Vans wraca tu do sylwetki, która od dekad funkcjonuje gdzieś między deskorolką, muzyką i codziennym ubiorem, a Julian Klincewicz dodaje do niej własny porządek nieporządku: szkice z list rzeczy do zrobienia, motywy ze swojego projektu Joyous Chorus, drobny charm inspirowany psem i kolory, które nie koniecznie są grzeczne.
Old Skool – zanim stał się absolutnym pewniakiem
Old Skool to jeden z tych modeli, które przez lata trochę się uniewidoczniły, bo są wszędzie. Czarna wersja z białym paskiem stała się czymś w rodzaju sneakersowego odpowiednika dobrze skrojonej białej koszulki: trudno ją uznać za zaskakującą, ale jeszcze trudniej odmówić jej sensu. W linii OTW Vans regularnie wraca jednak do bardziej archiwalnych i bardziej świadomie dopracowanych odsłon swoich klasyków. Old Skool 36 nawiązuje do pierwotnej sylwetki znanej niegdyś jako Style 36, a więc do modelu, z którego później wyrósł jeden z najbardziej rozpoznawalnych fasonów marki.

W tej edycji klasyczna bryła nie została rozebrana na części pierwsze ani wymyślona od nowa. I całe szczęście. Klincewicz pracuje raczej na powierzchni, materiale i nastroju. Cholewka łączy tekstylne panele z wyraźnie włochatym zamszem, boczny pasek dostaje mocny kolorystyczny akcent, a język z miękkiej skóry przełamuje tę surowszą, bardziej ziarnistą fakturę. To niby drobiazgi, ale właśnie one decydują, czy patrzymy na zwykłą kolekcjonerską odmianę starego modelu, czy na but, który rzeczywiście ma własny charakter.
Kolory jak notatki
Old Skool 36 pojawia się w dwóch wersjach. Mango Mojito łączy ciepły żółty z turkusem, pomarańczem i czarną podeszwą. Ivy Green idzie w zieleń, fiolet i rdzawą czerwień. Oba warianty są mocne, ale inaczej pracują. Żółty wygląda bardziej słonecznie, swobodnie, wręcz letnio. Zielony jest głębszy i bardziej przewrotny, z lekkim klimatem rzeczy znalezionej gdzieś między szafą skatera a półką z dobrze dobranym vintage.
Tu mam dość prostą obserwację: sporo współczesnych sneakerowych współprac próbuje być „inne” przez nadmiar. Więcej brył, dziwnych podeszw, detali, które wołają z daleka. U Klincewicza odmienność bierze się bardziej z kompozycji niż z objętości. To nadal niski, klasyczny Vans, którego można założyć do luźnych jeansów albo prostych spodni bez robienia z całego stroju wydarzenia. Jednocześnie trudno byłoby go pomylić z czymś przypadkowym.
Szkic drogi, pies Roo i prywatne symbole
Na metce języka pojawia się szkic drogi, zaczerpnięty z codziennych list rzeczy do zrobienia, które Julian Klincewicz tworzy od 11 lat. Do butów dołączono też zawieszkę Roo, nawiązującą do jego psa, mieszańca golden retrievera i red fox labradora. Można oczywiście potraktować to jako typowy zestaw osobistych smaczków w designerskiej kolaboracji. Ale akurat tu podoba mi się to zaskakująco bardzo.

Być może dlatego, że cała współpraca jest osadzona wokół Joyous Chorus, czyli twórczej praktyki Klincewicza związanej z codziennymi szkicami, symbolami i zapisywaniem rzeczy, które normalnie łatwo przelatują przez palce. W modzie często mówi się dziś o autentyczności, aż słowo traci ciężar. Tutaj łatwiej ją poczuć, bo nie wynika z manifestu dopisanego do produktu, tylko z małych elementów, które naprawdę pasują do sposobu pracy artysty.
To część większej kolekcji, ale Old Skool przyciąga uwagę najbardziej
Współpraca OTW by Vans x Julian Klincewicz nie kończy się na jednym modelu. Obok dwóch odsłon Old Skool 36 pojawił się także archiwalny Style 31, bardziej stonowany, utrzymany w ciemniejszej palecie, a całość uzupełniają ubrania i akcesoria. Ceny całej kolekcji mieszczą się w przedziale od 40 do 160 dolarów, czyli około 146–584 zł, natomiast same Old Skool 36 kosztują w Europie 125 euro, czyli około 531 zł. W polskim sklepie Vans widnieją za 539 zł.

Mimo to właśnie Old Skool 36 wydają się najpełniej zbierać cały pomysł tej premiery. Style 31 jest ciekawy, bardziej niszowy, może nawet bardziej „dla wtajemniczonych”, ale to klasyczna sylwetka z bocznym paskiem daje najlepsze pole do gry kolorem i fakturą. Vans zresztą dobrze wie, że nie musi w każdym sezonie gonić za nową formą. Czasem wystarczy wrócić do fasonu, który naprawdę działa, i oddać go komuś, kto ma do zaproponowania coś więcej niż nowy zestaw barw.
