27-latka z Vancouver w stanie Waszyngton dowiedziała się, że choruje na COVID-19 w 33. tygodniu ciąży. Kobieta miała gorączkę i źle się czuła. Osiem dni później objawy nasiliły się, więc lekarze z Legacy Salmon Creek Medical Center postanowili wprowadzić ją w stan śpiączki farmakologicznej. To zwiększyło szanse na walkę organizmu z wirusem i ochronę dziecka. Śpiączka kobiety trwała dwa tygodnie, w tym czasie na świat przyszła jej córeczka. 

 

 

Mózg na temblaku

Fizjologiczny sen składa się z kilku faz, które w ciągu nocy płynnie przechodzą jedna w drugą. W każdej chwili można śpiącego – z mniejszym lub większym trudem – obudzić. W czasie snu nasze mięśnie są aktywne (choć nie tak jak na jawie), co możemy łatwo stwierdzić, jeśli zdarzy nam się ułożyć do snu na plecach, a obudzić zwiniętymi w kłębek na boku. Także mózg przez większość nocy jest całkiem aktywny – widać to po podłączeniu  śpiącego do elektroencefalografu rejestrującego fale mózgowe. Najintensywniej pracuje w tzw. fazie REM (szybkich ruchów gałek ocznych) zwanej inaczej fazą marzeń sennych. To, że nie robimy sobie wtedy krzywdy, jest zasługą odcięcia przetwarzających dane obszarów kory kojarzeniowej od tych zawiadujących napięciem mięśni (ten mechanizm szwankuje u lunatyków).

W trakcie głębokigo uśpienia (śpiączki) rejony mózgu działające automatycznie są jeszcze silniej odseparowane od tych, które reagują na środowisko zewnętrzne. Dochodzi do zmniejszenia wymiany informacji w obrębie kory mózgowej i między korą a wzgórzem (co ciekawe, śpiączka nie zmienia komunikacji w obszarach odpowiedzialnych za wzrok i słuch). W tym stanie mózg kontroluje pracę serca i oddech, ale nie reaguje na to, co dzieje się dookoła. Ponieważ bardzo rośnie opór, jaki stawiają powietrzu górne drogi oddechowe, pacjenci muszą być zaintubowani (do ich krtani wprowadza się plastikową rurkę). Mózg nie reaguje też na takie bodźce, jak krzyk, potrząsanie, a nawet szczypanie czy kłucie, więc dopóki człowiek jest pod wpływem leków, nie można go obudzić.

Po co wywołuje się śpiączkę? Najprościej mówiąc: żeby „unieruchomić” mózg, podobnie jak złamaną rękę wkładamy w gips i nosimy na specjalnym temblaku, by kości mogły się w spokoju zrastać. Wyłączenie naszego białkowego komputera stosuje się po skomplikowanych operacjach neurochirurgicznych i do przerywania długotrwałych napadów drgawek padaczkowych. W stanie śpiączki chory nie czuje bólu, co w przypadku urazów innych części ciała niż głowa chroni tkanki przed działajacym niekorzystnie hormonem stresu wydzielanym w reakcji na ból. Dlatego w śpiączkę wprowadza się np. ciężko poparzonych. Dzięki wprowadzeniu w śpiączkę farmakologiczną (choć niektórzy kwestionują skuteczność tej metody) ma także za zadanie ułatwić prowadzenie intensywnego leczenia np. mechanicznej wentylacji płuc, czyli tzw. oddechu zastępczego. Dlatego takie postępowanie stosuje się m.in. przy ciężkim przebiegu choroby COVID-19 wywołanej koronawirusem. Ma także na celu zmniejszenie cierpienia pacjenta wynikające z uciążliwych objawów choroby. 

Angela Primachenko to 27-letnia mama z Vancouver w stanie Waszyngton. W 33. tygodniu ciąży miała gorączkę i źle się czuła. Została zbadana i okazało się, że ma COVID-19. Osiem dni później objawy nasiliły się, a przyszła mama walczyła o swoje życie będąc w śpiączce farmakologicznej. W tym samym czasie urodziła córkę. Wprowadzenie jej w stan śpiączki przez lekarzy w Legacy Salmon Creek Medical Center dało większe szanse na walkę organizmu z wirusem i ochronę dziecka. Poród został wywołany przez lekarzy.

 

Neurony leniuchują

Nawet kiedy śpimy, mózg działa niestrudzenie, przetwarzając i porządkując zdobyte w ciągu dnia wrażenia i doświadczenia. Do tego potrzebuje bardzo dużo energii. Naukowcy wyliczyli, że mniej więcej połowę „paliwa” dostarczanego z krwią nasz białkowy komputer zużywa na aktywność elektryczną, czyli porozumiewanie się neuronów między sobą, a drugą połowę na metabolizm, czyli żywienie swojego hardware'u. Gdy dochodzi do uszkodzenia (nie tylko w wyniku urazu głowy, ale także zakażenia czy udaru), cierpi zarówno sama tkanka, jak i oplatająca ją sieć naczyń. Do pewnych obszarów mózgu dostawy krwi zostają znacznie ograniczone albo wręcz odcięte, w innych z kolei dochodzi do zalania (tworzy się krwiak).

Kiedy uderzymy się w piszczel, noga nam puchnie. Tak samo puchnie  uderzony mózg, tyle że czaszka, w przeciwieństwie do skóry, się nie rozciąga. Zamiast „guza” w jej wnętrzu rośnie zatem ciśnienie, co dodatkowo tłamsi i tak już niedokrwione neurony. Tworzy się błędne koło. Jeśli inne metody postępowania zawodzą, by dać tkance szansę na regenerację, trzeba zmniejszyć aktywność mózgu do minimum. Jeśli nie będzie pracować, będzie potrzebować mniej krwi. Może wtedy wystarczy jej, by mógł się zagoić? Może uda się uratować neurony w tych obszarach, które nie zostały bezpośrednio uszkodzone, a tylko cierpią z powodu obrzęku?