Luminox najwyraźniej uznał, że skoro zegarek nurkowy i tak dawno wyszedł z morza, warto przestać udawać, że jego naturalnym środowiskiem jest wyłącznie błękitna woda. Nowe wersje Pacific Diver Chronograph 3140 dostały barwy Forest Green i Graphite Grey – zieleń lasu oraz szarość skalnego szlaku. I choć na papierze to tylko kolejne warianty kolorystyczne, akurat tutaj zmiana robi więcej niż zwykle. Zegarek nagle przestaje wyglądać jak obowiązkowy element wyposażenia człowieka, który właśnie wrócił z misji specjalnej, a zaczyna przypominać solidny sprzęt dla kogoś, kto po prostu lubi być poza domem.
Nurek, który nie musi widzieć morza
Pacific Diver Chronograph pozostaje konstrukcją wyraźnie zakorzenioną w świecie zegarków sportowych. Ma 44-milimetrową kopertę ze stali 316L pokrytą czarną powłoką IP, jednokierunkowy bezel z materiału Carbonox, zakręcaną koronkę, szafirowe szkło z powłoką antyrefleksyjną i wodoszczelność do 200 metrów. W środku pracuje szwajcarski mechanizm kwarcowy Ronda Z60, obsługujący chronograf i datownik.

To zestaw, który nie udaje subtelności. Koperta ma 12 mm grubości i waży 119 g, więc na drobnym nadgarstku może być obecna bardziej niż właścicielka czy właściciel by sobie życzyli. Ale Luminox od dawna nie buduje zegarków dla osób, które chcą ukryć je pod mankietem koszuli. To sprzętowy styl z całym jego bagażem – masywną formą, dużą czytelnością i przekonaniem, że zegarek powinien przeżyć więcej niż jeden przypadkowy kontakt z framugą, kamieniem albo metalowym stolikiem na campingu.
Mam wrażenie, że właśnie w takim modelu rozmiar 44 mm jest łatwiejszy do obrony niż w kolejnej eleganckiej propozycji o ambicjach sportowych. Pacific Diver nie sili się na uniwersalność rozumianą jako kompromis. Jest duży, wyraźny i użytkowy. Przynajmniej wiadomo, za co płacimy.
Zieleń, która nie wygląda jak dekoracja do survivalu
Wariant Forest Green jest spokojniejszy, ale nie nudny. Zieleń pojawia się na pierścieniu wokół tarczy oraz na gumowym pasku EPDM, przy zachowaniu czarnej, technicznej koperty i ciemnego bezela. Efekt jest mniej wojskowy niż w wielu zegarkach Luminoxa, a jednocześnie daleki od modowej zieleni, która ma pasować przez jeden sezon, a potem wywoływać lekkie zażenowanie.

To odcień bliższy sprzętowi outdoorowemu niż kurtce kupionej po obejrzeniu trzech filmów o bushcrafcie. Jest głęboki, stonowany i dobrze łączy się z czernią. Zegarek nadal wygląda zdecydowanie, ale nie sprawia wrażenia, że jego właścicielka właśnie zamierza rozpalić ognisko krzesiwem na parkingu pod galerią handlową.
Graphite Grey idzie w inną stronę. Szarość trafia nie tylko na pasek i zewnętrzny pierścień tarczy, lecz także na trzy subtarcze chronografu. Dzięki temu ten wariant jest bardziej techniczny, chłodniejszy i chyba odrobinę bardziej miejski. Zielona wersja ma w sobie coś z weekendu na szlaku, szara pasuje do kogoś, kto chce zegarka odpornego na każdą pogodę, ale niekoniecznie chce wyglądać jak uczestnik wyprawy na drugi koniec świata.
Luminox wciąż gra czytelnością
Najbardziej charakterystycznym elementem Luminoxa pozostaje system LLT, czyli Luminox Light Technology. Marka wykorzystuje mikrorurki gazowe, które mają zapewniać stałą widoczność indeksów i wskazówek nawet przez 25 lat, bez konieczności wcześniejszego naświetlania tarczy.

Klasyczna luminescencja potrafi wyglądać świetnie przez kilka minut po wyjściu z jasnego pomieszczenia. Potem często zaczyna się etap, w którym trzeba udawać, że nadal coś widać. Luminox od dawna buduje swoją tożsamość właśnie na tym, że zegarek ma być czytelny wtedy, gdy światło przestaje pomagać. Na nocnym spacerze, pod namiotem, podczas podróży, w samochodzie albo po prostu w mieszkaniu, gdy człowiek znów nie pamięta, gdzie położył telefon.
To oczywiście nie jest funkcja, która zmieni codzienność każdej osoby. Ale w świecie zegarków, gdzie wiele premier różni się od poprzednich głównie nowym kolorem tarczy i historią o inspiracji zachodem słońca, konkretna przewaga użytkowa jest mile widziana.
Chronograf dla tych, którzy nie chcą nakręcać historii
Kwarcowy chronograf nadal bywa przez część zegarkowej publiczności traktowany z lekką wyższością. Mechaniczny zegarek ma duszę, kwarc ma baterię – to jeden z tych sporów, które od lat krążą w świecie zegarków z siłą dyskusji o tym, czy prawdziwa kawa powinna być czarna i gorzka.
Tyle że w przypadku Pacific Diver Chronograph wybór mechanizmu kwarcowego wydaje się rozsądny. Ronda Z60 oferuje około 50 miesięcy pracy na baterii, jest dokładna, odporna na codzienne użytkowanie i nie komplikuje życia osobie, która chce po prostu założyć zegarek, ruszyć w drogę i nie zastanawiać się, czy rezerwa chodu skończy się akurat wtedy, gdy zegarek będzie najbardziej potrzebny.
Chronograf można wykorzystać do pomiaru treningu, gotowania, czasu postoju, pracy nad zadaniem albo długości tej jednej rozmowy telefonicznej, która miała potrwać pięć minut, a niespodziewanie zjadła pół wieczoru. To nie jest komplikacja, bez której świat się zatrzyma, ale w sportowym zegarku ma więcej sensu niż w eleganckim modelu, gdzie często pozostaje tylko ozdobą.

Nowe modele Luminox Pacific Diver Chronograph kosztują 895 dolarów, czyli około 3300 zł. To poziom, na którym nie kupuje się już zegarka wyłącznie dlatego, że wygląda solidnie. W tej cenie można znaleźć sporo propozycji automatycznych, bardziej klasycznych nurków i modeli o znacznie spokojniejszym wzornictwie.
Ale Luminox nie konkuruje wyłącznie mechanizmem czy listą parametrów. Sprzedaje bardzo konkretny charakter – zegarek duży, odporny, czytelny i wizualnie osadzony gdzieś między sprzętem outdoorowym, zegarkiem nurkowym a estetyką tactical. Dla jednych będzie to zbyt dosłowne. Dla innych właśnie ta bezpośredniość okaże się zaletą.
