Kręcili się pod nieczynnym monopolowym, a każdy miał minę jakby właśnie otrzymał widok śmierci. Uzbierali już na wódkę, lecz nagle okazało się, że nie mogą jej kupić. Ziemia usunęła się im spod stóp.

Z tym właśnie kojarzy mi się niedziela wolna od handlu

Nie z kasjerem, który wreszcie może spędzić czas z rodziną, nie ze spadającym obrotem w sklepie czy nieszczęsną gospodynią, która zapomniała kupić makaronu i jej stary z dziećmi nie zeżrą zupy, ale z grupami żuli smutnymi jak mój kraj.

Patrzyłem na tych biedaków, zaś Internet furczał od struganych memów. O ograniczeniu handlu w niedzielę dyskutowali dziennikarze, politycy, działacze społeczni, właściwie każdy, kto miał wolną chwilę oraz dostęp do Internetu. Wieszczono zwolnienia i żartowano z zapasów robionych jak przed wojną. Przywoływano najróżniejszych spryciarzy, którzy znaleźli furtkę handlowali w niedzielę. Czy wolno otworzyć galerię handlową przy dworcu? A czy ksiądz Rydzyk może sprzedawać Biblię w swojej księgarni?

Mam poczucie głębokiej niestosowności tej awantury

Odniosłem wrażenie, że dyskutują najgoręcej ci, którym daleko do losu kasjerki, czy nawet właściciela sklepu w butami w galerii handlowej. Mi po prostu byłoby głupio. Jestem pisarzem, do tego pracuję w mediach i mam głęboką świadomość własnego odklejenia się od świata.  Z czułością wspominam swój okres kombatancki, bowiem przez lata pracowałem ciężko, za grosze i bez umowy: na budowie, na wykopkach, w ługu. Te czasy dawno przeminęły i nie zamierzam doradzać nikomu, jak, kiedy i gdzie powinien pracować. Jako przedstawiciel wolnego zawodu często pracuję w niedzielę. Ale może jestem aberracją, wynaturzeniem?

Przyjaciel, człowiek bardzo mądry zwrócił mi uwagę, że w dyskusji o ograniczeniu handlu zapomniano o najbardziej zainteresowanych z dołu drabiny dobrobytu. Miał rację. Nie przypominam sobie wywiadów z kasjerkami, manifestacji urządzanych przez pracowników sklepów wysokopodłogowych, nikt też nie przykuł się do wózka w Biedrze. Ci ludzie po prostu pracowali, pracowali ciężko, w systemie zmianowym, najczęściej za niewielkie kwoty, a potem wracali umordowani do domów, do wrednych dzieci, równie zmęczonych partnerów, do mycia podłóg, gotowania i odrabiania lekcji. Nie mieli siły na żadne dyskusje i protesty.

Jedyny znany mi sondaż pokazuje, że kasjerzy i kasjerki są podzieleni wprowadzoną zmianą podobnie jak całe społeczeństwo. Większości (56 procent, 69 w wypadku tych, którzy mają rodziny) ograniczenie handlu się podoba. Jednocześnie obawiają się spadku zarobków. 43 procent wolałoby otrzymać wyższe pensje i dalej dymać do pracy w niedzielę.

Dostrzegam w tych liczbach ogromną rezygnację 

Brak wszelkiej nadziei kasjerów i kasjerek, sprzątaczek, pracowników magazynów i ochroniarzy, innymi słowy tych wszystkich, dzięki którym zrobimy zakupy przez sześć dni w tygodniu. Przypuszczalnie ta ustawa niewiele ich obchodzi, a już na pewno nie widzą w niej szansy na poprawę swojego losu: na wyższe pensje, lepsze umowy, pakiety medyczne i tym podobne. Odzyskają niedzielę, to w inny dzień będzie więcej roboty. Zostaną dłużej w pracy. Polecą im po stawkach. Tak naprawdę nic się nie zmieni. Zresztą, przecież nie mam pojęcia o czym marzą i czego się boją. Widzę tylko tę rezygnację, brak wiary w lepsze jutro i przekonanie, że tak naprawdę nikt się o nich nie troszczy. Wcale im się nie dziwię. Los pracowników z tego segmentu nikogo nie obchodził. Dość powiedzieć, że stali się symbolem zawodowego upadku. Mówimy przecież, że ktoś zarabia „tyle co pani na kasie”. Tępy kolega usłyszy, że co najwyżej „może iść na ochronę”.