Pod koniec lat siedemdziesiątych przyjaciele namawiali mnie, żebym rozmawiała z Władysławem Gomułką, „Wiesławem”. – Znasz go z lat okupacji – mówili – na pewno zgodzi się z tobą rozmawiać. Tyle jest spraw, o które możesz go zapytać: o historię PPR, zabójstwo Nowotki i Mołojca, Październik 1956, o Marzec 1968 i Grudzień 1970, o kampanię przeciwko „syjonistom”, o stosunek do inteligencji, o tyle różnych rzeczy. Nadszedł rok 1980. Jeszcze nie sierpień, dopiero luty. Zaczynała się schyłkowa epoka Gierka. Było to już po „zimie stulecia”, po wizycie Jana Pawła II, która ujawniła rzeczywisty stosunek sił w kraju i nastroje społeczne. Jednak w prasie wciąż brzmiały surmy zwycięstwa. Pozornie nic nie zwiastowało bliskiego wybuchu. Pojechałam do Domu Pracy Twórczej ZAIKS- u w Konstancinie. Przypomniałam sobie wówczas, że w Konstancinie mogę spotkać Gomułkę. Myślałam – podobnie jak inni – że „Wiesław” z żoną mieszkają tam we własnej willi. Ale jak ją znaleźć? Okazało się, że każde dziecko w Konstancinie wie, gdzie jest „willa Gomułki”.

Był czwartek 14 lutego 1980 roku około godziny dziesiątej rano. Szłam z pewnym niepokojem, gdyż wiedziałam już wtedy, że Gomułka nie udziela nikomu wywiadów, odmawia nawet tym, którzy pisali jego biografie, jak Nicholas Bethell czy Peter Raina. Liczyłam głównie na to, że pamięta mnie z czasów okupacji. Rozmawiałam z nim po raz pierwszy wiosną 1944 roku w tajnym lokalu KC PPR przy ulicy Mariańskiej 2 na temat jego artykułu w „Woli Ludu”, do którego miałam uwagi (składałam go w nielegalnej drukarni PPR). Po raz drugi rozmawiałam z nim zaraz po wyzwoleniu w końcu stycznia 1945 roku, kiedy z Ostrowca Świętokrzyskiego przedostałam się do Lublina i zgłosiłam do pracy. Było to w lokalu PKWN przy ulicy Spokojnej. Po raz trzeci wreszcie rozmowa miała miejsce w 1947 roku w KC PPR w Alejach Ujazdowskich. Pełniłam wtedy obowiązki zastępcy kierownika Wydziału Historii Partii i zgłosiłam się z wnioskiem, dotyczącym napisania o Armii Krajowej bardziej obiektywnie, niż to miało miejsce. Nic z tego nie wyszło.

Z tych spotkań wyniosłam wrażenie, że był szorstkim, mało komunikatywnym i niezbyt przyjemnym rozmówcą. Lepiej znałam jego żonę Zofię. W latach 1945–48 pracowała ona w Wydziale Personalnym KC u Zenona Kliszki. Znałyśmy się ze stołówki, spotykałyśmy się na zebraniach i akademiach. Na miejsce, to jest – jak się okazało – na ulicę Krajowej Rady Narodowej 20 (obecnie Potulickich 20) dotarłam po półgodzinie. Nie była to bynajmniej willa Gomułki. Budynek ten należał do Urzędu Rady Ministrów i oddany był „Wiesławowi” w czasowe użytkowanie. Wyznaczono mu ją po upadku, zamiast dawniej użytkowanej, lepszej – w Śródborowie. Wolał tamtą, jak wyniknie później z rozmów, tej nigdy nie polubił. Była zaniedbana. „Wiesław” pokaże mi później z irytacją zacieki na ścianach jako dowód nieliczenia się z nim, lekceważenia go przez nową władzę. Willa była nieduża: skromny, liczący trzy pokoje jednopiętrowy budynek z ładnym frontonem. Przez leśną działkę, która odgradzała go od ulicy, przepływał strumyk. Niemal następnego dnia po śmierci Gomułki, jesienią 1982 roku, na zamkniętej bramie wejściowej ukazały się dwie tabliczki: Komenda Hufca ZHP i Stołeczny Ośrodek Postępu Rolniczego – Rejonowa Służba Doradcza.

Brama była otwarta. Minęłam dwa zaparkowane samochody. Zastukałam do drzwi wejściowych, a gdy nikt nie odpowiadał, nacisnęłam klamkę i weszłam. Wewnątrz były drugie drzwi, które otworzyłam, aby przekonać się, że prowadziły do hallu, a następnie do dużego pokoju. Nie było nikogo. Wycofałam się więc i kiedy zamykałam drzwi wejściowe, ujrzałam wysokiego mężczyznę, który nieżyczliwie zapytał, co tu robię i kim jestem. Wyjaśniłam, że przyszłam do „towarzysza Gomułki”, dodając, że jestem jego znajomą z dawnych czasów. Wymieniłam też swoje nazwisko. – Towarzysz Gomułka jest na spacerze w lesie – rzekł. – Proszę przyjść później. Kiedy ponownie weszłam do willi i otworzyłam wewnętrzne drzwi, zobaczyłam starszego mężczyznę w okularach, sprawiającego wrażenie robotnika. W pierwszej chwili nie poznałam Gomułki. Powitałam go. On zareagował z niechętną niecierpliwością: wiedział, że już byłam i że go szukam. Stałam w przedpokoju, wahając się, co robić, kiedy z pokoju odezwała się Zofia: – Jak się masz, Marysiu, wejdź!
Czarno-biały telewizor był włączony, ale obraz skakał. Ktoś z członków ochrony (Gomułka nazywał ich „oficerami”) wyregulował obraz. Właśnie w tym momencie na VIII Zjeździe PZPR Gierek dziękował za wierną służbę odchodzącemu na emeryturę premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi i podkreślał jego zasługi. Gomułka odebrał to niemal jak osobistą obrazę, bowiem o jego zasługach od dziesięciu lat nikt nie wspominał, i z pasją wyłączył telewizor.

– Ależ Władku – mitygowała go Zofia, włączając radio – trzeba posłuchać, co mówią. Jak się potem przekonałam, radio było stale włączone, gdy rozmawialiśmy w tym pokoju. „Wiesław” stosował to jako sposób zagłuszania jego rozmów z gośćmi. Zakładał bowiem, że w domu był podsłuch. Gdy cywil z ochrony wyszedł z pokoju, „Wiesław” zwrócił się do mnie ironicznym tonem: – Przyszliście teraz do Gomułki, bo już się nie boicie Gomułki, jak mnie pokazano w TV. – Ależ towarzyszu „Wiesławie”, w ogóle nie wiedziałam, że była o was mowa w TV! Istotnie, po raz pierwszy od 1970 roku w dzienniku TV ukazano jego fotografię i przypomniano, że ukończył 75 lat. W tym miejscu muszę wyjaśnić, dlaczego zwracałam się do „Wiesława” per „towarzyszu” i „wy”, co pewnie może drażnić młodszych czytelników. Gdybym zwróciła się do niego „panie Gomułka”, poczułby się dotknięty, obrażony, nie moglibyśmy ze sobą rozmawiać. Forma zwracania się „towarzyszu” i „wy” była naturalna dla mojego pokolenia, jeszcze bardziej dla pokolenia moich rodziców. Per „pan” mogła zwracać się do swoich rozmówców Teresa Torańska, młodsza od nich o pół wieku. Ale ja, młodsza od Gomułki o 13 lat, należałam jednak do tego samego co on pokolenia. Tego, które włączyło się do polityki w okresie międzywojennym. Szczery ton mego zdziwienia zmieszał Gomułkę, który kontynuował cierpko:

– Przysłali do mnie z życzeniami urodzinowymi od Łukaszewicza, Werblana i Kruczka. Zapytałem ich, dlaczego nie prostują fałszerstw o mnie, tylko je sami kolportują. A wy, historycy, też nie wypowiedzieliście się w sprawie paszkwilu na mnie, na „Moje czternaście lat”! – Nie wiem, co to takiego. – Władku, ona tego nie czytała – Zofia pojednawczo wtrąciła się do rozmowy. – Jak to? Nie czytaliście tego? Nie wiecie o tym? – Gomułka pewnie myślał, że udaję. – Wydrukowano to w polskiej gazecie w Izraelu w 1973 roku, potem powielono w KC w dwustu egzemplarzach i rozpowszechniano wśród aktywu partyjnego, żeby mnie skompromitować. To kłamstwo, ale nikt tego nie powie, nie napisze, nie sprostuje. Ja nigdy nie dawałem nikomu żadnego wywiadu. W końcu „Wiesław” zapytał, po co do niego przyszłam. – Chciałam wyjaśnić niektóre sprawy. Poradzić się was. Zapytać o kilka rzeczy z historii najnowszej. Za waszych czasów wydałam parę książek, z których jedna miała nawet cztery wydania. Mogłam napisać to, o czym dziś się milczy. Za wydaną w 1972 roku książkę „Zapis pierwszej dekady”, której połowę nakładu wycofano z księgarń, wyrzucono mnie z pracy, zakazano wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego.

Gomułka uważnie mnie słuchał. Czułam, że sprawiłam mu przyjemność, chwaląc jego czasy. Powiedziałam, że interesują mnie niewyjaśnione sprawy okupacyjne, na przykład konflikt Mieczysława Moczara z Leonem Kasmanem (Janowskim) wiosną 1944 roku na Lubelszczyźnie. Z reakcji Gomułki wywnioskowałam, że jego stosunek do nich obu jest niechętny i nieufny – każdy w innym czasie go zawiódł. Skądinąd wiedziałam, że przez długie lata wierzył Moczarowi. Czy dopiero po marcu 1968 roku zorientował się, że minister spraw wewnętrznych manipulował nim, chcąc zająć jego miejsce? Kasman był wśród tych, którzy uważali „Wiesława” od 1948 roku (a może wcześniej?) za prawicowego nacjonalistę, oskarżali o antypartyjność, zgadzali się na jego uwięzienie. Gdyśmy się żegnali, „Wiesław” zaproponował, bym przyszła do niego w najbliższy poniedziałek 18 lutego o godzinie dziewiątej rano.

Stawiłam się umówionego dnia. Pobiegłam wcześniej na ulicę KRN. Jednak o 9 żaden samochód się nie zjawił. Zagadnęłam sąsiadkę z naprzeciwka, odgarniającą śnieg przed domem. Oczywiście wiedziała, kto tu przyjeżdża niemal codziennie z wyjątkiem śród i sobót. Spacerowałam niespokojnie – a może Gomułka się rozmyślił? Może nie przyjedzie? Chyba dopiero koło 9.30 z przecznicy wyjechała czarna wołga i zatrzymała się przed bramą. Najpierw wysiadł siedzący koło szofera mężczyzna, otworzył bramę, samochód wjechał, wyskoczył duży biały pies, potem wysiedli „Wiesław” i Zofia. Tym razem „Wiesław” poprosił mnie na górę. Były tam dwa nieduże pokoje. Zimno – kaloryfery nie grzały. Siedliśmy koło stołu. „Wiesław” nie palił od paru lat. To on, nie ja, zadawał pytania. Spytał, kiedy wyrzucono mnie z partii. – Czy za mnie? – Nie, to było wcześniej, Bierut podjął taką decyzję w marcu 1955 roku, niedługo po głośnym plenum, na którym potępiono nadużycia w aparacie bezpieczeństwa. Niemniej jednak Mariana Spychalskiego nie zwolniono z więzienia. Siedział jeszcze cały rok – do śmierci Bieruta. – O was, towarzyszu „Wiesławie”, powiedział Jakub Berman na zebraniu w Instytucie Nauk Społecznych, gdzie wtedy byłam asystentem, że nie byliście uwięzieni, tylko „izolowani”. To nas wkurzyło i oburzyło. Bierut dążył do tego, by uczynić winnym nadużyć, jak to się wtedy nazywało, podległy mu aparat, a sam chciał wyjść z tego czysty. Powiedziałam to z akcentem potępienia. Gomułka słuchał milcząco, ale w tym milczeniu wyczułam akceptację.

Bierut nie tylko był współautorem tezy o prawicowonacjonalistycznym odchyleniu „grupy Gomułki”, nie tylko zmusił go do samokrytyki (jedynej, jaką Gomułka złożył na plenum sierpniowo-wrześniowym), nie tylko wyrzucił go z partii, ale doprowadził do aresztowania jego i jego żony, trzymał go w więzieniu jeszcze przez półtora roku po śmierci Stalina (na Węgrzech uwolniono komunistów już latem 1953 roku). „Wiesława” trzymano w więzieniu specjalnym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie, potem w szpitalu do 13 grudnia 1954 roku. Trzy miesiące wcześniej uwolniono Zofię, która przebywając w celi w Miedzeszynie, nie wiedziała, co się dzieje z mężem. On siedział na I piętrze, a ona – w piwnicy. Potem rozpowszechniano pogłoski, że Gomułka siedział w luksusowych warunkach w willi i to razem z żoną. Wspólna antypatia do Bieruta stanowiła jakby płaszczyznę naszego zbliżenia.

Gomułka zaczął mówić o Bierucie: – Nie zetknąłem się z nim przed wojną, nie znałem go. W latach 1941–1943 pracował w okupowanym przez Niemców Mińsku jako zastępca burmistrza, specjalista do spraw aprowizacji, kontyngentów, kartek. – Chyba robił to na polecenie wywiadu radzieckiego? – spytałam. – Nic podobnego. Jestem przekonany, że robił to na własną rękę. Najlepszym dowodem na to, że nie miał żadnych kontaktów z wywiadem radzieckim (który bez trudu mógł go wyekspediować do Polski), jest fakt, że napisał list do brata Małgorzaty Fornalskiej, który był młynarzem w Janowie, żeby mu ułatwił przedostanie się do Warszawy. Brat był w kontakcie z Małgosią i dał jej znać, że Bierut się odnalazł. Wtedy Janek Krasicki pojechał po niego do Mińska. Potwierdziłam, że wiem o tym, bo moja młodsza siostra przygotowywała Jankowi przewóz dokumentów dla Bieruta, ukrywając je w specjalnej teczce. Nie chciało mi się jednak wierzyć, że Bierut czynił wszystko na własną rękę. Może polecono mu pozostać na terytorium okupowanym i przeniknąć do aparatu hitlerowskiego, a potem mógł stracić kontakt.– Na pewno nie – powtarzał uparcie Gomułka. – Jestem przekonany, że to była jego inicjatywa. Ale gdy w połowie 1943 roku okazało się, że Rosjanie zwyciężają, postanowił czym prędzej się stamtąd zabrać. Swoim zwyczajem żył tam z jakąś babą, której zmajstrował bachora. Zostawił ją, bo ziemia paliła mu się pod stopami. Przecież w Mińsku był uważany za kolaboranta. Miałem w ręku tego dowody. Po 1956 roku dostałem list z Mińska od białoruskiego komunisty, który pytał, jak to może być, że wyście nie zdemaskowali tego zdrajcy Bieruta, który miał na sumieniu zbrodnie wojenne, rekwizycje itd. My go tu dobrze znamy na Białorusi – zapewniał. Co miałem z tym robić? Spytałem, radziłem się Chruszczowa, co robić. Powiedział „broś”, czyli „zostaw”, więc schowałem list do szafy pancernej i dałem spokój. Zresztą Bierut już nie żył.

Gomułka zamyślił się, po czym kontynuował. – Paweł Finder mówił mi, że w Mińsku jest wspaniały towarzysz, kominternowiec, spółdzielca, umiejący pisać do prasy. Ja Bieruta nie znałem. Paweł posłał do Mińska Janka Krasickiego, który miał dla niego papiery z Arbeitsdienstu. Po aresztowaniu Pawła w listopadzie 1943 r. Bierut liczył, że on zostanie generalnym sekretarzem PPR, ale tylko Franciszek Jóźwiak za nim głosował. Większość KC była za mną. Bierut nie chciał być przewodniczącym KRN. Mówił, że niech nim będzie Władysław Kowalski. Myślał, że się go chce usunąć na boczny tor. Delegacja KRN miała pojechać do Moskwy i potem wrócić do Warszawy. Rząd miał powstać w kraju, ale Stalin przekreślił te zamiary i PKWN został powołany w Moskwie. Michał Rola-Żymierski też tam już był. Franek Jóźwiak powiedział mi, że Rolę przekazał mu w połowie 1943 roku do Gwardii Ludowej ktoś z wywiadu (Józef chyba Sęk-Małecki). Stalin spytał mnie kiedyś: „Otkuda wy wziali jewo?”. „Z waszej razwiedki” (wywiadu) – powiedziałem. „Niczewo podobnowo” – on na to. I odszedł. Nie spodziewał się widocznie takiej prostolinijnej odpowiedzi. Pod Oliwą – wspominał Gomułka – stał pociąg, gdzie były dokumenty polskiej przedwojennej „dwójki”. Podobno te dokumenty odnaleźli Jaroszewicz i Lechowicz, latem 1948 r. Zjawił się wtedy na Biurze Politycznym Stasiek Radkiewicz, oświadczając, że przed wojną, gdy wracał z Czechosłowacji, zatrzymano go na granicy i w Cieszynie złożył zobowiązanie, że nie będzie prowadził działalności komunistycznej. Bał się, że w dokumentach „dwójki” znajdą to jego zobowiązanie. Biuro Polityczne podjęło decyzję, że nie będzie mu robić sprawy partyjnej, tylko przesunie go na inne stanowisko. Miałem to zobowiązanie Radkiewicza u siebie w domu. Trzymałem je za szafą. W czasie rewizji u mnie w 1951 r. znaleziono je i zabrano. Nawet podłogi wtedy zrywali. Uchwała BP przestała być aktualna wkrótce po jej podjęciu. Wtedy w październiku 1948 r. zaczęły się aresztowania. Lechowicz i Jaroszewicz poszli pierwsi razem z całą grupą z Gwardii Ludowej – Naumienko, Ekler, Nienałtowski, Arciuchowa. To Spychalski i Albrecht wprowadzili ich do partii, ja ich nie znałem.

Zrozumiałam, że według Gomułki Bierut był zdolny do wszystkiego, do każdej podłości. – W czasie śledztwa – wspominał Gomułka – chciano ze mnie zrobić przedwojennego agenta policji. Siedział wtedy w więzieniu policjant z Zagłębia, który mnie aresztował w 1936 roku. Chcieli go zmusić, by zeznał, że współpracowałem z policją. Ale to był porządny człowiek, chociaż policjant. I nie zgodził się zeznawać w ten sposób, bo Gomułka nigdy nie był agentem. – Mnie nie torturowali – stwierdził „Wiesław” – ale byłem poddany straszliwym naciskom. Zniszczono mój system nerwowy. To nie dlatego, że siedziałem sam. Przed wojną też siedziałem przez rok sam w celi. Żądałem aktu oskarżenia, przeniesienia mnie do normalnego więzienia, spotkania z członkiem Biura Politycznego. Oni chcieli, żebym umarł w więzieniu. To byłoby dla nich najlepsze wyjście. Albo żebym popełnił samobójstwo. Podrzucali mi żyletki, żebym sobie podciął żyły. Ale ja nie myślałem ułatwiać im sytuacji. Hilary Minc podobno mówił, że będą mnie trzymać choćby i piętnaście lat, aż o mnie wszyscy zapomną. Przesłuchiwał mnie Michalak, przedwojenny komunista robotnik. To był porządny człowiek. Nie miałem do niego żalu, działał zgodnie z linią partii. Oni – Bierut, Berman – bali się do mnie przyjść, nie mieli odwagi, by mi spojrzeć w oczy. Dwa dni później podszedł do mnie na ulicy w Konstancinie dowódca ochrony Gomułki. „Wiesław” i Zofia nazywali go majorem Tadeuszem. Nie wiem, jakie miał nazwisko. Był to mężczyzna w średnim wieku, chodzący w cywilu, podobnie jak czwórka innych. Był dość tęgi, wyglądał poczciwie. „Wiesław” i Zofia wyraźnie go lubili, znali od dawna, gdyż był jeszcze w ochronie Gomułki przed 1970 rokiem. Pomagał im w życiowych kłopotach, załatwiał różne sprawy, np. opłatę czynszu za willę. Major Tadeusz zapytał mnie, po co przychodzę do towarzysza „Wiesława” – czy będę pisać o nim książkę? Powiedziałam, że chwilowo o wydaniu takiej książki trudno myśleć, ale czasy się zmieniają.

Major Tadeusz parę miesięcy później zmarł. Miał podobno wylew. W zestawie ochroniarzy nastąpiły zmiany. Gomułka na krok nie mógł się ruszyć bez „opiekuna”. Na spacerze towarzyszył nam stale jeden z nich, idący za nami krok w krok.Gomułka odnotował to z irytacją w jednej z późniejszych rozmów. – Ja wiem, że codziennie piszą na mnie raporty, z kim się spotykam, z kim rozmawiam. Waszą obecność też naturalnie odnotowali. I gosposia też dla nich pracuje. Niby mnie ochraniają, a właściwie pilnują. I podsłuchują. Kiedy wieczorem łapię Wolną Europę, puszczam telewizję, żeby zagłuszała. Że pokazali moją fotografię w telewizji, to nic nie znaczy. Bzdura! Nie wierzę im. Przychodzi do mnie na urodziny takich trzech i udają, że im na mnie zależy. Ale prawdy nie dopuszczą. Ich sytuacja musi być widocznie bardzo niedobra. Czy wiecie, jaki mamy dług? 18 miliardów dolarów. Ja to wszystko przewidziałem już w 1971 roku. Ale tego nie ogłoszą, co napisałem wówczas. Ani nie opublikują, że ten wywiad ze mną – to apokryf, „fałszywka”. Sami go rozpowszechnili, sami go zmontowali. Wrócił jeszcze do wyrzucenia mnie z partii. – Nie wróciliście do partii za mnie? – Nie, ktoś ze znajomych przekazał mi, że Zenon Kliszko jest zdania, iż nie ma podstaw, by mnie przywrócić, więc na tym zostało – odparłam. – Nic mi o tym nie wiadomo – stwierdził kategorycznie. Więcej do tej sprawy już nie wracaliśmy.

24 lutego, gdy przyszłam rano, wszyscy byli już gotowi do spaceru – odtąd wszystkie nasze rozmowy miały miejsce w lesie. „Wiesław”, Zofia, pies, wzięty przez Zofię ze schroniska, ich kolejny i ostatni zresztą ulubieniec, oraz stale obecny, towarzyszący jak cień, oficer w cywilu. On trzymał początkowo psa na smyczy, gdy szliśmy przez tereny zabudowane. Pies zresztą (zapomniałam, jak się wabił) był agresywny, rzucał się nie tylko na obcych, ale i na swoich dobrodziejów. Parę miesięcy później rzucił się na Zofię i ugryzł ją dotkliwie w nogę. Podpisał tym na siebie wyrok śmierci, wykonany przez jednego z oficerów. Zofia mówiła mi, że gosposia nie może im tego darować. Tymczasem jednak pies biegał po lesie. Po spacerze Władysław Gomułka zawijał rękawy, wkładał fartuch i przez co najmniej dwadzieścia minut wycierał dużą ścierką ubłocone, zwłaszcza gdy nastąpiły roztopy, łapy, boki i brzuch psa. Robił to z charakterystyczną dla niego dokładnością, skrupulatnością niemal obsesyjną. Była to robota gospodarska, jakby jakieś dalekie echo troski o inwentarz, cechującej jego chłopskich przodków.

Ojciec jego był już robotnikem, czy raczej rzemieślnikiem (w dawnym sensie tego słowa, robotnik oznaczał bowiem robotnika niewykwalifikowanego), ale Władysław Gomułka urodził się na wsi, w Białobrzegach, dziś są częścią Krosna. Wspominał kiedyś, jak robił wypady z innymi wiejskimi chłopakami do Przełęczy Dukielskiej, gdzie po długotrwałej bitwie między wojskami rosyjskimi i austro-węgierskimi w 1915 roku pozostało wiele łusek, niewypałów itp., które zbierali. Armia rosyjska zamierzała wówczas przejść przez Karpaty, ale jej się to nie udało. Nie udało się jej to również w 1944 roku, kiedy pod koniec sierpnia 1944 r. wybuchło na Słowacji powstanie. Czerwonoarmiści nie wsparli tego zrywu, choć w jego kierownictwie byli komuniści. Spytałam Gomułkę, czy nie sądzi, że Rosjanie mogli przyjść z pomocą Powstaniu Warszawskiemu już w połowie sierpnia, wykonując ten sam manewr, co miesiąc później przy wyzwalaniu Pragi. Gomułka czytał wtedy pracę Antoniego Przygońskiego „Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944 roku”. Pogląd jego w tej kwestii nie odbiegał od tych sądów, jakie formułował w 1945 roku – winą za klęskę obciążał wyłącznie dowództwo Armii Krajowej.

Zwróciłam uwagę „Wiesława” na te miejsca w pracy Przygońskiego, z których wynikało, że uderzenie radzieckie omijało Pragę od wschodu, kierując się na północ. Czołgi radzieckie stanęły pod Radzyminem z braku paliwa, stanowiąc dogodny cel dla Niemców. Gomułka w Powstaniu Warszawskim nie brał udziału. Od połowy lipca 1944 roku mieszkał z żoną w Świdrach Wielkich koło Otwocka. 31 lipca 1944 r. zostały one zajęte przez oddziały radzieckie. Stąd oboje dostali się wkrótce do Lublina. Swój pogląd wypowiedział w przemówieniu 22 lipca 1945 r. na sesji KRN w pierwszą rocznicę wydania Manifestu PKWN. Pogląd ten zawierał się w kilku tezach: bohaterstwo powstańców było wyrazem nienawiści do hitlerowskiego okupanta, natomiast celem reakcji było restytuowanie stosunków przedwrześniowych, obalenie PKWN, wojna domowa, zaostrzenie stosunków polsko-radzieckich, rozbicie jedności aliantów. Nikogo nie omami twierdzenie – mówił – że dowództwo AK chciało wypędzić Niemców i przyspieszyć wyzwolenie kraju. Bora-Komorowskiego wraz z Saucklem (hitlerowskim pełnomocnikiem dla akcji wywożenia młodzieży na przymusowe roboty do Rzeszy) obciążał odpowiedzialnością za gruzy Warszawy. Jego zdaniem, reakcja uważała, że jeśli to nie ona będzie rządzić w Polsce, niech w stolicy zostaną gruzy i zgliszcza. W argumentacji Gomułki najistotniejszą rolę grało głębokie przekonanie, że Powstanie Warszawskie miało charakter walki o władzę, zainicjowanej przez „reakcyjno-sanacyjną klikę”. Była to figura retoryczna redukująca obraz stosunków politycznych w Polsce do czarno-białego schematu, gdzie po stronie reakcji byli ludowcy, a po stronie demokracji – komuniści.

Formułował zadania PPR następująco: „Demokracja objęła władzę w Polsce, by jej już nigdy nikomu nie oddać”. Gomułka był wiernym czytelnikiem prac Szujskiego, Bobrzyńskiego, Kalinki, pilnym uczniem szkoły „stańczyków” – konserwatystów krakowskich, wyrosłych w klimacie klęski powstania styczniowego, uważających, że Polska sama była winna, iż padła ofiarą rozbiorów. Był zwolennikiem silnej władzy wykonawczej. Odrzucał polską demokrację parlamentarną, jako anarchię, i polską tradycję powstańczą, negując jej doświadczenia. Uważał, że Polskę szlachecką zgubiła magnateria, a Polskę międzywojenną – burżuazja. – Trudno rządzić Polakami – powtarzał wielokrotnie. – Stawiają żądania, ale pracować im się nie chce. Chcieliby pracować jak na Wschodzie, a brać pieniądze jak na Zachodzie. – Liberum veto – oto co dla nich znaczy demokracja. Być na cudzym garnuszku – powtarzał. – Oto co chce im dać Gierek – życie na kredyt. I to się źle skończy. Ja to przewidziałem już w 1971 roku.

– Przed zjednoczeniem PPR i PPS w końcu listopada 1948 r. pojechałem na zaproszenie Stalina do Moskwy – wspominał. – Jechałem pociągiem półtorej doby. W Moskwie zatrzymałem się w prywatnym mieszkaniu. O ósmej wieczorem zawieziono mnie na daczę Stalina pod Moskwą. Był tam jeszcze Beria i Mołotow. Przez całą noc trwała rozmowa. Stalin pytał, dlaczego nie chcę wejść do Biura Politycznego zjednoczonej partii. „Dawajtie, brośtie raznogłasja – mówi Beria z groźbą w głosie – czto wy nie chotitie diełat’, kak wielieł towariszcztowariszcz Stalin. Choziainu otkazywajetie?”. Stalin na to do niego: „A ty prokuror, nie wmiesziwajsia”. Dlaczego nie chciałem? Bo Bierut napisał w czerwcu 1944 r. donos na mnie do Georgi Dymitrowa (szefa Kominternu w latach 40.), że uprawiam frakcyjną działalność, że ujawniłem prawicowo- -lewicowe odchylenie w związku z KRN. Nie będę – powiedziałem – wykonywał poleceń Bieruta. Na wejście do KC się zgodziłem, ale nie do Biura. Do rana trwała ta rozmowa. I nie uległem, nie zgodziłem się. I miałem rację. – Czy wy, towarzyszu „Wiesławie”, nigdy nie popełnialiście błędów? – zapytałam. – Owszem, popełniałem. Np. błędem było, że podwyżka cen mięsa ogłoszona została w 1970 r. przed świętami. Ale ktoś inny, nie ja, zaproponował ten termin. – Czy to był Bolesław Jaszczuk? – Nie, Cyrankiewicz. Ale podwyżka być musiała, przed tym nie ucieklibyśmy. I teraz także musi nastąpić podwyżka cen żywności, ale drastyczna trzy-, czterokrotna. Ceny muszą być oparte na parytecie cen zagranicznych. Masło importujemy i sprzedajemy je za bezcen.

Byłem często osamotniony w Biurze Politycznym. W 1956 – też, kiedy chciałem zalegalizować strajki, ale wszyscy byli przeciw. W społeczeństwie miałbym poparcie, ale nie wśród ludzi aparatu partyjnego. A trzeba rządzić przy pomocy aparatu. Poza nim nie było żadnej zorganizowanej siły. W 1956 roku istniało u nas realne niebezpieczeństwo fali rozruchów, jak na Węgrzech. Budapeszt był dla mnie przestrogą. Naród polski jest anarchiczny. To spuścizna szlachecka. Pisał o tym prof. Jan Szczepański. Anarchia szlachecka i sprzedawczyki zgubili Polskę. Naród rosyjski słucha, Niemcy są zdyscyplinowani, a Polską rządzić trudno. W 1956 r. Polacy przejawili dyscyplinę. Nie musieli robić rozruchów, ja to za nich załatwiłem. W 1970 r. za to zrobili strajk, gdy podpisany został układ z Niemiecką Republiką Federalną – mój największy sukces. Breżniew wprawdzie utrzymywał, że on już za nas wszystko załatwił, ale ja uważałem, że musimy mieć odrębny układ z Niemcami Zachodnimi. Breżniew nie był z tego zadowolony. A co było potem? Kredyty poszły w dwóch trzecich na konsumpcję, przejedli z „cudzej miseczki”. Polacy chcieliby zarabiać tak jak na Zachodzie, a pracować jak na Wschodzie. Przy wolnych wyborach nie więcej niż 10 proc. wypowiedziałoby się za socjalizmem. Ciężko rządzić przeciw społeczeństwu w określonych warunkach zewnętrznych przy tak anarchistycznych skłonnościach.

Stalin mówił do nas „Wy tołstojowcy”, bo nie aresztowaliśmy obszarników. Uważał, że chłopi będą brali ziemię, jeśli zastosujemy represje wobec obszarników. Zresztą bezpieka i NKWD wzięły się za nich już w październiku 1944 roku. A chłopi nie chcieli brać ziemi, bo bali się: „Dziś dacie ziemię, a jutro zapędzicie do kołchozów”. Z kolei sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego Hanna Wierbłowska oskarżyła mnie o prohitlerowskie nastroje, kiedy mówiłem, że na czternastu dyrektorów departamentu jest tylko jeden nie-Żyd i że to jest niedobre również dla mniejszości żydowskiej. Dlaczego tak było? Czy sami się pchali na te stanowiska?

Gomułka był trudnym interlokutorem. Przyjeżdżałam do niego z przygotowanymi pytaniami, ale to on zadawał mi pytania albo zbaczał z tematu, monologował – zwłaszcza w ciągu ostatnich z nim spotkań – na tematy gospodarcze. Był to jego konik, uważał się za kompetentnego w tej materii, za lepszego fachowca niż profesorowie ekonomii. Gros swego czasu poświęcał na studiowanie materiałów dotyczących gospodarki, korzystając z pomocy syna, który od wielu lat niezmiennie był wiceministrem handlu zagranicznego. Niedługo potem, w czerwcu, Gomułka trafił do szpitala, gdy stwierdzono naciek nowotworowy w jego lewym płucu. Na tym zakończyły się nasze spotkania. Ogółem przeprowadziłam z Gomułką około 20 parogodzinnych rozmów. Niektórzy pytali mnie, czy nagrywałam je na magnetofon. Nawet nie śmiałam mu tego proponować. W okresie „Solidarności”, gdy wiele jeździłam po kraju z odczytami, często padały pytania na temat moich rozmów z Gomułką. Nawiasem mówiąc, nie wiem, skąd wiedziano o nich.

Po ogłoszeniu stanu wojennego już się z nim nie spotkałam. Gomułka był śmiertelnie chory. Zdążyłam być na jego pogrzebie. Potem wyjechałam na stypendium do Waszyngtonu na 11 miesięcy. Po powrocie spotkałam się kilkakrotnie z Zofią w jej mieszkaniu. Sądziłam, że może udostępni mi te dokumenty, które mi obiecywał. Ale nic z tego nie wyszło. Dopiero w 1986 roku zabrałam się do spisywania tych rozmów na podstawie zachowanych notatek.