W dniu letniego przesilenia 1340 r., pod Sluys u ujścia rzeki Skaldy, Francuzi przegrali bitwę o panowanie nad kanałem La Manche. Dworzanie bali się powiadomić o tym monarchę. Albowiem król Filip VI z dynastii Walezjuszy nie miał łatwego charakteru. Wreszcie królewski błazen zdobył się na odwagę i powiedział: „Ach, ci strachliwi Anglicy, cóż to za tchórze!”. Widząc zdziwione spojrzenie króla, wyjaśnił: „Oni nie wyskakiwali za burtę tak chwacko jak nasi Francuzi!”.

GŁUPIO-MĄDRY STAŃCZYK


Odwiecznym przywilejem nadwornych wesołków było mówienie prawdy. Mądrzy władcy starali się tak dobierać swoich trefnisiów, by ci chronili ich przed nieprzemyślanymi posunięciami. Stawiano im tylko jeden wymóg: przykre prawdy należało ukrywać pod płaszczykiem dowcipnej drwiny. Dlatego w czasach renesansu nazywano ich morosophami, co po grecku znaczy „głupio-mądry”.

Najsłynniejszym polskim morosophem był Stańczyk. Słynął z dość ciętego języka. Pewnego razu napadli go jacyś łotrzykowie i obdarli z szat. Kiedy król Zygmunt Stary (który w przeciwieństwie do swojego syna Zygmunta Augusta – bardzo go lubił) litował się nad jego nieszczęściem i dziwił, że nie krzyczał, Stańczyk zareplikował: – „Bardziej, królu, ciebie drą niż mnie; anoć wydarto Smoleńsk, a przecież milczysz!”. Marcin Bielski, renesansowy poeta, tak skomentował te słowa: „Owa z błazny szkoda panom żartować, bo prawdę radzi żartem rzeką. Jakoż to Stańczyk był błazen osobliwy”. Innym razem, kiedy królowi Zygmuntowi przystawiano pijawki, Stańczyk miał powiedzieć, że to są zaiste „prawdziwi przyjaciele i dworzanie króla jegomości”.

Kiedy zarzucono mu dość swobodne wypowiedzi w towarzystwie kobiet, odgryzł się: „Jeśli to prawe panny są, pewnie tego, com ja rzekł, nie rozumieją, nie inaczej, jakobym po niemiecku powiadał; a jeśli nie panny, to na mię nie było co fukać: nic ich to nie obrazi, bo już wiedzą, co się na świecie dzieje”.

We Francji mistrzem tej maniery był niejaki Triboulet, błazen króla Franciszka I. Pewnego razu wróg Franciszka, król Hiszpanii i cesarz rzymski Karol V poprosił Walezjusza o pozwolenie na przemarsz wojsk habsburskich przez terytorium królestwa. Celem ataku miała być Gandawa, położona już poza granicami Francji. Rycerski Franciszek zastanawiał się nad udzieleniem zgody. Wtedy jednak interweniował Triboulet. Oto w jednej z pałacowych komnat król Franciszek zastał swojego trefnisia, skrobiącego piórem po pergaminie. Na pytanie, co robi, morosophus odparł, że spisuje listę głupców. Dodał, że znalazło się tam już imię cesarza Karola. – Dlaczego? – pyta zdziwiony król. – A dlatego, że zdaje się na twoją łaskę – wyjaśnił Triboulet. – A jeśli go przepuszczę? – dopytuje się znowu Franciszek. – Wtedy jego wymażę, a ciebie, Miłościwy Panie, wpiszę na jego miejsce – odpowiedział mądry błazen.

Triboulet niejednokrotnie nadużywał cierpliwości swojego monarchy. Jedna ze złośliwości omal nie zaprowadziła go na szafot. Zbyt celnie ugodzona królewska faworyta zażądała wyroku śmierci dla zuchwałego wesołka. Przyparty do muru król Franciszek zgodził się, lecz w swej łaskawości pozwolił Tribouletowi wybrać rodzaj śmierci. – Wybieram zgon ze starości! – odpowiedział rezolutny błazen.

CHŁOPIEC DO BICIA


Odległymi pierwowzorami wszystkich tych dworskich wesołków były postacie wiejskich głupców. Naigrawano się z nich powszechnie i nikt się tym nie gorszył. Jednym z najbardziej pociesznych bohaterów „Dekameronu” Boccaccia jest niejaki Calandrino, głupawy niedojda. W jednej z opowieści pewni ludzie usiłują wmówić Calandrinowi, że... zaszedł w ciążę. Podstawiają kolejne osoby, które z całą powagą dostrzegają u niego kolejne symptomy odmiennego stanu. Rozeźlony Calandrino czyni nawet wyrzuty swojej połowicy, obarczając ją winą za ten problem. Przyczyną miało być ponoć jej upodobanie do pozycji „na jeźdźca”. Oczywiście całą operację przeprowadzono, aby oskubać Calandrina, gdyż sprytni oszuści pragną sprzedać mu lekarstwo na to nietypowe schorzenie. Jak widać, straszenie takich postaci stanowiło element zabawy. Mało tego, ich dręczenie należało do dobrego tonu.

Nic dziwnego, że błazen nie miał łatwego życia. Czapka z dzwoneczkami, atrybut błazeńskiego urzędu, nie chroniła przed atakami szyderców. Czasami dla zabawy okuwano trefnisiów w żelazne obroże, podobnie jak psy. W takich warunkach trudno było zachowywać trzeźwy umysł. Ktoś, kto potrafił uczynić z błaznowania prawdziwą sztukę, był wart każdej ceny! Skąd się jednak brały te objawy agresji?

Aby to zrozumieć, musimy się cofnąć do czasów starorzymskiego karnawału, do prastarych świąt Saturnaliów. Wtedy to świat stawał na głowie, wszystko działo się na opak, a panowie usługiwali niewolnikom. Wybierano też rozmaitych głupców i wesołków, powierzając im rządy w miastach. Kpiono z nich na potęgę. A wszystko po to, aby oddalić zawiść bogów. Ktoś mógłby pomyśleć, że to niewinna zabawa. Nic podobnego. W miejscowości Durostorum nad Dunajem wybierano losowo jednego żołnierza ze stacjonującego tam legionu. Przez czas Saturnaliów był on żywym wcieleniem boga Saturna. Pozwalano mu próbować wszelkich przyjemności, nawet tych najbardziej perwersyjnych i zakazanych. Lecz pod koniec karnawału podrzynano mu gardło na ołtarzu Saturna. Ten błazen stawał się swoistym „kozłem ofiarnym”, pełniącym rolę talizmanu oddalającego nieszczęścia. Ludzie średniowiecza bezwiednie skopiowali te zachowania. A trefniś stanowił swoiste alter ego króla. Znosił drwiny i upokorzenia niejako „zamiast” monarchy.

MISTRZ I BŁAZEN