Czy najlepszym sojusznikiem Hitlera nie był Stalin? Przecież dzięki tajnej współpracy z ZSRR w latach 20. XX w. pancerne wojska Niemiec odbudowały swoją potęgę militarną! Ładnie to brzmi, zwłaszcza po latach cenzurowania informacji o współpracy Związku Radzieckiego i Niemiec. Nie ma to jednak wiele wspólnego z rzeczywistością.

Faktem jest, że Stalinowi – budującemu Armię Czerwoną jako siłę, która miała zawładnąć Europą – współpraca z Niemcami wydawała się bardzo korzystna. Berlin miał technologię, której Kremlowi brakowało. Tyle że niewiele z tego wynikło, choć tak ładnie się zapowiadało.

W maju 1925 r. w Lipiecku na południe od Moskwy zorganizowano szkołę lotniczą dla niemieckich pilotów. Rok później powstały trzy inne placówki szkoleniowe. Wśród nich najważniejszy wydawał się ośrodek czołgowy „Kama” – nazwany tak od połączenia nazwy miasta Kazań, w którego okolicy go otwarto, i nazwiska majora Malbrandta, kierującego pracami strony niemieckiej.

Dzięki temu Niemcy mogli omijać wersalskie zakazy projektowania, produkowania i posiadania czołgów. Bez wojsk pancernych wojny nie mogliby zacząć ani jej wygrać. O ile czołgi dało się projektować w tajnych pracowniach, produkcję zamaskować (budując je bez uzbrojenia i wież jako rolnicze ciągniki gąsienicowe), o tyle bez prób poligonowych nie można było stworzyć pełnowartościowego pojazdu bojowego. W Niemczech okazało się to niemożliwe, gdyż wszędzie czuwały alianckie komisje. Na radzieckie stepy nikt nie zaglądał. Prototypy wwiezione w częściach do ZSRR, tam złożone i uzbrojone, mogły zostać poddane próbom na poligonie „Kama”. Wyniki zaś posłużyłyby do skonstruowania bojowego pojazdu.

Jednak radzieckie poligony nigdy nie odegrały większej roli, o czym zapewne przesądziły uprzedzenia pruskich oficerów wobec bolszewików i obawa przed udostępnieniem Armii Czerwonej nowoczesnej technologii. W istocie w ciągu siedmiu lat Niemcy dostarczyli do „Kamy” trzy prototypy lekkich czołgów nazwanych Leichttraktor oraz sześć prototypów cięższych czołgów Grosstraktor, co miało sugerować, że chodzi o lekkie i ciężkie ciągniki rolnicze. Doświadczenia z kazańskiego poligonu do niczego się nie przydały, a prototypy skończyły jako cele dla ćwiczeń artylerii przeciwpancernej. Wyniki prób w „Kamie” też nie miały dalszego ciągu, bo późniejsze panzery wzorowano na brytyjskich tankietkach Carden-Lloyd Mk VII. 

Niemiecki zespół badawczy w „Kamie” był dość symboliczny: składał się z jednego inżyniera dyplomowanego, dwóch inżynierów, trzech majstrów, jednego instruktora jazdy oraz dwóch przodowników. Tę ekipę uzupełniało 12 radzieckich ślusarzy i elektromonterów. Również szkolenie załóg przebiegało bardzo anemicznie. Zazwyczaj przebywało tam dwunastu niemieckich żołnierzy. I jak można mówić, że siła Wehrmachtu rodziła się na radzieckim poligonie? 

Tymczasem decydujące znaczenie dla niemieckich zbrojeń miały… szwedzkie zakłady i poligony! Szwecja w listopadzie 1921 r. w tajemnicy odkupiła od Niemiec plany i części czołgu LK II. Produkcja ruszyła w zakładach Firman Petterson & Ohlsen, wytwarzających wagony kolejowe i dźwigi portowe. Powojenny kryzys gospodarczy sprawił, że znalazły się na krawędzi bankructwa. Niemcy szybko dostrzegli w tym okazję do nabycia przedsiębiorstwa w neutralnej Szwecji, nadającego się do uruchomienia produkcji pojazdów pancernych. Maskując transakcję jako przedsięwzięcie holenderskiej firmy, wykupili pięćdziesiąt procent udziałów, a potem dodatkowo jedenaście. Tak przejęli kontrolę nad zakładami, które wkrótce zmieniły nazwę na AB Landsverk.

Rząd szwedzki, dostrzegając korzyści ze współpracy z Niemcami, rozszerzył ją na inne pola. Na manewry sił pancernych tego państwa zapraszano majora Heinza Guderiana i innych oficerów, którzy uczestniczyli w organizowaniu ćwiczeń i mogli sprawdzać swoje koncepcje, jakie później legły u podstaw Blitzkriegu.

Podobnie sprawa wyglądała na morzu. Szwedzka marynarka szkoliła załogi okrętów podwodnych w czasie, gdy Niemcy jeszcze floty podwodnej nie mieli. Nie bez powodu w latach 30. niemieckie okręty pierwszą zagraniczną wizytę złożyły w Szwecji.

Zasług Szwecji dla budowy wojennej machiny Hitlera nie sposób przecenić. W 1940 r., gdy płonęła Europa, Szwecja swój eksport rudy (10 mln ton) w całości kierowała do Niemiec. Koncern SKF, produkujący łożyska kulkowe, po wybuchu wojny niemalże zaprzestał dostaw dla aliantów (sprzedawał tam zaledwie 2,5 proc. swojej produkcji). Za to wielokrotnie zwiększył dostawy dla Niemiec (z 9 proc. przed wojną do 65 proc. w 1943 r.). W dodatku niemiecka firma Vereinigte Kugellagerfabriken AG, będąca własnością szwedzkiego SKF, produkowała 50–60 proc. łożysk wykorzystywanych przez niemiecki przemysł. Bez tej współpracy armia niemiecka nie mogłaby zwycięsko przetoczyć się po Europie.

Tak było, ale my wolimy utarte prawdy, zwłaszcza takie, które wydają się uwolnione od cenzury.