Brytyjska marka od lat buduje swoją tożsamość wokół lotnictwa, wojska i zegarków narzędziowych, ale dziś odbiorca luksusowego zegarka nie chce już koniecznie wyglądać jak człowiek gotowy do ewakuacji z dżungli. Chce mieć na ręce rzecz odporną, charakterystyczną i dobrze zaprojektowaną. A przy okazji taką, która nie będzie kłócić się z marynarką, swetrem ani zwykłą koszulą w biurze.
Royal Navy, ale bez przebrania
Bremont HMAF Supermarine powstał w ramach współpracy marki z brytyjskimi siłami zbrojnymi. Na tarczy, tuż nad godziną szóstą, znalazł się oficjalny herb Royal Navy. To detal, który łatwo mógłby zepsuć całą kompozycję, zwłaszcza że zegarki z militarnymi emblematami często ocierają się o estetykę pamiątkowego medalu.
Tutaj działa to zaskakująco dobrze. Godło jest dyskretne, nie rozpycha się po tarczy i nie zamienia zegarka w kolekcjonerski gadżet dla ludzi, którzy traktują służbowe naszywki jak wzór na modny nadruk. Bremont nie musiał przyklejać na kopercie trzech flag, kotwicy i mapy świata. Wystarczyło jedno oznaczenie, żeby przypomnieć, skąd bierze się charakter tego modelu.

Zegarek należy do limitowanej serii HMAF, przygotowanej także z myślą o British Army i Royal Air Force. W skład kolekcji wchodzą jeszcze terenowy Terra Nova i lotniczy Altitude. Supermarine wydaje się jednak najbardziej przekonujący, bo marynarskie skojarzenia współgrają z jego naturalną funkcją. Diver inspirowany Royal Navy ma po prostu więcej sensu niż zegarek nurkowy, któremu na siłę próbuje się dopisać historię.
Szary jak okręt, ale nie jak biurowy poniedziałek
Najmocniejszym elementem HMAF Supermarine jest kolorystyka. Bremont postawił na matową szarość, inspirowaną barwami brytyjskich okrętów wojennych. Koperta ze stali 904L ma surowe, ultramatowe wykończenie, a podobny ton przechodzi przez bezel, tarczę i skórzany pasek.
Szary zegarek potrafi być trudny. Czasem wygląda jak designerski prototyp, który miał być odważny, ale ostatecznie przypomina obudowę starego sprzętu RTV. Tutaj szarość ma głębię. Jest grafitowa, lekko przydymiona, bardziej techniczna niż modowa. Dzięki temu HMAF Supermarine nie wpada w pułapkę zegarków, które próbują być neutralne, a wychodzą nijakie.
Szczególnie dobrze wygląda zestawienie ciemnej tarczy z jasnoszarym pierścieniem minutowym i ceramicznym bezelem. Na zdjęciach model sprawia wrażenie spokojnego, ale nie nudnego. To ważna różnica. Wiele luksusowych zegarków sportowych chce dziś zwracać uwagę kolorową tarczą, gradientem, złotymi indeksami albo kontrastowym gumowym paskiem. Bremont proponuje coś znacznie mniej oczywistego – zegarek, który ma charakter właśnie dlatego, że nie walczy o uwagę przy każdym ruchu ręki.

Prawdziwy nurek dla ludzi, którzy raczej nie będą nurkować
Supermarine ma 40 mm średnicy, 12 mm grubości i 49 mm długości od ucha do ucha. To proporcje, które brzmią rozsądnie dla zegarka nurkowego, zwłaszcza w czasach, gdy część marek nadal uważa, że profesjonalny diver musi wyglądać jak metalowy talerz przypięty do nadgarstka.
Wodoszczelność 300 metrów, szafirowe szkło, jednokierunkowy ceramiczny bezel i automatyczny mechanizm BB64 z 56-godzinną rezerwą chodu tworzą bardzo solidny zestaw. W środku pracuje rozwinięta wersja mechanizmu Sellita SW300-1, a więc konstrukcja dobrze znana, sprawdzona i łatwiejsza do serwisowania niż wiele ambitnych mechanizmów tworzonych wyłącznie po to, żeby marka mogła pochwalić się własnym oznaczeniem kalibru.

Oczywiście większość osób, które kupią ten zegarek, nie będzie sprawdzać czasu zanurzenia podczas pracy pod wodą. Będzie raczej patrzeć na niego w kolejce po kawę, w samochodzie albo w samolocie. I nie widzę w tym niczego złego. Zegarki nurkowe od dawna są trochę jak terenówki klasy premium – ich możliwości znacznie przekraczają codzienne potrzeby właściciela, ale właśnie ta nadwyżka solidności daje poczucie, że ma się do czynienia z przedmiotem stworzonym na dłużej.
Luksus, który nie musi błyszczeć
Bremont wycenia HMAF Supermarine na 4550 dolarów, czyli około 17 100 zł. To dużo, szczególnie że marka wciąż nie ma w Polsce tej rozpoznawalności, którą cieszą się Rolex, Omega czy Tudor. Z drugiej strony – Bremont nie sprzedaje tu samego logo. Sprzedaje bardzo konkretną estetykę: brytyjską, techniczną, spokojną i wyraźnie odciętą od zegarkowego przepychu.

Limit 300 egzemplarzy na cały świat może działać na wyobraźnię kolekcjonerów, ale w tym przypadku nie jest najważniejszy. Bardziej przekonuje mnie fakt, że marka znalazła sposób, aby wojskowy zegarek wyglądał współcześnie.
HMAF Supermarine ma w sobie coś z dobrego brytyjskiego samochodu terenowego. Jest surowy, ale nie toporny. Funkcjonalny, choć nie pozbawiony stylu. I chyba właśnie dlatego może podobać się także tym, którzy nigdy nie staną na pokładzie okrętu Royal Navy – ani nawet nie zamierzają zanurzać zegarka głębiej niż w basenie podczas wakacji.
