Mam wrażenie, że właśnie dlatego wystawa Edward Dwurnik. Duma i wstyd może okazać się czymś znacznie bardziej aktualnym niż kolejnym przeglądem twórczości ważnego polskiego malarza. Obrazy powstałe kilkadziesiąt lat temu mogą przypomnieć, że współczesne spory o klasę, prestiż, pochodzenie i uznanie mają wyjątkowo długie korzenie.
Wystawa zostanie otwarta 31 lipca 2026 roku w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i potrwa do 28 lutego 2027 roku. Jej kuratorem jest Łukasz Ronduda. Pierwszego dnia ekspozycję będzie można oglądać bezpłatnie w Galerii E, jednak liczba darmowych wejściówek jest ograniczona.
Ludzie, których zwykle nie wpuszczano na salony
W centrum wystawy znalazły się dwa spośród najważniejszych cykli Edwarda Dwurnika – Sportowcy oraz Robotnicy. Artysta tworzył je przede wszystkim w latach 70. i 80., gdy oficjalna propaganda opowiadała o społeczeństwie równym, nowoczesnym i maszerującym ku świetlanej przyszłości, a codzienność miała znacznie mniej reprezentacyjną twarz.
Dwurnik malował zwykłych ludzi. Zmęczonych, rozbawionych, pijanych, dumnych ze swojej pracy, czasem zagubionych we własnych aspiracjach. Nie poprawiał im fryzur ani życiorysów. Pozwalał, by na płótnie zostały ich gesty, ubrania, słabości, przyzwyczajenia i niezgrabne próby odnalezienia się w zmieniającym społeczeństwie.
Nazwa cyklu Sportowcy pochodziła od popularnych w PRL papierosów Sport. Przez niemal dwie dekady Dwurnik stworzył 274 obrazy należące do tej serii. Robotnicy, rozwijani od 1975 do 1991 roku, reagowali już znacznie wyraźniej na strajki, narodziny Solidarności, stan wojenny i zmianę ustroju. Cykl objął około 260 płócien oraz setki prac na papierze.
Lubię myśleć o tych obrazach jak o społecznych fotografiach wykonanych przez kogoś, kto nie wierzył w retusz. Dwurnik nie układał ludzi w wygodną opowieść o bohaterskim narodzie. Dostrzegał bohaterstwo, lecz obok niego pozostawiał małość, śmieszność, zmęczenie i przemoc. Dzięki temu jego Polska wydaje się boleśnie znajoma.

Awans, który zostawia ślady
Ekspozycja odczytuje twórczość Dwurnika przez doświadczenie awansu społecznego i przemian klasowych drugiej połowy XX wieku. Chodzi o moment, w którym mieszkańcy wsi trafiali do miast, robotnicy otrzymywali mieszkania w nowych blokach, a dzieci rodzin bez tradycji akademickich zdobywały wykształcenie i pozycję wcześniej dla nich niedostępną.
Taki skok zmienia warunki życia, ale nie zawsze od razu zmienia sposób myślenia o sobie. Człowiek może zamieszkać w większym mieszkaniu, kupić samochód i wysłać dzieci na studia, a mimo to nadal czuć, że ktoś za chwilę sprawdzi jego pochodzenie. Duma z osiągniętego sukcesu spotyka się wtedy ze wstydem za rodzinny dom, akcent, obyczaje albo brak obycia.
Trudno mi się temu dziwić. Polska transformacja nauczyła całe pokolenia, że należy stale podnosić własną wartość – lepszym adresem, dyplomem, ubraniem, sposobem spędzania urlopu. W rezultacie nawet odpoczynek potrafi przypominać egzamin ze statusu. Wystarczy spojrzeć na media społecznościowe, gdzie awans społeczny bywa dziś dokumentowany za pomocą blatów kuchennych, egzotycznych podróży i dyskretnie ustawionych na stole torebek.
Dwurnik przyglądał się wcześniejszej wersji tego samego mechanizmu. Jego bohaterowie dopiero uczyli się nowych ról, a stare nawyki wciąż wystawały spod odświętnego ubrania. Artysta widział w tym komizm, lecz nie odbierał swoim postaciom godności.
Obrazy jako dokument zbiorowej psychiki
Twórczość Dwurnika bywa kojarzona z charakterystycznymi widokami miast oglądanych z góry. Wystawa przypomina jednak, że równie ważne było dla niego malarstwo rozumiane jako zapis życia społecznego. Odrzucał przekonanie, że sztuka powinna pozostawać domeną wąskiej grupy odbiorców. Chciał tworzyć język dostępny także dla ludzi przedstawianych na obrazach.
Taka postawa brzmi dziś zaskakująco świeżo. Instytucje kultury nadal zastanawiają się, jak przyciągać osoby, które czują się w muzeach jak goście na przyjęciu bez zaproszenia. Dwurnik rozwiązywał ten problem po swojemu – przenosił ich codzienność na wielkie płótna i nadawał jej wagę, jaką wcześniej rezerwowano dla królów, świętych oraz narodowych tragedii.
Wystawie towarzyszy interwencja Patryka Różyckiego Transformacja. Składają się na nią prace z lat 2021-2024 dotyczące dzieciństwa i dojrzewania artysty na wsi, w warunkach ekonomicznego oraz społecznego wykluczenia po przemianach lat 90. Ten współczesny głos tworzy pomost między bohaterami Dwurnika a pokoleniem wychowanym już po upadku PRL.

“Przystanek autobusowy” fot. Fundacja Edwarda Dwurnika
Wystawa o Polsce, która wciąż trwa
Duma i wstyd zapowiada się jako ekspozycja wymagająca od widza czegoś więcej niż rozpoznania charakterystycznej kreski artysty. Może skłonić do zastanowienia się, dlaczego pochodzenie nadal tak silnie wpływa na poczucie własnej wartości i czemu sukces często niesie potrzebę odcięcia się od poprzedniego życia.
Dwurnik zmarł w 2018 roku, ale namalowane przez niego postaci nadal uczestniczą w polskiej rozmowie o tym, kto zasługuje na uznanie, czyj styl życia uchodzi za właściwy i komu wolno być dumnym z miejsca, z którego pochodzi.
Podejrzewam, że część widzów zobaczy na tych obrazach rodziców i dziadków. Inni rozpoznają własne obawy, choć dziś ukryte pod modniejszymi ubraniami i nowszym modelem telefonu. I właśnie ta bliskość może być największą siłą wystawy. Polska przedstawiona przez Dwurnika zmieniła dekoracje, ale wiele jej kompleksów wciąż doskonale pamięta swoją rolę.
