Moi rozmówcy byli zgodni: trzeba nauczyć się szanować granice. Tylko co to właściwie znaczy? Podoba mi się odpowiedź, jaką daje psycholożka Tamara Kasprzyk w tekście „Czy potrzebujemy wychowania?” (tylko pozornie dotyczącym wyłącznie relacji z dziećmi): chodzi o „ciągłe sprawdzanie i weryfikowanie tego, na co mam zgodę, na co mam ochotę, jakie są moje potrzeby i komunikowanie tego za pomocą języka osobistego”, czyli takiego, w którym jasno mówię, czego chcę, a czego nie, co lubię, a czego nie.

Ten język „pozwala na pokazywanie innym ludziom, kim naprawdę jestem”. Żeby dobrze żyć z innymi, potrzebuję więc przede wszystkim poznać samą siebie, a może lepiej byłoby powiedzieć – zdobyć się na wysiłek ciągłego poznawania siebie (mam nadzieję, że pomoże Wam w tym lektura tekstu Natalii
de Barbaro „Wynalazek czy odkrycie?”).

A co, jeśli już mniej więcej umiem nakreślić swoje granice? Czy wtedy mam się skupić na ich bohaterskiej obronie? Czy mam je zawsze i za wszelką cenę komunikować na początku każdej znajomości? Usłyszałam niedawno od znajomej, od lat zaangażowanej w pomoc międzynarodową, że właśnie przestała w ten sposób myśleć o szanowaniu swoich granic, choć do niedawna uważałaby to za zdradę siebie.

Wchodząc w relacje z ludźmi innych kultur czy religii, stara się najpierw coś wspólnie z nimi zbudować. Skupić się na tym, co mogą razem zrobić, w czym się wspierać. Czas na rozmowę o różnicach przychodzi później.

Myślę, że to możliwe, bo ta znajoma dobrze wie, kim jest i co jest dla niej najważniejsze. I nie boi się, że ktoś ją zmieni. Przeciwnie, to ona potrafi zmieniać świat. Na lepsze.

Więcej w najnowszym numerze "Coachingu Extra" (4/2016).

Katarzyna Sroczyńska
redaktor naczelna