Nie chodzi o prosty eksperyment w stylu sprawdziliśmy Facebooka i wyszło podobnie. Tego typu analizy już wcześniej pokazywały, że świat społeczny bywa zaskakująco ciasny. Tutaj stawka jest inna: naukowcy próbują odpowiedzieć nie na pytanie, czy sieci bywają małe, ale dlaczego tak uparcie wychodzi właśnie coś w okolicach sześciu kroków. Ich odpowiedź brzmi mniej więcej tak: ludzie budują relacje, stale ważąc korzyści z lepszej pozycji w sieci przeciw kosztom utrzymywania kontaktów, a z takiego kompromisu rodzi się struktura, w której średnice sieci przestają rosnąć tak, jak podpowiadałby zdrowy rozsądek.
Ciekawsze jest to, że ta małość nie wygląda na społeczną fanaberię ani romantyczne złudzenie, tylko na coś, co wynika z bardzo zwyczajnego ludzkiego zachowania. Nikt nie siada z kalkulatorem, żeby optymalizować swoje miejsce w globalnej sieci znajomości. A jednak z milionów takich lokalnych, małych decyzji powstaje układ, w którym odległości między ludźmi dziwnie nie chcą robić się naprawdę duże.
Nie chodzi o to, że wszyscy znają wszystkich
To chyba najczęstsze nieporozumienie wokół “sześciu stopni”. Ta idea nigdy nie oznaczała, że świat jest jedną wielką towarzyską imprezą, na której każdy stoi dwie osoby od każdego. Chodzi raczej o to, że w ogromnej, poszatkowanej i nierównej sieci społecznej istnieją zaskakująco krótkie ścieżki łączące nawet bardzo odległe od siebie osoby. Ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto nagle przestaje być już tak egzotycznie daleki.
Nowa praca, opublikowana w Physical Review X, pokazuje matematycznie, że taki “ultramały świat” jest stabilnym efektem ubocznym pewnej logiki relacji. W modelu badaczy ludzie nie tworzą więzi bez końca, bo każda relacja coś kosztuje: czas, uwagę, energię społeczną. Jednocześnie opłaca się być lepiej osadzonym w sieci, bo daje to większą centralność, wpływ i dostęp do innych. Między tymi dwiema siłami – ambicją i kosztem – rodzi się układ, w którym średnica sieci utrzymuje się mniej więcej na poziomie sześciu.
Brzmi to trochę jak urbanistyka relacji. Nikt nie buduje miasta tak, by każda ulica prowadziła do każdej innej, bo byłoby to absurdalnie drogie. Ale nikt też nie chce miasta, w którym przejazd z jednego końca na drugi trwa wieczność. Najlepsze miasta są pełne skrótów, węzłów i połączeń, które sprawiają, że odległości psychologicznie się kurczą. Sieci społeczne najwyraźniej robią coś podobnego same z siebie.
Sześć to mniej magia niż ekonomia kontaktu
Największy urok tego badania polega na tym, że odbiera “sześciu stopniom” trochę popkulturowej mistyki, a daje im bardziej przyziemne, ale znacznie ciekawsze uzasadnienie. Nie dlatego świat jest mały, że ludzie są z natury cudownie połączeni. Raczej dlatego, że tworząc relacje, nieświadomie produkujemy strukturę, która premiuje kilka dobrze osadzonych mostów zamiast nieskończonej liczby przypadkowych więzi.

To bardzo ludzka logika. Większość z nas nie ma setek równie ważnych kontaktów. Mamy kilka bliższych kręgów, trochę mostów między nimi, trochę ludzi, którzy są bardziej towarzyskim rondem niż ślepą uliczką. W skali jednostki to zwykły chaos życia. W skali milionów osób robi się z tego architektura, w której dystans społeczny przestaje rosnąć proporcjonalnie do liczby ludzi w systemie.
Przez lata “sześć stopni oddalenia” żyło w kulturze trochę jak bon mot z pogranicza socjologii i dowcipu. Teraz dostaje fundament bardziej przypominający prawo ruchu niż anegdotę. Nie jako sztywny wyrok dla każdej sieci na świecie, lecz jako bardzo mocny sygnał, że liczba w okolicach sześciu nie jest wcale przypadkowym ornamentem naszych czasów.
Oczywiście trzeba zachować proporcje. Badacze nie udowodnili, że dosłownie każda realna sieć społeczna na Ziemi zawsze i wszędzie ma dokładnie sześć kroków między dowolnymi osobami. Pokazali raczej, dlaczego w bardzo szerokiej klasie sieci społecznych taki wynik naturalnie się pojawia i utrzymuje. To różnica subtelna, ale ważna. Matematyka tłumaczy tu mechanizm, nie wydaje uniwersalnej pieczątki na każdą możliwą relację człowieka z człowiekiem.
A jednak nawet z tym zastrzeżeniem brzmi to mocno. Bo jeśli “sześć stopni” jest efektem równowagi między tym, jak bardzo chcemy być dobrze połączeni, a tym, ile kosztuje nas każde połączenie, to nagle ta stara idea przestaje być tylko społeczną ciekawostką. Staje się czymś w rodzaju portretu ludzkiej sieciowości: jesteśmy stworzeniami, które nie mogą znać zbyt wielu ludzi naprawdę dobrze, ale też nie potrafią żyć w układzie całkowicie rozproszonym.
Źródło: Sci Tech Daily
