53-letnia Susan Warren została zatrzymana przez policję z Westlake w stanie Ohio w maju 2013 roku. Kobieta, znana szerzej jako Wróżka Sprzątaczka, zasłynęła tym, że wczesnym rankiem, kiedy miasteczko jeszcze spało, włamywała się do domów, by w nich… sprzątać. Gdy domownicy schodzili na śniadanie, zastawali błyszczące blaty, unoszący się w powietrzu zapach środków czyszczących i serwetkę z napisem: „Należy się 75 dolarów” oraz danymi teleadresowymi. I chociaż tego rodzaju przedsiębiorczości nie polecamy, to przykład Wróżki Sprzątaczki jest doskonałą ilustracją kreatywnego tworzenia popytu na pracę. Susan nie brakowało świadomości, sprytu ani innowacyjności, problem tkwił w wykonaniu. Jak zatem skutecznie, a przy tym legalnie, samemu stworzyć sobie miejsce pracy?

Wyobraźmy sobie, że Apple podupada i zwalnia część pracowników. O zatrudnianiu nowych nie może być mowy. Wtem do drzwi firmy z Cupertino puka Mark Zuckerberg z prośbą o etat. Mówi, że Facebook mu się znudził i chce robić coś nowego. Co na to Tim Cook, szef Apple’a? Naturalnie zatrudnia, choć dziennikarzom powiedział, że prędzej odetnie sobie rękę, niż podniesie koszty. Dlaczego to robi? Bo wie, że Zuckerberg zna się na rzeczy – on nie musi wpisywać do CV, że jest kreatywny, wszyscy przecież widzieliśmy go w akcji. I w tym tkwi sekret – by skraść serce Timów Cooków tego świata, nie pisz im, jak jesteś wspaniały – pokaż to. W tym celu możesz wykorzystać wiele narzędzi reklamowych: od outdooru przez marketing szeptany i bezpośredni aż po partyzancki.

Podobnie jak Marka Zuckerberga, o brak kreatywności nikt nie będzie posądzał Łukasza Jakóbiaka, prowadzącego talk-show „20m2 Łukasza”, a jeszcze kilka lat temu bezrobotnego, marzącego o pracy w wytwórni EMI. W styczniu 2010 r. o Łukaszu usłyszała cała Polska, kiedy chłopak rozwiesił swoje CV i list motywacyjny w formie ogromnych bannerów (3 x 6 m) na budynkach w Warszawie. Akcja opłaciła się – Łukasz otrzymał setki telefonów z ofertami pracy.

Tańszą metodę stworzenia sobie miejsca pracy w jednej z agencji reklamowych w Nowym Jorku wymyślił Amerykanin Alec Brownstein. Skorzystał z reklamy typu AdWords (wyświetlanie linków sponsorowanych w wyszukiwarkach internetowych). Najpierw sporządził listę nazwisk dyrektorów kreatywnych, których podziwiał, a potem zastanowił się, jak mógłby do nich dotrzeć. Postawił na narcyzm. Wiedział, że ludzie wrzucają w wyszukiwarkę własne nazwisko, by sprawdzić, co się o nich pisze. Zauważył też, że do nazwisk dyrektorów z jego listy nie ma podpiętych żadnych reklam. To oznaczało szansę. Wykupił odpowiednie AdWords, dzięki czemu następnym razem, kiedy guru nowojorskiej reklamy wyszukali swoje nazwisko, zobaczyli reklamę następującej treści: „Hej [tu odpowiednie nazwisko]: googlowanie samego siebie to niezła zabawa. Zatrudnienie mnie też byłoby fajne”, wraz z odnośnikiem do strony Aleca. Efekt? Szychy nowojorskiej reklamy same zgłaszały się do młodego copywritera, proponując mu pracę. Koszt? Sześć dolarów. A co na to eksperci?

„Metoda z billboardem jest widowiskowa, ale nie wydaje mi się skuteczna” – mówi Michał Olbrychowski, executive director w Havas PR Warsaw, dodając, że Łukasz i Alec skorzystali z premii za pierwszeństwo. Teraz cała Warszawa mogłaby wyglądać jak biurko head huntera, z CV zwisającymi z każdego większego budynku, lecz raczej nic by to nie dało. Oni byli pierwsi, więc odnieśli sukces. „Zalecałbym raczej marketing bezpośredni” – radzi Olbrychowski.

 

W przypadku Łukasza i Aleca liczył się pomysł. Drogę do firmy można sobie jednak wydeptać w mniej widowiskowy sposób. „Najważniejsze jest udowodnienie, że dobrze się rozumie specyfikę organizacji, do której się kandyduje. Kandydat powinien pokazać, że jest jej brakującym elementem. Że jego wyjątkowe umiejętności są nie tylko potrzebne, ale mogą nawet zmienić firmę i zwiększyć jej przewagę konkurencyjną. To tak jak w marketingu, którego celem jest czasem uświadomienie konsumentom niezidentyfikowanych jeszcze przez nich potrzeb. Zamiast standardowego CV można przesłać strukturę firmy z naniesionym na nią swoim stanowiskiem – to zwróci uwagę pracodawcy” – sugeruje Olbrychowski.

Podobnych rad udziela Ewa Adamczyk, CEO w Naj International, agencji doradztwa personalnego. „Znam przypadek kandydata z kilkunastoletnim doświadczeniem w międzynarodowych firmach. Po utracie pracy zrobił listę dziesięciu przedsiębiorstw, w których chciałby zacząć pracę. Poznał słabe strony tych firm. Poprzez znajomych i internet doszedł też do tego, kto byłby jego potencjalnym przełożonym – znalazł ich imiona i nazwiska, a następnie wysłał do nich, poprzez LinkedIn, informację, dlaczego jest najlepszy na stanowisko, o którym myślał, i co firma może zyskać, zatrudniając go. Sześć osób odezwało się do niego, zapraszając na spotkanie. Ostatecznie otrzymał dwie oferty pracy” – mówi Ewa Adamczyk.

Wybór strategii zależy od branży, ale dobrze jest wzmocnić swoją pozycję za pomocą ustnego przekazu czy nawet pokusić się o zbudowanie pozycji eksperta. „Marketing szeptany to m.in. dobra opinia, jaką po sobie zostawiamy w poprzednich miejscach pracy, ale też na forach tematycznych, seminariach, szkoleniach, konferencjach, w których uczestniczymy” – mówi Agnieszka Saternus, dyrektor HR w MediaCom. Te działania nic nie kosztują, a pomagają wyrobić sobie nazwisko. Dzięki nim można umocnić pozycję w branży, a nawet – z czasem – zyskać miano eksperta. I jeszcze jedna ważna rada od dyrektor MediaComu: „Angażuj się w projekty non-profit – wielu pracowników korporacji działa w tego typu organizacjach. Pokaż, że masz do zaoferowania coś więcej, że żyjesz z pasją”.

Przygotuj się do abordażu - Potrzebujesz inicjatywy,chęci i uporu.

Ostatnie dwie techniki tworzenia sobie miejsca pracy łączą się z niemocą. Wielu ludzi, szczególnie młodych, uskarża się na to, że nikt nie chce im dać szansy. „Byłbym świetnym copywriterem, ale nie mam portfolio, nie mam jak się wykazać” – to często powtarzane słowa. Co zatem stoi na przeszkodzie, by stworzyć własne, fikcyjne portfolio? Tu jedynie wyobraźnia i zapał stanowią ograniczenia. Nikt nie zabroni ci przygotowania fikcyjnej kampanii dla Coca-Coli czy obmyślenia hasła dla Lecha. Za inspirację może służyć przypadek Andrew Kima, 21-letniego studenta, który trafił na łamy prestiżowego magazynu „Fast Company” za sprawą swojej propozycji rebrandingu (odświeżenie wizerunku) firmy Microsoft – jego propozycja uznana została za lepszą niż faktycznie zamówiona przez firmę.

 

Problemem może być również niedostępność potencjalnego pracodawcy. W końcu może on pozostać nieczuły na opisywane wyżej działania. W takiej sytuacji pozostaje jeszcze „abordaż”, a więc sforsowanie twierdzy firmy-celu za pomocą wdarcia się na jej pokład siłą. Najlepiej dobrze poznać jej klientów lub partnerów, a następnie zatrudnić się u jednego z nich – w organizacji, która ściśle współpracuje z firmą-celem. W ten sposób kandydat regularnie wchodzić będzie w interakcje z pracownikami wymarzonej firmy, co stanowi doskonałe pole do popisu. Podobny efekt uzyskać można dzięki pracy freelancera, przy czym nie warto się wzbraniać przed propozycją wykonania pierwszych zleceń nieodpłatnie – to pozwoli pracodawcy na przetestowanie nas w akcji.

Jedno jest pewne: potrzebna jest inicjatywa, chęci i upór. I w wielkich korporacjach, i w start-upach wręcz wymaga się od kandydatów, by samodzielnie tworzyli sobie popyt na pracę. Rośnie liczba przedsiębiorców wyznających podobne zasady, jak choćby Eric V. Holtzlaw, który szczyci się tym, że jego firma User Insight nigdy nie zamieszcza ogłoszeń o pracę – Holtzlaw oczekuje, że inicjatywa wyjdzie od potencjalnego pracownika, który sam go zlokalizuje i przekona, że po prostu musi go zatrudnić. A jak to zrobi, nie ma większego znaczenia.