Jan Matejko był jednym z kilku tysięcy krakowian, których od stycznia 1863 r. policja austriacka aresztowała za uczestnictwo lub za wspieranie antyrosyjskiego powstania w Królestwie Polskim. Nie było tygodnia, żeby gazety nie informowały o zarekwirowanych karabinach, strzelbach, pistoletach, a nawet kosach czy pałaszach. Tropiono transporty, zmierzające do Królestwa przez Galicję, poszukiwano ochotników z innych krajów, na przykład z Węgier, Słowacji, Czech, Włoch czy Francji. „Patrole wojskowo-policyjne, chodzące dzień i noc po ulicach naszego miasta, aresztują codziennie wiele osób” – donosił „Czas”. Niemal każda obława kończyła się aresztowaniem młodych ludzi, zdecydowanych przekroczyć granicę pomiędzy zaborami. Zapełniali cele więzienne, stawali przed sądami.

Represjonowano nie tylko uczestników walki, lecz także przedstawicieli powstańczych władz narodowych oraz osoby odpowiedzialne za werbunek ochotników. Za kratki trafili redaktorzy „Kroniki” i „Chwili”, na trzy miesiące zawieszono wydawanie „Czasu”. Rozporządzenia władz przypominały o zakazie posiadania broni, przetrzymywania w domu niemeldowanych przyjezdnych, wreszcie o konieczności posiadania urzędowych zezwoleń podczas podróży.

JAN LWIE SERCE

 


Matejko spodziewał się kłopotów. 15 marca 1864 r. w korespondencji do swojej przyszłej żony Teodory Giebułtowskiej pisał o otrzymaniu wezwania na policję w celu złożenia wyjaśnień. W pierwszej części listu tłumaczy, że przyczyną wezwania jest „sprawa [która] o mnie się niby toczy, ale zupełnie błędnie, więc i następstw żadnych mieć nie może”. Jednak nieco dalej w tym samym liście podejrzewa, że może zostać osadzony w areszcie na tydzień albo dwa.

Ze względu na stan zdrowia Jan Matejko nie brał czynnego udziału w powstaniu styczniowym w 1863 roku, ale zajmował się dostarczaniem powstańcom broni i środków finansowych. Teodora Giebułtowska w liście do brata Stanisława napisała, że Stefan Giebułtowski, Stanisław Serafiński i Jan wyruszyli „na wyprawę” w styczniu.

„Wzbogaciliśmy ich relikwiami, w których rozdawaniu i ja miałam udział, kładąc na piersi krzyż jednemu z tych chwilowych bohaterów” – chwali się panna Teodora przypięciem relikwii swemu bratu Stefanowi. Krzyżyk nie uratuje mu życia. 17 lutego ochotnik Stefan Giebułtowski zginie w starciu z Moskalami koła Miechowa. Serafińskiemu uda się przetrwać powstanie pod rozkazami Mariana Langiewicza, a później pułkownika Dionizego Czachowskiego.

Z listu można się dowiedzieć o wątpliwościach, jakie ogarnęły Jana Alojzego Matejkę po obdarowaniu go relikwiami. Prosi narzeczoną o radę, „co ma sobie począć z owymi krzyżami – bo zostając w domu nie można ich zatrzymać, gdyż były dane w innym celu”. „Sentymentalny i pełen uczucia” – tak ocenia Teodora te słowa i wspomina opinię księdza Giebułtowskiego, który malarza nazwał „człowiekiem wielkiego serca [...] poczciwym jak Ryszard Lwie Serce”.

Ksiądz Giebułtowski dostaje też list od samego Jana, datowany 8 lutego 1863 roku. „Broni nie odwiozę do Czerni – tak skracając nazwę miejscowości Czernichów, pisze do przyjaciela Matejko – inny plan, lepszy się znalazł”. Malarza martwi także niewielka ilość zebranej broni. Nie wiemy, kiedy dokładnie Matejko wyruszył z jej transportem, ale należy wierzyć Adamowi Bochnakowi, który zbadał każdy krok malarza i pisał, że ten „w przebraniu węglarza, wspólnie z Józefem Szujskim, dojechał z bronią z Bochni do obozu Langiewicza” na Kielecczyźnie. Być może podczas pobytu w obozie powstańczym na Kielecczyźnie zostanie przygotowany „kawałek papieru z pieczęcią dyktatora Langiewicza”. I właśnie ów dokument – jak wynika z akt śledczych – zostanie odnaleziony podczas skrupulatnej rewizji w mieszkaniu Jana Matejki. Niezależnie od erotycznych rysunków, które również dostały się w ręce funkcjonariuszy policji. Poza transportem broni powstańcy dostali od Jana Matejki 500 guldenów. Te pieniądze Bochnak nazywa „kwotą ogromną w stosunku do ówczesnych możliwości” malarza.

Z zachowanego do dzisiaj „Raportu przeciwko malarzowi Janowi Matejce” można się dowiedzieć, o co oskarżała artystę dyrekcja cesarsko- -królewskiej policji. „Zajmował się – podkreślano w dokumencie – podatkiem rewolucyjnym, pod groźbą usiłował wymusić ten podatek od księgarza Wildta i ze względu na powyższe podejrzenie został aresztowany. (...) Ponieważ obwiniony z całą stanowczością określał oskarżenie, jako fałszywe, co potwierdził pod przysięgą księgarz-donosiciel Julius Wildt dochodzenie zostało wstrzymane, a obwinionego zwolniono z aresztu. Wprawdzie początkowo zebrano od poszkodowanego sumy na poczet podatku, jednak poszkodowany wahał się, czy je w tej wysokości wpłacać. Poszkodowany oświadczył, że nie zna obwinionego, aczkolwiek pamięta fizjonomię niejakiego malarza Matejki i urzędnika biblioteki uniwersyteckiej, a także przedstawionego mu brata obwinionego o nazwisku Johann Alois Matejko. Na podstawie zeznań można było ustalić stan prawny jako brak przestępstwa zakłócenia porządku publicznego wg § 343 Kodeksu Karnego, ponieważ złożone doniesienie okazało się nieprawdziwe. Z tego względu – kończy dr Ostermuth – musiałem postawić prawny wniosek o zawieszeniu dochodzenia z braku wystarczających dowodów...”. Dlaczego Julius Wildt w czasie konfrontacji nie wskazuje żadnego z Matejków jako osoby, domagającej się od niego podatku narodowego, nazwanego w cytowanym raporcie „podatkiem rewolucyjnym”?

Może zna treść wydanego 5 marca 1864 r. rozkazu Naczelnika Miasta Krakowa, w którym ten wyjaśnia, że „podatki z całą skrupulatnością składane być mają”, a „wszyscy obywatele winni są bezwzględne posłuszeństwo Władzy [Rządowi Narodowemu] oraz wszelką pomoc jej organom”. I nie chciałby podzielić losu niejakiego Rogowskiego, zasztyletowanego w Krakowie w bramie domu przy ulicy Jagiellońskiej, lub donosiciela Chojnackiego, zabitego w pobliżu klasztoru Kapucynów. Albo nieustalonego z nazwiska konfidenta znalezionego na Błoniach w październiku 1863 roku po gwałtownej śmierci.

STRACH BLADY NA WILDTA

Możliwe również, że Wildt wyobraził sobie opublikowanie jego wizerunku i adresu w wydawanych przez Narodową Policyę Warszawską, czyli służbę kontrwywiadu powstańczego, ulotek z nazwiskami „krakowskich szpiegów...”. Wildt rezygnuje z oskarżania Matejki, ale funkcjonariusze Rządu Narodowego nie zamierzają darować donosicielstwa. W zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej znajduje się datowany na 26 maja 1864 r. „Rozkaz dzienny” Naczelnika Miasta Krakowa. Najważniejszy pod Wawelem przedstawiciel Rządu Narodowego przypomina m.in. o wyjęciu spod prawa i skazaniu na śmierć szpiega Karola Hoggendorfa. Zdania o „surowym egzekwowaniu wszystkich zaległych podatków”, a nawet o braku zgody na reklamowanie „podatków wcześniej nałożonych” sąsiadują z „wyrokiem” wydanym na księgarza-denuncjatora. „W księgarni Juliusa Wildta – przypomina naczelnik – nie wolno jest ludziom dobrej woli nic nabywać, tenże bowiem wyjęty został spod prawa”. Inny z „rozkazów dziennych roku 1864” potwierdza obowiązek „wnoszenia podatku narodowego na ręce osób, upoważnionych przez Naczelnika Miasta”. Przypomina też: „Jeśliby ktokolwiek ośmielił się upoważnionego do zbierania podatków wskazywać władzom austryackim, czy by to ze swej złośliwości czy tylko dla osłonięcia siebie lub kogokolwiek innego, uważanym będzie jako zdrajca i jako takowy karany”. Wildt nie mógł mieć wątpliwości, że te słowa dotyczą także jego.17 marca 1864 r. wiadomo już, że za zbieranie pieniędzy dla Rządu Narodowego nie będzie sądzony i nie zostanie ukarany „Jan Matejko z Krakowa, lat 34, katolik, kawaler”. Tak postanawia komisja, składająca się z audytora – doktora prawa rotmistrza Ostermutha, por. Kammske i sierż. Zambaura. „Ze względu na brak stanu faktycznego, obciążającego obwinionego przestępstwem naruszenia porządku publicznego wg Art. 26 Rozp., obaj austriaccy oficerowie i sierżant podjęli decyzję jednogłośnie”. Ich ocenę potwierdza swoim podpisem marszałek polny Bamberg. Dochodzenie zostaje zakończone, a obwiniony malarz opuszcza areszt.Żal tylko, że do dnia dzisiejszego nie zachowały się owe świńskie rysunki, które – zapewne z artystycznego obowiązku – pilnie studiował przyszły autor „Bitwy pod Grunwaldem”.

Z listy krakowskich szpiegów

CLAUS V. ZAUS – były urzędnik, lat 50–55, wzrost dobry, silnie zbudowany, twarz podłużna, włosy blond – szpakowate, oczy duże, nos średni, wąsy i faworyty. Źle mówi po polsku, chodzi w surducie długim, szarym i w cylindrze.

CZUBALA
– utrzymująca dom publiczny na Kleparzu, lat około 50, wysoka, bruneta i śniada.

BARANOWSKI
– około 36 lat, bez zatrudnienia, żyje z Czubalą, wzrost dobry, twarz ściągła, włosy i broda ciemne, oczy siwe i nos zwyczajny.

DYMEK (SZCZĘŚLIKOWSKI) – bez zatrudnienia, lat 17, wzrost średni, włosy długie, żółtoblond, twarz opalona, piegowata, nos ściegły. Mieszka na ulicy Różanej.

HEILPORN PINKAS
– żyd, lat 45–50, wzrost dobry, włosy blond, krótko ostrzyżone, małe oczy, nie wielkie wąsy. Chodzi w długiej żydowskiej sukiennej kapocie, bez przepaski, i filcowym niskim kapeluszu. Mieszka na Kazimierzu.

Odezwa z 1864 roku, w której Narodowa Policya Warszawska podaje do publicznej wiadomości pierwszą listę szpiegów krakowskich.