Onkyo właśnie dało im dodatkowy powód. Fabrycznie odnowiony DX-C390, czyli sześciopłytowa zmieniarka CD wyglądająca jak wyjęta z klasycznego zestawu hi-fi, został przeceniony z 375 dolarów, czyli około 1400 zł, do 224 dolarów, czyli około 840 zł. To 40% mniej. Jest tylko jeden problem – zainteresowanie najwyraźniej okazało się spore, ponieważ obecnie amerykańska strona producenta pozwala już zapisać się na powiadomienie o ponownej dostępności odnowionych egzemplarzy.
Zmieniarka CD wraca i nagle ma więcej sensu niż kiedyś
DX-C390 reprezentuje kategorię urządzeń, która jeszcze niedawno wyglądała jak kandydat do stałej ekspozycji w muzeum elektroniki użytkowej. Wielka czarna obudowa, fizyczne przyciski, wyświetlacz i karuzela mieszcząca sześć płyt. Żadnego ekranu dotykowego, rekomendacji generowanych przez algorytm czy aplikacji proszącej o utworzenie konta.
Do środka można załadować sześć albumów i pozwolić urządzeniu odtwarzać je kolejno. Co więcej, podczas słuchania jednej płyty da się wymienić pozostałych pięć. Teoretycznie muzyka może więc grać przez wiele godzin bez przerwy. Jest sześć trybów powtarzania, odtwarzanie losowe i możliwość zaprogramowania do 40 utworów. Pilot też się znalazł, bo nawet nostalgia ma swoje granice i wstawanie z kanapy co trzy minuty byłoby już przesadą.

W czasach streamingu funkcja sześciu płyt może oczywiście wydawać się dość komiczna. Spotify zmieści sześć milionów albumów bez obracającej się tacy. Tyle że korzystanie z fizycznego nośnika zmienia sposób słuchania. Wybór sześciu płyt jest już pewną decyzją. Trzeba je wyjąć z pudełek, ułożyć i zdecydować, czego właściwie chce się posłuchać. Muzyka przestaje być nieskończonym strumieniem propozycji.
Stary pomysł, ale technicznie całkiem poważny
DX-C390 nie bazuje wyłącznie na sentymencie. Onkyo zastosowało układ VLSC, czyli Vector Linear Shaping Circuitry, którego zadaniem jest ograniczenie szumów impulsowych powstających podczas konwersji cyfrowo-analogowej. Do tego dochodzi 128-krotny oversampling, częstotliwość próbkowania filtra 352,8 kHz oraz osobno prowadzone i ekranowane ścieżki sygnałowe Direct Digital Path.
Urządzenie oferuje zarówno stałe wyjście analogowe, jak i cyfrowe wyjścia optyczne oraz koaksjalne. Można więc skorzystać z jego własnej sekcji konwersji albo potraktować DX-C390 głównie jako transport i wysłać sygnał do zewnętrznego DAC-a lub odpowiednio wyposażonego wzmacniacza. Waży przy tym 6,9 kg, więc zdecydowanie bliżej mu do klasycznego komponentu hi-fi niż do lekkiego plastikowego odtwarzacza, jaki wiele osób pamięta z dziecięcego pokoju.
Fabrycznie odnowione sztuki również nie są urządzeniami sprzedawanymi na zasadzie znalazło się coś na zapleczu. Onkyo deklaruje ich testowanie i kontrolę według takich samych standardów wydajności jak w przypadku nowych urządzeń. Trzeba natomiast zaakceptować możliwość niewielkich niedoskonałości kosmetycznych. Producent obejmuje je roczną gwarancją.

Powrót CD? Z tym określeniem byłabym ostrożna
Łatwo byłoby przy okazji DX-C390 ogłosić wielki renesans kompaktów, bo nostalgia jest dziś wyjątkowo skutecznym paliwem marketingowym. Dane studzą jednak emocje. W USA w 2025 roku sprzedano około 29,5 miliona płyt CD, o 11,6% mniej niż rok wcześniej, a przychody z tego formatu spadły o 7,8%. Fizyczna muzyka jako całość urosła, lecz wzrost ciągnął przede wszystkim winyl.
Widzę tu coś bardziej interesującego niż masową modę na CD. Coraz częściej szukamy sposobów na odzyskanie choć kawałka kontroli nad cyfrową codziennością. Książka ma zostać na półce, film na płycie nie zniknie z katalogu wraz z końcem licencji, a kupiony album nie zależy od tego, czy serwis streamingowy dogada się jutro z wytwórnią.
CD jest pod tym względem wyjątkowo praktyczne. Używane albumy kosztują często niewiele, zajmują znacznie mniej miejsca niż winyle i nie wymagają obchodzenia się z nimi jak z porcelaną po babci. Można zbudować sporą kolekcję bez przeznaczania połowy salonu na regały.
Sześć płyt to sporo
Onkyo ma również nowszy, jednopłytowy model Icon C-30 za 400 dolarów, czyli około 1 490 zł. Przy nim DX-C390 wygląda wręcz jak urządzenie z innej filozofii słuchania – bardziej rozbudowane, mechaniczne i trochę przesadzone.

Sześciopłytowa karuzela nie wygra ze streamingiem pod względem wygody. Nawet nie ma po co zaczynać takiego pojedynku. Daje za to coś, czego aplikacje muzyczne stopniowo nas oduczyły: wybiera się kilka albumów, naciska play i zostawia muzykę w spokoju.
Mam wrażenie, że dla części osób właśnie to zaczyna być argumentem wystarczającym. Zwłaszcza gdy w szafie od kilkunastu lat stoi kilkadziesiąt płyt, których przecież nikt nigdy oficjalnie nie wyrzucił.
