Posłuchajcie o coachingu Tao... To taki żarcik. Z wszelkich coachingowych mutacji marketingowych propozycje coachingu Tao albo Zen najszybciej wprowadzają mnie w dobry nastrój. Ich autorzy sugerują taką ofertą, że opanowali mądrość Tao albo Zen, albo przynajmniej mają z nią jakąś styczność. Odważna deklaracja, na którą nieczęsto zdobywają się nawet buddyjscy mistrzowie po 30 latach medytacji w jaskini. Jeśli szukacie porad eksperta, to przestańcie czytać ten tekst – nie mam pojęcia, czym jest Tao. Mogę się tylko domyślać. Mogę też zaprosić was do krótkiej gry wstępnej z „Księgą drogi i cnoty” – takiej, jaką uprawiamy w Szkole Filozofii Dostrojenia do Procesu Życia.

„Księga” (Daodejing) nie jest długą lekturą – składa się z 81 króciutkich rozdziałów – ale w czasach popularności błyskotek słownych i niskiej tolerancji czytelników na konieczność uruchamiania głębokich procesów myślowych dociera do nas zwykle nie w całości, lecz w postaci efektownego aforyzmu. Kto nie zna słynnego „Tysiącmilowa podróż zaczyna się od pierwszego kroku”? Tak, to z tej księgi.

Jeśli już „Daodejing” musi błysnąć, żeby nas uwieść, to możemy wykorzystać do tego znacznie mniej oczywiste fragmenty. Na przykład ten:

„Jestem nieporuszony, nie objawiam nic – jak niemowlę, które dopiero ma się po raz pierwszy uśmiechnąć”.

„Daodejing” w pigułce. Niby to niewinny opis uwarunkowanego świata, którego przedmioty (niemowlę, uśmiech) dobrze znamy i którego reguły, jak sądzimy, dobrze rozumiemy (bezruch; istnienie; rzeczy, które dopiero mają się zdarzyć). Ale też skuteczna katapulta z tego świata w stronę tego, czym być może jest Tao – pełnią, wszystkimi możliwościami. Niemowlę, które dopiero ma się po raz pierwszy uśmiechnąć, ma w sobie pełną tego możliwość. Pozostając w stanie przed uśmiechem, jest doskonałe. Uśmiechając się, wciąż jest doskonałe, ale tym razem jego doskonałość przejawia się w działaniu. Może się uśmiechać lub nie. Decyzja nie należy do niego, tylko do całego wszechświata. A że wszechświat nie uśmiecha się po to, żeby wyłudzić ciastko (bo co mu po nim?) – co może zrobić dziecko, które weszło już w konwencję wymiany handlowej z opiekunami – nie ma tu mowy o wolnej woli ani tym bardziej o jej braku. Taki właśnie ma być mędrzec. Jak dzieciak, który dopiero pojawił się na tym świecie.

 

PRZYPOMNIENIE I NAKIEROWANIE

 

Zanim zostaniemy taoistycznymi mędrcami, możemy mieć pożytek z dzieła Laozi na ulicy, w domu albo w sali konferencyjnej. Nie chodzi o to, żeby je czytać pod stołem po kryjomu, gdy inni prezentują opracowane w najnowszym programie do prezentacji, ale śmiertelnie nudne wykresy. Możemy użyć „Daodejing” jako źródła tego, co nazywam szybkimi interwencjami kognitywnymi i co
znane jest doskonale praktyce filozoficznej Wschodu i Zachodu.

Takie interwencje służą natychmiastowemu wyrwaniu nas z przesądów, które zasysamy ze środowiska kulturowego i postawieniu w obliczu tego, co w życiu istotne. Służą powrotowi do odczuwania rytmu życia. Kiedy zdaje nam się, że oto wali się nasz świat (bo na przykład szef spojrzał na nas złym okiem), możemy powtórzyć sobie taki wers z „Daodejing”:

„Mam tylko trzy cenne rzeczy, których strzegę niczym skarbu: pierwszą z trzech jest współczucie, drugą – nieposiadanie, a trzecią – odmowa starania się o to, by być kimś ważnym”.

Czy któraś z tych istotnych rzeczy jest zagrożona? Czy w ogóle może być zagrożona, skoro zależy tylko od nas? Żeby taka interwencja była skuteczna, musi poprzedzić ją jednak trening filozoficzny, który polega na rozsmakowaniu się w wolności wynikłej z cnót współodczuwania, nieposiadania i nieulegania powszechnej iluzji szukania satysfakcji w tym, że jest się kimś ważnym.

Inny rodzaj interwencji kognitywnej z „Daodejing” to odwołanie się do wzorca za pomocą prostego porównania jakiegoś dobrze znanego nam przedmiotu ze stanem umysłu, jaki powinien przejawiać mędrzec:

„Mędrcy są jak lustro, nie odrzucają rzeczy ani nie wychodzą im naprzeciw. Reagują na wszystko, ale niczego nie kolekcjonują. Dlatego ciągła zmiana nie może ich zranić”.  

Takie odwołanie może przydać się na przykład, gdy za bardzo damy wkręcić się w jakieś myślenie lub działanie, w którego wyniku odczuwamy lęk. Pod warunkiem że aspirujemy do bycia raczej mędrcem niż milionerem.

W życiu zdarzają się momenty, gdy nie dzieje się nic szczególnie dramatycznego i pojawia się przestrzeń do refleksji. W takiej sytuacji przydają się kognitywne interwencje nakierowujące, które otwarcie mówią, do czego dążyć, a czego unikać. Na przykład taka:

„Lepiej dbać o to, co masz w środku, niż uczyć się całej masy niepotrzebnych rzeczy”.

Warto z niej skorzystać przy planowaniu kolejnych szkoleń z rozwoju osobistego. Czy naprawdę trzeba mnożyć techniki coachingowe albo wypychać bez umiaru słynną „skrzynkę z narzędziami”, żeby lepiej rozumieć innych ludzi i skuteczniej im pomagać?

Gdy nasze ciało i umysł znajdują się w stanie relaksu, a jednocześnie czujności, najlepszym do tego, by robić postępy w sztuce życia, możemy ćwiczyć się w bezstronnym patrzeniu na rzeczywistość. To zaś – zapewniają filozofowie Wschodu i Zachodu – uwolni nas od niepotrzebnych podrażnień psychicznych. Do ćwiczenia takiego spojrzenia idealnie nadaje się taki rodzaj interwencji
myślowej z „Daodejing”:

„Bez żądzy – oto jak powinno się obserwować cudowność wszystkich rzeczy. Żądza sprawia, że widzimy tylko granice rzeczy”.

Tego, co proponuje „Księga drogi i cnoty”, nie da się nauczyć na weekendowym kursie. Mądrość trzeba ćwiczyć bez przerwy, w każdej sekundzie, bo jest ona sposobem bycia w świecie, a nie najbardziej nawet genialną konkluzją.

Możemy być mądrzy w jednej chwili, by już w następnej wpaść w chmurę pospolitych myśli, które odrywają nas od procesu życia i wpuszczają w świat fikcji. Laozi był bez wątpienia typem człowieka, który oszczędza słowa, i gdyby uznał, że wystarczy jeden aforyzm, na jednym by poprzestał. Zwłaszcza że śpieszył się, by opuścić świat doczesnych uciech i zacząć medytację na pustyni.

Legenda mówi, że „Księgę” spisał tylko dlatego, żeby królewski pogranicznik pozwolił mu przejść przez granicę. Być może chodziło mu o różnorodność. Wiedział o tendencji ludzkiego mózgu do pogoni za tym, co nowe i świeże. Wiedział, że najbardziej nawet inspirujące słowa, gdy obracać je w umyśle zbyt często, tracą swoją moc. Przeczuwał, że mózg ludzki ma wielką zdolność adaptacji. Zostawił więc po sobie niezbyt grubą, lecz jednak książkę.

W „Daodejing” można znaleźć wiele innych rodzajów kognitywnych interwencji. Oto kilka przykładów.
Interwencja, którą nazywam kinestetyczną, polega na tym, że treść słów łatwo daje się odczuć całym ciałem, bo zawarte w nich porównanie niemal fizycznie odczuwa się jako ruch. Pisze Laozi:

„Kto wspiął się na palce, nie może stać. Kto robi wielkie kroki, nie może chodzić. Kto sam siebie wystawia na światło, nie błyszczy. Kto sam siebie wychwala, ten nie zdobędzie sławy. Kto napada, nie osiąga sukcesu. Kto sam siebie wywyższa, nie może być starszym pośród innych”.

Czytamy te słowa i w myślach stajemy  na palcach, czujemy chwiejność tej pozycji i konieczność nieprzerwanych starań, by ją zachować. Mózg wierzy być może nawet, że oto na palcach stoimy. Ten ciągły brak równowagi, teraz doskonale zrozumiały, naturalnie łączy się z rozważeniem naszych starań o zdobycie sławy. Staje się jasne: sława ma swoją cenę i to dużą. To dobry punkt wyjścia do dalszych dociekań:

„Co jest najbardziej istotne – sława czy życie? Co jest droższe – życie czy bogactwo? Co jest trudniej przeżyć – zysk czy utratę? Kto wiele oszczędza, ten poniesie duże straty. Kto wiele gromadzi, ten poniesie duże straty. Kto zna miarę, ten nie dozna niepowodzenia. Kto zna granicę, ten nie będzie w niebezpieczeństwie”.

A gdybyśmy wciąż stawiali opór prawdom „Księgi”, możemy zastosować interwencję paradoksem, taką jak ta:

„Szczęście zaczyna się od jego braku, w szczęściu kryje się jak w zasadzce nieszczęście. Gdzie jest koniec tego wszystkiego?”.

 

TECHNIKI ZAAWANSOWANE

Roger T. Ames oraz David L. Hall, najlepsi znani mi tłumacze Laozi na angielski, tak piszą o „Księdze drogi i cnoty”: „Nie ma w niej opisów historycznych, doktryn ani list nakazów moralnych. Jest za to zbiór aforyzmów, z którymi czytelnik wchodzi w osobistą relację.

Te aforyzmy wymuszają uprawianie filozofii. Czytelnik nie ma wyjścia – projektuje na tekst księgi scenariusze ze swojego życia”. Ale nie jest to tylko ćwiczenie intelektu albo wyobraźni. Na podstawie filozofii taoizmu powstało w Chinach wiele rozbudowanych systemów treningu ciała i umysłu.

Jedną z takich praktyk ćwiczyłem kiedyś przez miesiąc na wyspie Hajnan (co opisałem w „Coachingu” w roku 2012 w tekście „Wsłuchując się w czi”). Ta forma czi-gongu wymagała nie tylko opanowania pewnej sekwencji ruchów, ale też serii słów i obrazów, które miały pojawiać się w umyśle. Dzisiaj widzę, w jak ścisłym związku pozostawały one z „Daodejing”. Składały się na pakiet, który można by nazwać „rozbudowaną interwencją kognitywną”. Oto ona:


Głowa do nieba, stopy głęboko pod ziemię.
Ciało rozluźnia się, umysł poszerza.
Szacunek na zewnątrz, spokój w środku.
Umysł klarowny, sposób bycia skromny.
Bez rozpraszających myśli,
jasny umysł wypełnia wszechświat.
Umysł oświetla całe ciało.
Całe ciało (jest) w harmonii z czi.

Musieliśmy wykuć to słowo po słowie. Nauczyć się śpiewać ten tekst po chińsku (niestety głośno, a nie w myślach), a potem skoordynować z ruchami ciała i wewnętrznymi doznaniami.

Po dwóch tygodniach praktyki odbiór rzeczywistości, przynajmniej w trakcie ćwiczeń, zmieniał się radykalnie. Przestawała ona być zbiorem kanciastych przedmiotów. Zacząłem odczuwać ją jako proces. Centralne miejsce w polu uwagi zajął ruch, a poczucie, że jest się osobną istotą w zewnętrznym wobec niej środowisku, osłabło. Niestety, ten ekscytujący proces uciął, jak to w opowieściach o Tao bywa, chiński pogranicznik. A dokładniej jego stempel w moim paszporcie, który informował o dacie wygaśnięcia wizy