„Trzydzieści lat zastanawiałem się czy, jak i komu przedstawić wydarzenia, których byłem uczestnikiem w połowie stycznia 1945 r. Mam teraz 86 lat. Żyję w Polsce bez mała pół wieku, mam rodzinę, spokój i w miarę dostatnią egzystencję. Jestem wdzięczny za wszystko, co mnie spotkało w życiu po wojnie i dlatego dzisiaj, kiedy moje bezpieczeństwo i spokój zostały zakłócone przekazuję, co następuje”. Na trzech pożółkłych kartkach autor listu postanowił wyspowiadać się ze swojej przeszłości.

W czasie II wojny światowej pełnił służbę jako saper. Zimą 1945 r. został wezwany na Dolny Śląsk i zobowiązany do utrzymania tajemnicy związanej z akcją, w trakcie której miał zaminować, a następnie zamaskować kilka skrytek. Przygotowywało je SS. W kolejne mroźne noce przyglądał się więc ukrywaniu skrzyń, które zostały zabezpieczone m.in. w zamku Grodno, na zboczach Ślęży koło Wrocławia, a także w małym kościółku w Górach Sowich.

Zawsze wyglądało to tak samo. Podjeżdżali nocą, ładunek przenosili więźniowie, których potem rozstrzeliwali esesmani. Już po wszystkim nadawca listu minował i maskował miejsce ukrycia. Swoje „zwierzenia” podpisał Leonard von Schreck, kapitan Wehrmachtu. 

W tej korespondencji, która nadeszła w latach 90. do wrocławskiej redakcji „Słowa Polskiego”, kapitan von Schreck opowiadał historię jakby żywcem wyjętą z filmu. Twierdził, że mocodawcy z SS postanowili go zlikwidować, ale cudem udało mu się przeżyć. Po wojnie został w Polsce.

Wiele lat później, podczas wycieczki do zamku, w którym niegdyś zabezpieczał skrzynie, nieoczekiwanie zobaczył jednego z członków akcji z 1945 r. Wystraszył się. Zrozumiał, że byli esesmani wciąż monitorują miejsca ukryć i jeśli zorientują się, że nie zginął, może mu grozić niebezpieczeństwo. W końcu znał wszystkie lokalizacje, a strażnicy skarbów wciąż są aktywni…

Fałszywe tropy 

O strażnikach skarbów i poniemieckich tajemnic opowiadało już pierwsze pokolenie osadników, którzy przyjechali na ziemie będące do 1945 r. terytorium III Rzeszy. Ze strachem, ale i fascynacją szeptano o Niemcach, najlepiej byłych esesmanach, którzy ukrywali się w Polsce po wojnie. Ci groźni ludzie wiedzieli, gdzie jest złoto, potężne podziemia, fabryki cudownych broni... I choć udawali zwykłych obywateli, byli beznamiętnymi maszynami do likwidacji każdego, kto chciałby wydrzeć im sekret. Przyczajeni czekali na odpowiedni moment, aby, kiedy nadejdzie czas, wyciągnąć z sejfu pamięci mapę ukrytych dóbr i wywieźć je do „swoich”. 

– Chodziło o takie dobra, które po wojnie można było spieniężyć na cele prywatne i państwowe, jak chociażby na powstanie IV Rzeszy. To „pilnowanie” miało polegać na dyskretnej obserwacji skrytki, ewentualnym rozsiewaniu „fałszywych tropów”, a w przypadku możliwego „spalenia” schowka na odwróceniu uwagi poszukiwaczy i wskazaniu innego, ale już nie tak ważnego miejsca – tłumaczy Dariusz Garba, mieszkający na stałe w Niemczech polski autor i badacz tajemnic II wojny światowej.

– Jednym z zadań takiego strażnika miało być również opróżnianie schowka na bieżące potrzeby np. jakiejś organizacji, a także akcja dezinformacyjna. Polegała ona m.in. na pokazywaniu pustych tuneli, wejść do podziemnych fabryk, ale wyłącznie tych, w których znajdowały się już tylko resztki urządzeń, maszyn, materiałów budowlanych. Miało to utwierdzić Amerykanów w Turyngii, Bawarii czy też Rosjan na Dolnym Śląsku, że co prawda odnaleźli główne pomieszczenia niemieckich zakładów militarnych, ale zostały już ogołocone, więc nie warto szukać dalej. Tymczasem właśnie „dalej” miały leżeć najważniejsze depozyty. Czy rzeczywiście?

Przypadkowy Austriak

Z „Pioniera – Dziennika Dolno-Śląskiego” z 1946 r. pochodzi notatka, która ma tytuł „200 kg złota i platyny odnaleziono w kryjówce w górach Tyrolu”. Francuski dziennikarz opisuje jak „pewien Austriak” wpadł podczas standardowej procedury sprawdzania dokumentów jego wozu. Ponieważ były podejrzane, w jego mieszkaniu została przeprowadzona rewizja. Policjanci znaleźli dwie złote papierośnice z grawerunkami.

„Podczas dalszej rewizji policja francuska odkryła złotą biżuterię i kamienie szlachetne. Na niektórych pierścionkach widoczne są wyraźnie brunatne plamy, co pozwala przypuszczać, że palce, z których te pierścionki ściągano, były odcięte. Inne skrzynie zawierają złote zęby, na których widoczne są ślady wyrywania ich siłą z ust. Wszystko wskazuje na to, że biżuteria i złote zęby pochodzą z obozów koncentracyjnych, w których przebywali Żydzi. Dalsze poszukiwania doprowadziły do wykrycia ośmiu kilogramów złota i kamieni szlachetnych”. Udało się również natrafić na skrytkę w górach. Austriak tłumaczył, że przypadkowo ją odnalazł. Przypadkowo?

– Niemcy do końca wierzyli, że nawet po przegranej wojnie wrócą na ich byłe tereny w obrębie granic z czasów przedwojennych i dobiorą się do tego, co schowali. Jak wiemy, życie zweryfikowało te nadzieje. Nie można zapominać, że Bawaria i Austria, jak chociażby słynna górska miejscowość Zell am See, leżały na trasie jednego z kanałów przerzutowych, którymi co sprytniejsi oficjele i wyżsi oficerowie, i to nie tylko z SS uciekali do Włoch, a potem z „lewymi papierami” uzyskanymi przy pomocy Watykanu dalej np. do Ameryki Południowej – stwierdza Dariusz Garba.

Niestety, historia milczy o dalszych losach „Austriaka”, trudno dzisiaj ustalić, czy to nazistowski oficer i czy rzeczywiście pochodził z Austrii, a nie z Niemiec. Z informacji prasowej wynika, że jego dokumenty mogły zostać sfałszowane. Świetnie więc pasował do definicji „strażnika”, choć jak wynika z innych relacji, to pilnowanie łupów bardziej opisywano jako legendę niż rzeczywistość. 

Śmierć otwiera usta

O podobnych przypadkach mówiono w Polsce. „Niedawno w jednej z miejscowości, co do której istniało podejrzenie, że właśnie tam wycofujący się Niemcy zamaskowali kilka wejść do sztolni, zmarł pewien człowiek. Przez wiele lat podejrzewano go, że jest kimś w rodzaju strażnika pilnującego tajemnic III Rzeszy. Oczywiście takie twierdzenie zawsze traktowane było z przymrużeniem oka. O dziwo jednak, po jego śmierci do naczelnika we wspomnianej miejscowości zgłosiła się pewna osoba, aby zdradzić miejsce, gdzie znajduje się zamaskowany tunel, do którego w ostatnich dniach wojny wjechała zamaskowana ciężarówka. Osoba ta twierdziła, że zeznawać wcześniej nie mogła, gdyż obawiała się »strażnika Gór Sowich«. Teraz może wszystko wyjawić…” – to fragment reportażu Piotra Barczaka z 1988 r. o mrożącym w żyłach krew tytule „Śmierć strażnika otworzyła usta świadkowi”. Miejscowość, o której pisze dziennikarz „Kuriera Polskiego” to Walim w Górach Sowich, a zmarły „strażnik” to majster Henryk Wojtczak. 

„Samotnie mieszkający mruk, perfekt znał niemiecki, nikogo nie wpuszczał do domu, z nikim nie rozmawiał” – wspomina Jan Turczyk z Walimia. Jak mówi, po jego śmierci „za szafą znalezione zostało wejście do drugiego pokoju. Wojtczak miał tam schowany m.in. mundur esesmański i raportówki”. 

Zaraz po wojnie na Dolnym Śląsku podejrzany był niemal każdy Niemiec, który po pierwsze mógł zostać, po drugie – na to się decydował. W zakładach przemysłowych potrzebna była ciągłość produkcji, a ją mogli zapewnić przede wszystkim pracujący w nich do niedawna niemieccy fachowcy. To w nich najczęściej widziano „strażników”.

Najwięcej z nich miało działać właśnie w Górach Sowich. W czasie II wojny światowej powstawał tu potężny kompleks podziemi o kryptonimie Riese, czyli Olbrzym. To historia już dzisiaj dobrze poznana, ale największe emocje wzbudzają akcje związane z ukrywaniem dokumentacji, złota, tajnych broni oraz prywata esesmanów. Ci zaś, uczestnicząc w akcjach oficjalnych, przy okazji załatwiali również zabezpieczenie dla siebie. Kiedy III Rzesza zaczęła dogorywać, trzeba było pomyśleć o tym, co ze sobą zrobić po wojnie. 

Więcej, w tym dzieje innego rzekomego depozytariusza poniemieckich tajemnic inżyniera Antona Dalmusa w nowym Focusie Historia Ekstra nr 3/2021.