Tak oblegał Rzym. Miasto jeszcze stało, ale już przegrywało

Kiedy myślimy o zdobywaniu miast w dawnych czasach, to zwykle widzimy jedną scenę. Taran bije w bramę, drabiny idą pod mur, żołnierze pną się w górę, a o wyniku bitwy decyduje odwaga i brutalna siła. Czy jednak rzeczywistość zdobywania miast przez Rzymian wyglądała właśnie w ten sposób?
Tak oblegał Rzym. Miasto jeszcze stało, ale już przegrywało

W opisany wyżej sposób zdobywania miast i twierdz patrzymy głównie na finał całego procesu, a nie na mechanizm, który w ogóle pozwala ten finał osiągnąć. Tymczasem rzymskie oblężenie bardzo często zaczynało się nie od przytoczenia tarana pod bramę, ale od opanowywania przestrzeni wokół miasta. Właśnie dlatego zresztą temat samych oblężeń tak dobrze uzupełnia historię o rzymskich obozach, drogach i zadziwiająco dobrze zrealizowanej logistyce.

We wcześniejszym artykule przeczytacie, że wojskowe doktryny starożytnego Rzymu nie budowały przewagi wyłącznie podczas bitwy, ale również wtedy, gdy po nawet długim marszu wymagały od swoich ludzi zabezpieczenia terenu w sposób ponadprzeciętny. Pod murami miasta ten sam odruch naturalnie nie znikał. Wręcz przeciwnie – stawał się jeszcze ważniejszy, a to dlatego, że Rzymianie nie podchodzili do twierdzy jak do przeszkody, którą trzeba po prostu opanować. Dla nich miasto stawało się problemem technicznym do rozwiązania, a samo oblężenie serią prac, które miały ograniczyć chaos po stronie własnej i narastającą bezradność po stronie przeciwnika.

Zasada numer jeden – odciąć miasto od świata

W tym miejscu warto zacząć od rzeczy najważniejszej. Dobrze położone i umocnione miasto nie było w starożytności czymś, co zawsze dało się zdobyć jednym frontalnym szturmem. Sama logika oblężenia wyglądała inaczej, niż podpowiada nam filmowe wyobrażenie rodem z np. Władcy Pierścieni. Zanim mur w ogóle pękł, trzeba było najpierw odebrać obrońcom swobodę ruchu, ograniczyć dostawy, utrudnić kontakt z otoczeniem i pokazać im, że z każdą kolejną dobą żyją już nie w swojej twierdzy, ale w jednej wielkiej pułapce. To dlatego rzymskie oblężenia tak często były wojną z czasem, zapasami i nadzieją na odsiecz, a nie tylko walką o to, aby utrzymać agresora z dala od murów.

Czytaj też: Wojowanie opanowane do perfekcji? Tak Mongołowie stali się legendą

Świetnie pokazuje to Juliusz Cezar przy opisie Alezji z 52 roku p.n.e. Rzymski wódz nie zostawia tu wielkiego pola na romantyczne domysły. Pisze wprost, że samo położenie miasta, osadzonego wysoko i dodatkowo osłoniętego przez rzeki, sprawiało, że niemożliwe wręcz było jego zdobycie w sposób inny niż przez regularne oblężenie. Dalej podaje rzecz najważniejszą: rzymskie linie oblężnicze miały obwód 17,7 km, a budowały ją nie tylko liczne obozy, ale aż dwadzieścia trzy forty. Innymi słowy, nie było tutaj mowy o żadnym szturmie i wielkiej bitwie pod murami, po którym bohaterzy doczekiwali się dumnych pieśni. Zamiast tego Rzymianie po prostu “grali na czas”, otaczając miasto i budując własną defensywę.

W tym sensie rzymskie oblężenie było bardzo podobne do obozu marszowego, tylko większe i znacznie bardziej agresywne. Wcześniej obóz porządkował przestrzeń dla własnej armii, ale w przypadku oblężenia podobny porządek zaczynał zaciskać się wokół wrogiego miasta. Pojawiały się odcinki robót, posterunki, stałe punkty obserwacyjne i miejsca, z których można było pilnować każdego ruchu po stronie obrońców. Miasto nie było już tylko bronionym punktem. Stawało się miejscem stopniowo zamykanym w pierścieniu rzymskiej pracy.

Zasada numer dwa – cierpliwość i taktyka małych zwycięstw

Jeszcze lepiej pokazuje to Józef Flawiusz przy opisie oblężenia Jerozolimy w 70 roku n.e. Kiedy Tytus uznał, że chce połączyć szybkość z bezpieczeństwem, nie postawił wszystkiego na jeden desperacki atak. Zamiast tego rozkazał zbudować mur wokół całego miasta. Flawiusz pisał, że ta linia miała 39 furlongów, czyli około 8 kilometrów, przy niej stanęło trzynaście punktów garnizonowych, a całość ponoć została przygotowana w ledwie trzy dni, choć, jak sam zaznaczał, normalnie podobny wysiłek wymagałby miesięcy.

Czytaj też: Krwawe wodospady Antarktydy. Co naprawdę płynie w lodzie na końcu świata?

W tym momencie oblężenie przestawało być zwykłą próbą przebicia się przez mur. Zaczynało działać jak zaciskająca się obręcz. Flawiusz opisuje to bez większych złudzeń – po zamknięciu miasta nadzieja na ucieczkę została odcięta, a głód zaczął pustoszyć Jerozolimę od środka. To właśnie dlatego rzymskie oblężenie tak często było wojną z czasem. Nie chodziło wyłącznie o to, by rozbić bramę. Chodziło o to, by doprowadzić do sytuacji, w której obrońcy będą słabnąć nawet wtedy, gdy pod murami nic wielkiego się nie dzieje.

To też bardzo dużo mówi o sposobie działania legionów. Rzymianie nie traktowali oblężenia jak obowiązku do przeprowadzenia kilku równoległych szturmów. Traktowali je bardziej jak proces małych zwycięstw, w ramach których każdego dnia trzeba było coś przeciwnikowi odebrać. Raz będzie to droga dojścia, innym razem możliwość ucieczki, jeszcze innym łatwy dostęp do jedzenia albo kontakt z odsieczą. Miasto miało nie tyle paść od jednego ciosu, ile zostać doprowadzone do stanu, w którym dalszy opór z perspektywy obrońców zaczyna tracić na sile, choć oczywiście cierpliwość nie zawsze była jedynym wyjściem.

Zasada numer trzy – sensowne wykorzystanie maszyn oblężniczych

Tak, Rzymianie używali taranów, balist i innych machin oblężniczych. Ba, podania historyczne jednoznacznie wskazują, że byli wręcz mistrzami sztuki oblężniczej i skutecznie wykorzystywali tarany, katapulty i balisty do przełamywania umocnień. Sam taran w swojej najprostszej postaci był ot ciężką drewnianą belką, którą uderzano w bramę albo osłabiony fragment muru, a w bardziej rozwiniętej formie zawieszano go pod osłoniętą konstrukcją, żeby chronić jego obsługę przed ostrzałem.

Naturalnie jednak taran nie był cudownym młotem-niszczycielem, który sam z siebie rozstrzygał sprawę o stan murów. Najpierw trzeba go było doprowadzić na miejsce, a następnie osłonić, utrzymać w działaniu i dać ludziom warunki do pracy mimo ognia, kamieni i prób zniszczenia całej konstrukcji. Wieża oblężnicza także nie działała dlatego, że była wysoka, ale dlatego, że ktoś wcześniej przygotował teren i wyrównał samo podejście. Nawet najbardziej imponująca machina była więc tylko końcówką dużo dłuższej i cięższej pracy.

Właśnie tutaj znowu wraca najprostsza rzecz, o której przy Rzymie tak łatwo zapomnieć – narzędzia do pracy w ziemi. Bez robót ziemnych, bez nasypów, bez rowów i bez osłaniania własnych ludzi żadna rzymska machina oblężnicza nie miałaby większego sensu. Pod murami miasta Rzym nadal pozostawał armią, która najpierw kopie, mierzy i buduje, a dopiero potem naprawdę naciska. Właśnie dlatego obraz samego tarana czy wieży jest tak mylący. Pokazuje finał, ale ukrywa całą wcześniejszą robotę, bez której nic by się nie wydarzyło.

Czytaj też: Wrota Piekieł, które miały płonąć dwa tygodnie. Jedna z największych wtop ZSRR boli aż do dziś

Na tym jednak rzymski nacisk podczas oblężenia się nie kończył. Legioniści nie przychodzili pod mury wyłącznie z łopatami i taranem, ale również z machinami miotającymi, które miały osłabiać obronę jeszcze przed właściwym szturmem. Szczególnie ważne były tu balisty i skorpiony, a więc urządzenia zdolne razić obrońców na murach, utrudniać obsadzenie kluczowych punktów i osłaniać własne roboty ziemne oraz podejścia pod twierdzę. Ich zadaniem nie było widowiskowe zniszczenie miasta jednym ciosem, ale stopniowe odbieranie obrońcom swobody działania. Właśnie dlatego rzymska artyleria miała sens przede wszystkim jako część większego systemu nacisku, a nie samodzielne narzędzie, które miało załatwić wszystko.

Jeśli z kolei ktoś chciałby zobaczyć tę rzymską logikę niemal namacalnie, to najlepszym przykładem pozostaje Masada. Rzymianie wznieśli wokół tej twierdzy czterokilometrowy mur, a następnie rozpoczęli budowę ogromnej ziemnej rampy po zachodniej stronie. Sama rampa miała około 600 metrów długości i prowadziła ku ścianom fortecy. Dopiero po wykonaniu tej pracy można było wprowadzić na nią wieżę oblężniczą z taranem i naprawdę myśleć o przełamaniu obrony. Do tej pory obozy, fortyfikacje i rampa szturmowa otaczające to miejsce stanowią najpełniej zachowane rzymskie umocnienia oblężnicze, jakie przetrwały do naszych czasów. Pozwala to spojrzeć na rzymskie oblężenie nie tylko przez pryzmat dawnych opisów, ale również realnego krajobrazu, w którym ten sposób wojowania został dosłownie odciśnięty.

Rzym zdobywał miasta cierpliwością, zanim zdobywał je szturmem

Rzymscy żołnierze oczywiście potrafili walczyć. Potrafili szturmować, wytrzymywać nacisk i wykorzystywać moment słabości przeciwnika, ale gdy sprowadzamy ich sukces w oblężeniach wyłącznie do odwagi, taranów i widowiskowych ataków, to umyka nam sedno całej sprawy. Przewaga Rzymu zaczynała się znacznie wcześniej. Zaczynała się w chwili, w której legiony zamieniały okolice miasta w teren podporządkowany tylko i wyłącznie sobie. W tym procesie trzeba było zamknąć drogi dojścia do miasta, odciąć obrońców od dostaw, wystawić posterunki, rozplanować roboty ziemne, przygotować stanowiska dla machin i doprowadzić do sytuacji, w której każda kolejna doba osłabia ludzi za murami bardziej niż tych stojących na zewnątrz.

Źródła: Penelope – Juliusz Cezar, Penelope – Józef Flawiusz, UNESCO – “Masada

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

Pisze od 2016 roku na przeróżne tematy - od gier, po nowe technologie i na najpotężniejszych systemach wojennych kończąc. Poza tym tworzy gry i jest autorem książki fantasy pod tytułem Powrót do Korzeni.