W tej sprawie nikt już nie wie, co jest kłamstwem, a co prawdą. Nie wiedzą policjanci, prokurator ani niezawisły sąd. Wiadomo, że Ola zniknęła. Prawdopodobnie nie żyje. Resztę wie tylko Robert. Ale wszystko wskazuje na to, że tę wiedzę zabierze ze sobą do grobu



Biadaszki to mała wieś na peryferiach województwa łódzkiego. Życie płynie tu wolno. Leniwie. Wyjątek stanowią wykopki i żniwa. Kontakt ze światem umożliwia pobliska szkoła. Uczęszcza do niej kilkadziesięcioro dzieci. Jej uczennicą była też ośmioletnia Ola. – Dobrze się uczyła. Była naprawdę wspaniałym dzieckiem – wspomina Dorota Bielewska, jej matka. – Była czy jest? – pytam. – Mam nadzieję, że jest… – w tym momencie w oczach kobiety pojawiają się łzy. – Jedni mogą powiedzieć, że to koszmar, inni nazwać to piekłem – szepcze. – Ale nie ma takich słów, które oddałyby to, co my przeżywamy.


Chwila słabości trwa krótko. Może minutę, dwie. Potem twarz pani Doroty znowu przyjmuje poprzedni wyraz. Pojawia się na niej kamienny spokój. I ogromna determinacja. – Będę jej szukać nawet do śmierci – stwierdza bez nuty wahania. Jak na dziesięć lat gehenny, i tak trzyma się nieźle.


Nie rozmawiaj z nieznajomym

Ola mieszkała w Biadaszkach od urodzenia. Jej ojciec pracował jako kierowca tira. Matka dorabiała dorywczo jako szwaczka. Dla dziewczynki wieś była całym światem. Miała tu przyjaciółki, kolegów… Wszystko, co ośmiolatce potrzebne do szczęścia. Kiedy rodzice podjęli decyzję o przeprowadzce, nie chciała jechać. Mimo że chodziło o oddaloną ledwie dziesięć kilometrów Osowę. Aby oszczędzić jej przykrości, państwo Bielewscy postanowili, że nie będą przenosić córki do nowej szkoły. Do wakacji zostało raptem trzy tygodnie.

Był czerwiec 2002 roku. W wielkim świecie właśnie zaczynał się mundial. Rytuał był prosty. Rano matka odprowadzała Olę na pekaes. Po przyjeździe do Biadaszek mała szła prosto do szkoły. Po lekcjach wstępowała do swoich dawnych sąsiadów. Tam jadła obiad i czekała na autobus powrotny. Na przystanku w Osowie czekała już na nią pani Dorota. W domu zawsze były około piętnastej. Ola zostawiała wtedy tornister i szła na podwórko bawić się z nowo poznanymi dziećmi. Nie miała jednak prawa zbliżać się do dorosłych. Pod żadnym pozorem.

– Tydzień przed tym wszystkim, to była chyba sobota, Ola poszła do sklepu. Jak wróciła, była cała roztrzęsiona – wspomina pani Dorota. – Mówiła, że jakiś pan zatrzymał się koło niej samochodem i chciał, żeby wsiadła, to da jej cukierka. Bardzo się przestraszyła. Uciekła na sąsiednie podwórze, a potem od razu przybiegła do domu. Opisała go. Mówiła, że był gruby i nie miał z przodu jednego zęba. Kto wie – może wtedy odjechał, ale po kilku dniach wrócił? Mógł za nią jeździć, śledzić… Mówiłam o tym policji, ale nikogo takiego nie znaleźli.

14 czerwca pani Dorota jak co dzień odprowadziła Olę na przystanek. Kilka minut przed trzecią, jak co dzień, czekała też na jej powrót. Dziecko nie przyjechało ani tym, ani następnym autobusem. Minęło kilka godzin. Było jasne, że musiało stać się coś złego. Waldemar Bielewski, ojciec Oli: – Pojechaliśmy do Biadaszek. Do sąsiadów, u których czekała na pekaes. Wszyscy już stali przed bramą. Powiedzieli, że była, ale jakoś przed piętnastą zniknęła. Na płocie wisiał tornister. W środku były nieruszone pieniądze na bilet.


Rodzice dziewczynki sprawdzili jej wszystkich klasowych kolegów. Okazało się, że po szkole bawiła się w domu u jednego z nich. Chłopiec zarzekał się, że przed trzecią odprowadził ją pod płot, na którym zostawiła tornister. Pech chciał, że w chwili zaginięcia w telewizji trwał właśnie mecz Polska–USA. Wieś była kompletnie wymarła. Wszyscy siedzieli w domach. Nikt niczego nie zauważył. Ktoś powiedział, że może mała wybrała się na jagody. Lasy były wtedy pełne zastawionych przez kłusowników wnyków. Mogła złapać się w któryś z nich. Mogła też zwyczajnie zabłądzić. W ciągu paru minut zebrano grupę kilkudziesięciu miejscowych. Przeszli najbliższą część lasu i otaczające go pola. Nic. Dziewczynka wyparowała jak kamfora.


Wieczorem pan Bielewski złożył zawiadomienie o zaginięciu. Na komendzie wszczęto alarm. Tuż przed północą w Biedaszkach zaroiło się od policji. Na miejsce ściągnięto też kilkudziesięciu strażaków i psy tropiące. Poszukiwania trwały do rana. Bez skutku. Niepokój narastał. W spojrzeniach zaczęły pojawiać się napięcie i groza. Jeśli poszła sama, nie mogła przecież daleko odejść. Chyba że ktoś jej pomógł. A jeśli tak, to kto? I po co? – Błąd polegał na tym, że wszyscy kurczowo trzymaliśmy się myśli, że dziewczynka żyje – mówi Jarosław Rembecki, były policjant, który tej nocy miał służbę. – Ściągnięto psy na tzw. górny wiatr. Może gdyby wśród nich znalazł się jeden szkolony w poszukiwaniu zwłok, sprawa by się wyjaśniła od ręki. Wtedy odganialiśmy od siebie te hipotezy. Teraz można już tylko gdybać.


Przez kilka kolejnych dni okolice Biadaszek przeczesano wzdłuż i wszerz. Wobec braku efektów zaczęto rozważać możliwość porwania. Pojawiły się słuchy, że na kilka dni przed zaginięciem, w sąsiedniej wsi dzieci napastował nieznany mężczyzna. Próbował je dotykać i się przed nimi obnażał. Stworzono portret pamięciowy. Cisza. Żadnego sygnału. Porywacza zaczęto więc szukać w najbliższym otoczeniu Oli. – Podeszło do mnie dwóch z dochodzeniowo-śledczego. Może pan otworzyć bagażnik? No, mogę – opowiada ojciec Oli. – Za jakieś dwie godziny przyszli i mówią: jest pan zatrzymany za uprowadzenie swojego dziecka. Ja na to: to jest jakaś paranoja! Wzięli mnie do suki – przyznaj się, gdzie jest dziecko. Bo przywieziemy wykrywacz kłamstw.


Podejrzenie wzięło się z plotki. Ktoś wysłał anonim, że skoro Bielewski jeździ na tirach, to pewnie ma za granicą drugą kobietę. Konkretnie w Anglii. Od dawna chciał z nią zamieszkać, ale nie wiedział, jak to powiedzieć żonie. Pewnie oddał jej dziecko, a potem chciał do niej dołączyć. Problem w tym, że na dzień zniknięcia Oli pan Waldemar ma żelazne alibi. Cały dzień spędził w warsztacie kolegi, gdzie widziało go kilkunastu świadków. Policjanci uznali, że mógł jednak zlecić porwanie komuś innemu. Mężczyznę zatrzymano.


Równocześnie rozważano hipotezę nieszczęśliwego wypadku. Ktoś mógł jechać samochodem i niechcący potrącić dziewczynkę. Może kierowca był pijany, a może zwyczajnie wpadł w panikę i zamiast jej pomóc, wziął ją do samochodu i ukrył gdzieś dalej? Zwłaszcza że w Biedaszkach nie brakuje takich, co po kielichu wsiadają za kółko. Niedaleko miejsca zniknięcia Oli lokalny biznesmen urządzał tego dnia imieniny. Zabawa była huczna. Alkohol podobno lał się strumieniami. Przesłuchano wszystkich, którzy byli na imprezie. Zeznania okazały się spójne. Nikomu niczego nie udowodniono.


Na czas poszukiwań matka Oli zamieszkała u swoich dawnych sąsiadów. Tych samych, do których ośmiolatka codziennie przychodziła po szkole. Po zatrzymaniu męża uznała, że tak będzie lepiej. Dzięki temu mogła na bieżąco przyglądać się akcji poszukiwawczej.


Robert, który bardzo pomagał

Od samego początku najbardziej wspierał ją Robert. Lubił Olę. Kiedyś, zimą, zabrał ją z koleżankami na kulig. Robił, co mógł, żeby pomóc. Odstąpił matce dziewczynki własne łóżko. Całe dnie chodził z policjantami po lesie, pokazując im różne zakamarki. Opowiadał, że w dniu zaginięcia widział pędzące z zawrotną prędkością auto.

Nie widział kierowcy, ale pamiętał, że jechał zielonym busem. Policjanci słuchali i mówili, że na pewno to sprawdzą. Kiedy zorientował się, że go ignorują, zaczął opowiadać kolejne historie. – Twierdził, że widział, jak Olę ktoś wciąga do samochodu – wspomina jeden ze śledczych. – Tym kimś miał być jeden z jego znajomych. Wskazał go z imienia i nazwiska. Zarzekał się, że to prawda. Ale po sprawdzeniu okazało się, że facet w chwili zaginięcia był w tym samym warsztacie, co ojciec Oli. Widział go listonosz i parę innych osób. Wtedy wiedzieliśmy już, że Robert coś kręci. Stwierdziliśmy, że skoro ściągamy już z Wrocławia wariograf, żeby przebadać Bielewskiego, to co nam szkodzi podpiąć do niego Roberta? No i proszę. Nastąpił przełom.


Wyniki ojca ośmiolatki właściwie nikogo nie zaskoczyły. W stu procentach wykluczyły jego związek z zaginięciem. Zaraz po nim przy aparaturze posadzono Roberta. Zadano mu dziesięć pytań. Przy jednym wszystkie wskaźniki się wychyliły. Przy pytaniach kontrolnych reagował normalnie – opowiada obecny przy badaniu oficer. Potem biegły zapytał: czy widziałeś zwłoki Oli? Robert zaprzeczył, ale bardzo podskoczyło mu tętno. Czy zwłoki Oli są w lesie? Tu puls znowu troszeczkę spadł. I wreszcie – czy znajdują się na polu lub łące? Wtedy maszyna niemalże zwariowała.


Aby wykluczyć błąd, Roberta zbadano ponownie. Przy kolejnej próbie jego organizm zareagował jednak jeszcze mocniej niż poprzednio. Chociaż na zewnątrz niczego nie zdradzał, wariograf bezsprzecznie wykazał, że kłamie. Biegły nie miał najmniejszych wątpliwości, że siedzi przed nim właściwy człowiek. Roberta zatrzymano. Zaczęły się przesłuchania. Wydawało się, że koniec śledztwa jest bliski. Nic bardziej mylnego. W godzinę po badaniu wariografem Robert powiedział, że przyzna się do wszystkiego. Wyznał, że kiedy pracował w stodole, doszło do tragicznego wypadku. Miał stać na wozie i przerzucać worki z paszą. Każdy ważył mniej więcej pięćdziesiąt kilo. Jeden z nich wyśliznął mu się z rąk i upadł wprost na bawiącą się na dole Olę. Dziewczynka zginęła. Nie, nie próbował jej pomóc. Wypalił papierosa i zastanowił się, co robić. Potem od razu przystąpił do ukrycia zwłok. Załadował je na taczkę i wywiózł na rozciągające się za stodołą pole.

Tam ukrył Olę w zbożu. Później przychodził w to miejsce jeszcze przez kilka dni. Jarosław Rembecki: – Ze szczegółami opisał, jak wyglądały kolejne etapy rozkładu. Biegli stwierdzili, że to niemożliwe, żeby sobie to po prostu wymyślił. Musiał widzieć zwłoki. Wiedział o detalach, które znają tylko medycy sądowi. Ale nawet ich przeraziło to, co opowiedział później.


Po tygodniu Robert przestraszył się, że ciało odnajdą psy. Nie wiedział, że były szkolone tylko w poszukiwaniu żywych. Zapakował więc Olę w jutowy worek i taczką przewiózł kilkaset metrów dalej. Zakopał ją w starym kopcu po burakach. To miejsce też nie dawało mu jednak spokoju.

Trzy tygodnie po zaginięciu wstał o czwartej rano. Wykopał ciało i przysypane obornikiem wwiózł na podwórko. Wcześniej oblał je kwasem z akumulatora, aby psy nie zwęszyły tropu. Później wszedł do komórki i upchnął zwłoki w parniku (to taki kocioł do gotowania ziemniaków dla świń). Wrzucił drewno do paleniska i wzniecił ogień. Paliło się przez kilka godzin. Aż z Oli został wyłącznie popiół. Nad ranem Robert przedstawił kolejną wersję. Tym razem stwierdził, że wypadku nie było. Przyznał, że zamordował dziewczynkę, bo wcześniej doszło między nimi do „czegoś bardzo złego”. Nie chciał powiedzieć, do czego. Ostro zaprzeczył, gdy policjanci spytali go, czy chodziło o czyny lubieżne. Bez wahania wyznał jednak, że udusił ją, przytrzymując rękę na jej ustach i nosie. Reszta – taczka, parnik – wszystko pozostało bez zmian. Aby rozdzielić prawdę i fałsz, prokurator zarządził przeprowadzenie wizji lokalnej. Roberta wrzucono więc do więźniarki i zawieziono z powrotem do Biadaszek. Ale historia – zamiast się wyjaśnić – zagmatwała się jeszcze bardziej.


Podczas wizji Robert ponownie wycofał się ze swych zeznań. Mówił, że ma dość. Że tym razem powie już prawdę. Znów zaczął opowiadać o wypadku w stodole.

Ale innym. Że przez przypadek uderzył Olę widłami. Wszyscy byli skonsternowani. Nikt nie był w stanie zorientować się, która z wersji jest prawdą. – Każdy miał świadomość, że on dobrze wie, co stało się z dzieckiem – wspomina śledczy. – Wodził nas za nos. Chyba dobrze się przy tym bawił. Wzięliśmy go więc na stronę i zażądaliśmy dowodów. Najlepiej szczątków Oli. Przecież, nawet jeśli ją spalił, to coś musiało jednak z niej zostać. Cokolwiek!

Robert się zgodził. Siedząc w radiowozie, przypomniał sobie, że gdy pakował Olę do worka, od rozkładających się zwłok oddzieliły się włosy. Wciąż powinny być zagrzebane gdzieś w pobliżu kopca. Na miejsce wysłano psa z przewodnikiem. Pod cienką warstwą ziemi odnaleziono ludzki skalp – skórę i włosy spięte w dziewczęcy kucyk. Takie same jak te, które widniały na zdjęciach Oli. Jej matka rozpoznała okalającą je frotkę. Własnoręcznie zrobiła ją córce. Teraz już wszystko wydawało się jasne.


Cztery prawdy czy półprawdy?

Badania DNA wykazały, że włosy i skóra należą do osoby płci żeńskiej. Okazało się, że wcześniej ktoś poddał je termicznej obróbce. Ich stan wskazywał na to, że przed ukryciem najprawdopodobniej zostały wygotowane. W wyniku zmian, jakie zaszły w tkankach, nie dało się w stu procentach stwierdzić, że odnaleziony skalp to pozostałość po Oli. Prokurator postawił Robertowi zarzut zabójstwa. Przed sądem jednak wycofał się on ze wszystkiego, co powiedział na etapie śledztwa. Tym razem kategorycznie stwierdził, że jest niewinny.

Oświadczył, że do wszystkich wcześniejszych wyznań zmusili go policjanci. Na komendzie bili go i torturowali. Podsuwali do podpisania protokoły in blanco. Dosypywali mu do wody leków psychotropowych. Wyniki badań wariograficznych zostały podmienione przez prokuratora. Padł więc ofiarą spisku. Odmówił też składania jakichkolwiek dalszych wyjaśnień. Nie okazał skruchy. Od czasu do czasu uśmiechał się zza kuloodpornej szyby. Proces trwał ponad sześć lat. Za każdym razem co innego jednak okazywało się prawdą, a co innego fikcją.


Najpierw sąd uznał, że Robert nie dokonał morderstwa. Dał wiarę wersji, w której nieszczęśliwie przygniótł dziewczynkę workiem. Skazał go za to na siedem lat więzienia. Ale sąd apelacyjny uchylił wyrok i nakazał sprawę ponownie rozpatrzyć. W kolejnym postępowaniu Roberta skazano na 25 lat. Sędzia nie miał wątpliwości, że oskarżony jest okrutnym i bezwzględnym mordercą. W uzasadnieniu szeroko rozwodził się nad tym, jak bardzo jest zdemoralizowany. Po kolejnej apelacji ponownie wszystko się zmieniło. Tym razem prawdziwa okazała się wersja z widłami. Wyrok? Pięć lat za nieumyślne spowodowanie śmierci i dwa za zbezczeszczenie zwłok. Łącznie – siedem. Nikt już nie miał siły się odwoływać. Rok później Robert wyszedł na wolność.

Kilka dni po powrocie do Biadaszek odwiedziła go pani Dorota. Błagała, by powiedział, co stało się z Olą. Pytała, czy jest sens, aby nadal szukała córki. Odpowiedź była krótka – „ja na twoim miejscu bym szukał”. Niczego więcej nie udało się z niego wydobyć. Wieś podzieliła się na dwa obozy – tych, którzy mają go za mordercę, oraz tych, którzy wierzą, że został wrobiony. Koniec końców wszyscy przyznają jednak, że całą prawdę zna tylko on. I że najprawdopodobniej zabierze ją ze sobą do grobu. Tymczasem sam Robert z ochotą udziela wywiadów i pokazuje się w telewizji. – W tej sprawie nie chodziło o prawdę – mówi z uśmiechem. – Tylko o to, żeby dopasować winę do sprawcy.

Niebawem od zaginięcia Oli minie dziesięć lat. Mimo to rodzice wciąż szukają jej żywej. Nie wystąpili o wydanie aktu jej zgonu. Nie postawili jej też żadnego symbolicznego grobu. Wierzą, że gdzieś tam jest i niebawem będzie świętować swą osiemnastkę.

Pani Dorota zleciła przygotowanie progresji wiekowej – portretu, ukazującego jak w przybliżeniu dzisiaj może wyglądać. Wciąż jeździ do kolejnych radiestetów i jasnowidzów. Słucha ich i analizuje: może akurat trafi się gdzieś ziarnko prawdy? Także policja wciąż poszukuje Oli jako zaginionej. Ale nikt tu nie wierzy, że działania zakończą się jakimkolwiek sukcesem. – Ja i wszyscy, którzy pracowali nad tym śledztwem, jesteśmy przekonani, że to dziecko nie żyje – mówi Rafał Szkudlarek z Komendy Powiatowej w Wieruszowie. – Budzenie w rodzicach fałszywej nadziei jest niczym innym jak tylko nękaniem. To coś, co wciąż na nowo rozdrapuje w nich tę tragedię. Żadne z nich nie jest w stanie zakończyć żałoby i wrócić do normalnego życia.


Nieoficjalnie śledczy są pewni, że Ola padła ofiarą morderstwa. Ich zdaniem za wszystkim stoi właśnie Robert. Jak twierdzą, ktoś mógł mu jednak pomóc w pozbyciu się zwłok. Na ten temat również mają gotową teorię. – Nie sądzę, żeby spalił ciało dziewczynki – mówi jeden z nich. – Raczej ją ugotował. Potem mógł po prostu nakarmić nią świnie. Wtedy nie zostałyby nawet kości. W tej wsi, jak w wielu innych, istnieje przesąd, że świnia zje wszystko, z wyjątkiem włosów. To tłumaczyłoby, dlaczego się zachowały.

I dlaczego wcześniej zostały poddane termicznej obróbce. Krótko po zaginięciu rodzina Roberta sprzedała swoją trzodę. Aby mieć mięso, kupowała świnie od innych rolników. Ma to dla pana sens? Bo dla mnie nie. Chyba że po tym wszystkim po prostu się brzydził.


Tymczasem od kilku miesięcy Robert prowadzi kampanię na rzecz swojego uniewinnienia. Wysyła listy do Rzecznika Praw Obywatelskich, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i innych instytucji, które mogą zaoferować mu prawną pomoc. Na razie wszystkie po kolei mu odmówiły.

Uważa, że to część spisku. Wie, że nie wszyscy mu wierzą. Ale się nie przejmuje. – Uwierzą ci, co przeszli przez młyn sprawiedliwości – mówi. – Na resztę trzeba po prostu machnąć ręką.