Focus Historia: Książka „Czerwone Bagno” ukazuje się 5 lat po śmierci profesora Tomasza Strzembosza, który dotarł do ludzi zaangażowanych w antysowiecką partyzantkę. Dlaczego została opublikowana tak późno?

Rafał Wnuk: Profesor Strzembosz już w 1980 roku natknął się na informacje dotyczące antysowieckiej partyzantki na Augustowszczyźnie w latach 1939–1941. Wiedząc, że może oprzeć się jedynie na wspomnieniach ludzi – wtedy nie mógł jeszcze przewidzieć, że w 1990 roku otworzą się archiwa na Wschodzie – zebrał olbrzymią ilość relacji uczestników i świadków tego, jak działała polska partyzantka na ziemiach pod okupacją sowiecką. Na podstawie tych materiałów planował napisanie trzech książek. Za jego życia ukazała się tylko jedna: „Antysowiecka partyzantka i konspiracja nad Biebrzą X 1939 – VI 1941”. „Czerwone Bagno” o partyzantce w Puszczy Augustowskiej miało być trzecią częścią tryptyku. Niestety, profesor pod koniec życia zaczął tracić wzrok i nie zdążył napisać tej książki. Rok po jego śmierci wdowa po Tomaszu Strzemboszu, pani Maryla, przekazała mi jego archiwum i poprosiła o dokończenie dzieła. Natomiast z napisania drugiej książki, dotyczącej organizacji konspiracyjnej Bataliony Śmierci Strzelców Kresowych, profesor Strzembosz zrezygnował.

Dlaczego?

Profesor natknął się na przekazy, które zmieniły jego sposób widzenia spraw, o których pisał. Jednak relacje te otrzymał z zakazem ich publikowania.

Czego mogły one dotyczyć?

Bataliony Śmierci Strzelców Kresowych były bardzo ważną organizacją na Białostocczyźnie pod okupacją sowiecką. Wiele jednak wskazuje na to, że szybko zostały podporządkowane niemieckiemu wywiadowi – Abwehrze. Czy była to gra wywiadów między polską konspiracją a Niemcami, czy doszło do wciągnięcia w krąg zdrady ważnych osób z podziemia – tego nie wiemy. Natomiast współpraca dwóch lokalnych polskich organizacji wojskowych z Niemcami przeciw Sowietom była na tym terenie faktem. I o tym jest również mowa w „Czerwonym Bagnie”.

Jak profesor Strzembosz mógł zdobyć takie informacje?

To, co robił on na Augustowszczyźnie w latach 80., miało półkonspiracyjny charakter. Nie tylko nie mógł się afiszować ze swoimi badaniami wobec władz, ale także wobec miejscowych. Lokalna społeczność o bardzo wielu rzeczach z czasów wojny wiedziała, ale przez dziesiątki lat panowała tam całkowita zmowa milczenia. Profesor opowiadał mi pewną historię z początku swoich badań. Jeden z informatorów powiedział mu: „Gdyby pan przyszedł i zaczął zadawać takie pytania 20 lat temu, toby dziś leżał pan w Czerwonym Bagnie”. Z czasem profesor zaprzyjaźnił się ze swoimi informatorami, odpisywał na ich listy, wracał do nich. Ludzie (wielu z nich już nie żyje) zaczęli powierzać mu swoje tajemnice. Ale nie jest to historia, która wszystkim się spodoba.

Cofnijmy się do września 1939. Na mocy układu Ribbentrop–Mołotow Białostocczyzna, w tym część Suwalszczyzny i Augustowszczyzny, ma zostać zajęta przez Armię Czerwoną. Niemcy zatrzymują swoje wojska przed Puszczą Augustowską już 15 września. Ale Stalin się spóźnia. Pierwsze oddziały Armii Czerwonej docierają na te tereny dopiero po tygodniu…

Tak, to było niesamowite. Niemcy znajdowali się pod Lwowem, a Augustów był wciąż wolnym miastem. To umożliwiło polskim oddziałom wycofanie się na tereny Puszczy Augustowskiej, która stała się w pewnym momencie miejscem dużej koncentracji wojsk. Oczywiście dowódcy nie wiedzieli, jaka była sytuacja strategiczna na froncie, ale prowadząc dobre rozpoznanie, mogli podejmować decyzje, co dalej robić. Czy przedostać się na Litwę, która była w tym czasie niepodległym państwem, i stamtąd starać się przedostać do Francji, czy iść na pomoc walczącej Warszawie, czy też rozwiązać oddziały i rozpocząć walkę partyzancką.

W tym czasie w Puszczy Augustowskiej pojawia się ppłk Jerzy Dąmbrowski, legendarny „Łupaszka” [nie mylić z mjr. Zygmuntem Szendzielarzem, który przejął ten pseudonim w dowód uznania dla Dąmbrowskiego – przyp. red.]. W czasie wojny polsko-bolszewickiej prowadził walkę partyzancką przeciw Armii Czerwonej na tych terenach. Jego zastępcą jest major Henryk Dobrzanski, późniejszy „Hubal”. Czy to oni są pierwszymi partyzantami, którzy z terenu puszczy rozpoczną działania przeciw sowieckiej okupacji?

Nie wiemy do końca, jakie zadanie miał odział ppłk.Dąmbrowskiego [pisownia nazwiska prawidłowa – przyp. red.] we wrześniu 1939 r. Jego celem nie były bezpośrednie starcia z Armią Czerwoną. 110. Rezerwowy Pułk Ułanów, którym dowodził Dąmbrowski, nie wszedł np. do Grodna w czasie ataku sowieckiego, ale pozostał na jego obrzeżach. Wiele wskazuje na to, że zadaniem pułku było pełnienie roli awangardy. Miał iść na czele polskich oddziałów, sprawdzać, którędy można pójść dalej. To nie przypadek, że wszystkie wojska, które szły za oddziałem Dąmbrowskiego, przeszły na Litwę, a on się cofnął i pozostał na terenie Augustowszczyzny. 21 września 1939 roku podpułkownik ruszył ze swoim oddziałem w stronę Polski centralnej. Chciał pomóc walczącej Warszawie poprzez działalność dywersyjną na tyłach Niemców. 28 września w Janowie koło Kolna zastała ich wiadomość o kapitulacji stolicy. Wtedy Dąmbrowski rozwiązał swój pułk i rozpoczął tworzenie formacji partyzanckiej, w której uczestnictwo miało już charakter dobrowolny.

Wtedy te doszło do konfliktu między nim a jego zastępcą, majorem Dobrzańskim. O co poszło?

Hubal chciał iść na teren Generalnej Guberni i walczyć z Niemcami, co zresztą zrobił. Dąmbrowski postanowił zostać na pograniczu polsko-litewskim. Nie był to, jak pokazywała historiografia PRL-u, konflikt między walecznym „Hubalem” a kapitulantem Dąmbrowskim, lecz różnica zdań co do miejsca i sposobu kontynuowania walki.