazu, to właściwie
tak – uśmiecha się ekspert. W każdym razie ogniodajna krowa jest bardziej realna niż hipotetyczny ziejący wodorem smok.