Świat nauki zadrżał, kiedy pod koniec lipca rosyjski oligarcha i „król internetu” Jurij Milner stworzył nową nagrodę w dziedzinie fizyki teoretycznej. „Dosłownie powaliło mnie na ziemię. W jednej chwili miałem na koncie 200 dolarów, a w drugiej już trzy miliony 200 dolarów! Wprawdzie bank obciążył mnie 12-dolarową opłatą za transakcję, ale tego dnia wyjątkowo było mnie na to stać” – żartował w rozmowie z dziennikiem „The New York Times” laureat nagrody Alan H. Guth, profesor fizyki z Massachusetts Institute of Technology. Prof. Guth nie był jedynym nagrodzonym. Identyczne kwoty wylądowały na kontach ośmiu innych fizyków. Każdy z nich otrzymał sumę trzy razy większą od Nagrody Nobla, która w tym roku, po spowodowanej recesją 20-procentowej obniżce, wynosi 1,2 mln dolarów (czyli 8 zamiast 10 mln szwedzkich koron).

Wymyślona przez Milnera Fundamental Physics Prize w jednej chwili stała się najbardziej lukratywnym ze wszystkich naukowych wyróżnień. Nic więc dziwnego, że Jurija Milnera zaczęto porównywać z fundatorem najsłynniejszej po dziś dzień nagrody naukowej Alfredem Noblem. Jednak nagroda Rosjanina bardzo różni się od tej ufundowanej przez wynalazcę dynamitu – nie tylko wartością, ale również sposobem nominowania kandydatów i nowoczesnym, idącym z duchem czasu wyborem nagradzanych naukowych osiągnięć.

Nobel dla emerytów

Sam Milner podkreśla, że nie zależy mu na tym, żeby zostać Noblem-bis. „Moją intencją było pokazanie, że nauka jest tak samo ważna jak sprzedaż akcji na Wall Street” – tłumaczył magazynowi „Nature”. Dlaczego fizyka? Przez dziesięć lat Rosjanin studiował chromodynamikę kwantową. W 1985 roku przerwał jednak pracę nad doktoratem i zajął się inwestycjami – najpierw w Rosji, a później w Dolinie Krzemowej w Stanach Zjednoczonych. Stworzone przez Nobla i Milnera nagrody nie mogłyby się bardziej różnić.

Wynalazca dynamitu postanowił nagradzać dziedziny, które go interesowały: fizykę, chemię, medycynę i literaturę, a także działania na rzecz globalnego pokoju (dopiero w 1968 roku Bank Szwecji ufundował noblowską nagrodę w dziedzinie ekonomii).

 

Proces wyboru kandydatów do Nagrody Nobla jest długi i rygorystyczny. Nagrody z fizyki i chemii przyznaje Królewska Szwedzka Akademia Nauk, w dziedzinie medycyny – Instytut Karolińska, w dziedzinie literatury – Akademia Szwedzka, a w dziedzinie ekonomii – Bank Szwecji. Z kolei o Pokojowej Nagrodzie Nobla decyduje Norweski Komitet Noblowski, który wybiera laureata spośród 3 tys. znanych osobistości.

Złośliwi twierdzą, że Nobel to nagroda za całokształt twórczości, przyznawana najczęściej stojącym nad grobem naukowcom za odkrycia dokonane wiele dziesięcioleci wcześniej. Rekordzistą w tym zestawieniu jest amerykański patolog Peyton Rous, który w 1966 roku dostał Nobla z medycyny za badania nad rakiem sprzed pół wieku. Podobnie było w 2003 roku, gdy Nobla przyznano za wykorzystanie w diagnostyce rezonansu magnetycznego, używanego w medycynie od początku lat 70. Wieloetapowe typowanie kandydatów do nagrody i długotrwałe zbieranie części dowodowej powoduje, że niektórzy naukowcy nie dożywają wręczenia nagrody. Tak było np. w przypadku profesora ekonomii Williama Vickreya, który zmarł dosłownie kilka dni po ogłoszeniu werdyktu.

Powszechnie krytykowana jest też zasada nieprzyznawania nagrody więcej niż trzem osobom. Dzisiaj, kiedy nad przełomowymi odkryciami pracują rozbudowane zespoły, eliminuje ona z grona laureatów wielu badaczy. Za przykład może posłużyć udowodnienie istnienia bozonu Higgsa, uznane przez świat naukowy za przełomowe odkrycie.

W laboratorium CERN w Szwajcarii pracowały nad nim setki naukowców i nie bardzo wiadomo, kogo można by zgłosić do Nobla. Najprościej byłoby nagrodzić szkockiego fizyka Petera Higgsa, który opracował teorię bozonu, tyle że poza nim o cząstce elementarnej pisało jeszcze pięciu innych fizyków. Spór o ojcostwo odkrycia i ewentualną Nagrodę Nobla już się toczy, a rozwiązanie go może przynieść chyba tylko mozolny proces wyłaniania laureatów Nobla. Higgs ma 82 lata, pozostali pretendenci są już po siedemdziesiątce i mogą zwyczajnie nie dożyć werdyktu Królewskiej Akademii Nauk w Sztokholmie.

Nagrody dla marzycieli

Jurij Milner, jak na biznesmena z sektora nowych mediów przystało, wybrał nowocześniejszy sposób nominowania i nagradzania kandydatów. Poza tym pierwszym razem, kiedy to on sam wybrał, kto dostanie nagrodę, wyboru kandydatów mają dokonywać poprzedni laureaci. Propozycje mogą również zgłaszać internauci.

Komitet Noblowski i Komitet Milnera kierują się też odmiennymi kryteriami wyboru laureatów – ten pierwszy nagradza ważne, wąskie tematycznie osiągnięcia, a niekoniecznie rewolucyjne odkrycia. To dlatego Albert Einstein w 1921 roku otrzymał Nobla nie za swoją ogólną teorię względności, ale za odkrycie praw rządzących zjawiskiem fotoelektrycznym. Noblowi zależało też na praktycznej stronie nagradzanych projektów. Prawdopodobnie dlatego wśród dyscyplin, które postanowił wesprzeć, zabrakło matematyki jako zbyt abstrakcyjnej.

Z kolei Milner wierzy w odkrycia przełomowe i nie boi się naukowych fantazji. To dlatego nagrodził badaczy zajmujących się m.in. fluktuacjami kwantowymi oraz teorią strun. Nominowani do Nagrody Fizyki Fundamentalnej nie muszą przedstawiać eksperymentalnych dowodów swoich teorii, co skraca proces wyboru. Część komentatorów traktuje Milnera z przymrużeniem oka. „Nagrody Nobla przyznawane są za bezsprzeczne i potwierdzone osiągnięcia, a nagrody Milnera za niesprawdzone fantazje” – mówi prof. Dmitri I. Diakonow z Instytutu Fizyki Nuklearnej przy Rosyjskiej Akademii Nauk w Petersburgu.

„Grupka ludzi dostała po trzy miliony dolarów za robienie czegoś, czego nie można sprawdzić albo co – jak udowodniono – jest błędem” – podsumowuje zaś na swoim blogu Peter Woit, znany krytyk spekulatywnych teorii i autor książki „Not Even Wrong”, w której dowodzi, że teoria strun jest pseudonauką.

 

Milion na start

W USA dziedzictwo obłędnie bogatych filantropów – Johna D. Rockefellera, Andrew Carnegiego czy W. M. Kecka, to nie tylko szkoły i instytuty naukowe, na które łożyli, ale też budynki i skwery noszące ich imię. Być może w niedalekiej przyszłości dołączy do nich norweski inżynier i biznesmen Fred Kavli. Wiosną 2004 roku 77-letni Kavli stanął przed zgromadzeniem najlepszych amerykańskich naukowców, którzy jedli kolację w luksusowym Carlyle Hotel w Nowym Jorku, i ogłosił: „Zamierzam przeznaczyć 75 mln dolarów na 10 instytutów badawczych, które powstaną przy najlepszych uniwersytetach w Ameryce i na całym świecie”. Sala zamarła. Kim jest ten człowiek? – szeptano po kątach.

Kavli od 50 lat żył w Stanach Zjednoczonych. To tam założył swoją pierwszą firmę Kavlico, produkującą wyspecjalizowane czujniki dla przemysłu samolotowego i kosmicznego. Szybko zarobioną fortunę bystry fizyk zaczął pomnażać, inwestując w nieruchomości w Kalifornii. Chciał jednak, aby jego nazwisko stało się marką kojarzącą się z naukowym oświeceniem. Stworzenie sieci Instytutów Kavliego było pierwszym krokiem na drodze do tego celu. O norweskim fundatorze zrobiło się głośno kilka miesięcy po pamiętnej nowojorskiej kolacji, kiedy trzech naukowców związanych z jego ośrodkami badawczymi zdobyło Nagrody Nobla. Uhonorowani w Szwecji naukowcy: prof. David Gross, prof. Frank Wilczek, a także prof. Richard Axel byli dla ambicji Kavliego najlepszą reklamą.

Zachęcony sukcesami Norweg zdecydował się na następny krok. Począwszy od 2008 roku, co dwa lata kapituła jego fundacji przekazuje po milionie dolarów dla każdego młodego i obiecującego naukowca lub zespołu. „Chcemy promować naukę i młodych, zdolnych badaczy. Noble mają wielkie zasługi w promocji naukowego postępu, ale my dajemy szansę tym, którzy dopiero zaczynają.

Nagrody Kavliego nie mają być zwieńczeniem kariery, ale jej początkiem” – tłumaczy dr David Gross, fizyk i prawa ręka norweskiego filantropa. „Od zawsze fascynowało mnie to, co największe, czyli wszechświat, to, co najmniejsze: atom, a także narzędzie, którego potrzeba, żeby je pojąć, czyli ludzki mózg” – tłumaczy Fred Kavli. Jego miliony wędrują więc do naukowców zajmujących się astrofizyką, nanotechnologią i neurobiologią.

Altruiści i filantropii

Dziś największym zarzutem wobec Nagrody Nobla jest fakt, że jest ona oderwana od szybko zmieniającej się rzeczywistości. Tak przynajmniej uważa szwedzki pisarz i filantrop Jakob von Uexküll.

Ten zapalony filatelista sporo podróżował po świecie, a wymiana wartościowych znaczków przyniosła mu niemałą fortunę. I wtedy pomyślał, że wśród Nobli brakuje nagrody, która odwoływałaby się nie tylko do kultu rozwoju technologicznego, ale też do wyzwań współczesnego świata: biedy, nierównego dostępu do dóbr cywilizacyjnych czy problemów ekologicznych.

Postanowił więc napisać do Fundacji Noblowskiej. „Zaproponowałem im stworzenie dwóch nagród: za zasługi dla środowiska i rozwoju społecznego. Zaoferowałem nawet przekazanie miliona dolarów na ich poczet” – opowiada dzisiaj von Uexküll. Jego propozycja została jednak odrzucona. W 1980 roku sam stworzył więc Right Livelihood Award, czyli nagrodę przyznawaną co roku czterem osobom, które „pracują nad praktycznymi i godnymi naśladowania rozwiązaniami dla pilnych wyzwań, które stoją przed światem”. Kryterium przyznawania nagrody jest szerokie – 250 tys. dolarów otrzymują więc ludzie lub instytucje działające na rzecz ochrony środowiska, praw człowieka, zrównoważonego rozwoju, edukacji czy pokoju. Kandydatów nominować może każdy, także przez stronę internetową fundacji.

„Nasza nagroda ma dawać nadzieję społeczeństwom. Dlatego wybieramy inspirujących i odważnych działaczy, często z odległych zakątków świata. To nagroda na miarę XXI wieku” – tłumaczy Ole van Uexküll, dyrektor Fundacji RLA i siostrzeniec głównego fundatora. Nic dziwnego, że laur von Uexkülla został w Szwecji okrzyknięty „alternatywnym Noblem”.

Fundatorzy wszystkich tych konkurujących z Noblem wyróżnień naukowych starają się udowodnić, że przyznawana od 111 lat szwedzko-norweska nagroda zestarzała się na tyle, że nie wytrzymuje wyścigu z szybko rozwijającym się światem naukowców i nowych gałęzi wiedzy.

Pretendentów do wyznaczania nowych trendów w nauce przybywa, ale Nobel, ze swoją wieloletnią tradycją i potężną machiną promocyjną, trzyma się ciągle mocno. Amerykański historyk technologii Edward Tenner twierdzi, że prestiż Nobla potwierdza fakt, że wielcy, tacy jak Wilhelm Roentgen czy Albert Einstein, przechodzili te same procedury weryfikacyjne, co ich mniej znani koledzy.

„Krytyka poszczególnych wyborów, która przetacza się przez światowe media, pokazuje tylko siłę oddziaływania i hegemonię Nobla nad resztą hojnych dotacji” – tłumaczy Tenner. Nawet jeśli uważa się, że Nagrody Nobla są dmuchanym balonem tradycji, to nie można zaprzeczyć, że ogłoszenie w październiku laureatów i grudniowa ceremonia wręczenia fascynują prawie tak samo jak hollywoodzka gala Oscarów. I może właśnie to jest największa zasługa Alfreda Nobla.