W domu, w którym niegdyś mieszkał Krzysztof Szpakowski, mieści się dzisiaj restauracja. Siedzimy przy niskim stoliku obok kominka, który kiedyś był najważniejszą częścią salonu. Teraz to część sali jadalnej, palenisko służy jedynie jako ozdoba. „Zgadnijcie, jak w tym kominku mogą się zmieścić cztery osoby” – uśmiecha się  Krzysztof Szpakowski. Kominek jest, co prawda, duży, ale żeby mogło się do niego schować tylu ludzi? To niemożliwe. No i po co? Ale Szpakowski nie odpuszcza.

Schowki małe i duże

„W tym kominku zmieści się i piętnastoosobowa grupa. Są w nim specjalne skrytki” – mówi.  Wszyscy jak jeden mąż wstają od stołu i zaczynają obmacywać każdy centymetr obudowy. Naciskamy jej poszczególne elementy – w końcu w filmach przygodowych zawsze jest jakiś magiczny guzik – ale tym razem to nie działa. Krzysztof leniwie wstaje z fotela i odsuwa stojak z pogrzebaczami. Zdecydowanym ruchem chwyta za kamień z obudowy i pod spodem ukazują się… schody.

„Wchodzi się nimi do sali pod podłogą, która mieści kilkanaście osób, a potem można z niej wyjść na zewnątrz budynku specjalnym korytarzem. A tu, z boku kominka, jest wejście do drugiej skrytki, nieco mniejszej. Kolejna skrytka znajduje się w słupku przy schodach. Wystarczy unieść fragment oparcia schodów, żeby włożyć tu coś wąskiego i długiego. Na przykład rulon z obrazami albo dokumenty” – mówi.  Obsługa restauracji nie wytrzymuje i wszyscy zaczynają zaglądać w te tajemnicze miejsca.

„Co pan w nich znalazł?” – pyta kelnerka. „Nic – odpowiada Szpakowski. – Sam je zbudowałem”.

Okazuje się, że ten stary dom tylko wygląda na zabytkowy. Tak naprawdę powstał w latach 90., a jego właściciel spatynował go zgodnie ze swoim gustem. Schowki zbudował „na wszelki wypadek”, bo jak się mieszka w Górach Sowich, pełnych pohitlerowskich podziemi, skrytki wydają się rzeczą niemal banalną. Krzysztof Szpakowski jest zresztą właścicielem największego schowka w tej części Dolnego Śląska. Kilka lat temu kupił gigantyczny podziemny kompleks w masywie Włodarza w Górach Sowich i urządził w nim podziemną trasę turystyczną.

Jest częścią większego systemu podziemi, które pod kryptonimem „Olbrzym” zbudowali w czasie drugiej wojny światowej w tym rejonie naziści. We Włodarzu sztolnie prowadzą do zalanej hali, w której mogłoby się zmieścić około szesnastu domków jednorodzinnych. Mimo że ukryta pod tonami skał pustka robi na każdym wrażenie, badacze przypuszczają, że w okolicy znajdują się jeszcze większe podziemia. Autorzy „Słownika geograficznego Sudetów”,  sztandarowej pozycji o tej części Polski, piszą, że od Włodarza potężniejszy może być kompleks w okolicach Ludwikowic Kłodzkich. Tyle że znana jest tylko jego część naziemna, w której mieściła się fabryka amunicji. To obiekt również związany z „Olbrzymem”, strzegący podobno tajemnic nowoczesnych nazistowskich technologii. Krzysztof Szpakowki postanowił więc pójść na całość i oprócz Włodarza wziął w zarząd jeszcze sześć hektarów wojennych zagadek w  Ludwikowicach.

W Górach Swoich nie brakuje dwóch rzeczy: podziemi i opowieści o skarbach. Takie schowki jak w kominku u Szpakowskiego istniały naprawdę. W pobliskim zamku Grodno we wnętrzu kominka ktoś zbudował niewielką skrytkę maskowaną jedynie cegłą. Kilka miesięcy temu poszukiwacze odnaleźli kolejne podziemia w masywie Sobonia, również należące do projektu „Olbrzym”.

Tajemnice kopalni

Do dzisiaj nie wiadomo, czy Góry Sowie nie kryją jeszcze nieznanych sztolni i hal, drążonych w czasie II wojny światowej. Świadkowie – dawni więźniowie obozu Gross Rosen – zeznają, że w zboczu Włodyki, do której przylegała fabryka amunicji w Ludwikowicach, Niemcy również stworzyli ogromne podziemia. Miały w nich zginąć setki ludzi, do dziś nie jest znany los więźniów obozu męskiego. „Jedna z byłych więźniarek zeznaje, że nieraz widziała pędzonych do tuneli ludzi. Dokładniej nie do tuneli, ale do szybu windy, którym zjeżdżali do podziemi” – pisze Marcin Arciszewski w „Podziemnym świecie Gór Sowich” i dodaje, że bardzo trudno wejść do wnętrza góry. „(…) Rejon ewentualnych wlotów tuneli leży w tzw. gorącej strefie. Chodzi o to, że do dnia dzisiejszego cały masyw Włodyki jest wprost naszpikowany amunicją różnego kalibru i wszelkie prace w tym regionie są zdecydowanie niewskazane”.  Rzeczywiście, saperzy, którzy czyścili ten teren, wywozili ciężarówkami pociski i granaty. Leżały w płytkich dołach ułożone po sześćset sztuk.  

Do 1939 roku w Ludwikowicach Kłodzkich pracowała kopalnia „Wenceslaus”. W lipcu 1930 roku nastąpiła w niej wielka katastrofa, w której zginęło 151 górników. „Wycie syren ze wszystkich pobliskich kopalń oznajmiało o nieszczęściu. Zajeżdżającym drużynom ratowniczym przedstawił się obraz zniszczenia wzbudzający grozę. Ofiary katastrofy leżały pokotem, przeważnie przywalone gruzami” – to fragment ze sprawozdania zarządu kopalni. Prace zostały wstrzymane na trzy lata, ale wkrótce okazało się, że zupełnie się nie opłacają, obawiano się też kolejnego wybuchu gazu.

Po zamknięciu kopalni w jej budynkach została usytuowana fabryka amunicji. Zatrudniono tu część byłych górników oraz więźniów z dwóch obozów pracy. Przebywało w nich łącznie ponad tysiąc sto osób (w zależności od źródeł liczba waha się od tysiąca do tysiąca pięciuset): Polaków, Czechów, Rosjan i Francuzów. Wraz z kobietami z trzeciego, utworzonego wkrótce, obozu pracowali dla należącego do koncernu chemicznego DAG-Alfred Nobel Dynamit Aktien Gesselschaft zakładu Moeltke-Werde.

 

Fabryczny kompleks w Ludwikowicach Kłodzkich przypomina nieco scenografię do gier strategicznych, w których uczestnicy walczą wśród ruin. Budynki są w większości zniszczone. Część z nich co prawda rozebrano w 1996 roku, jednak to, co zostało, daje pojęcie o ogromie tego przedsięwzięcia.

Na zboczach góry Włodyka stoją potężne pozostałości magazynów, nieco niżej coś w rodzaju starych baraków z płaskimi dachami. Wszystkie miały tzw. stropy korytowe, które – wypełnione ziemią – świetnie nadawały się do posadzenia drzewek i krzewów. W ten sposób budynki były niewidoczne dla wrogich samolotów.

Łapka na dzwony

Najciekawszy jest jednak budynek, który stoi kilkadziesiąt metrów od drogi do Jugowa, po prawej stronie. Z przodu wygląda jak willa bogatego fabrykanta, ma taras. Z tyłu natomiast jest solidnym bunkrem. Jego piwnice również zostały obetonowane i wzmocnione, ale nie w sposób typowy dla fabryki amunicji. No właśnie, nie wszyscy badacze są przekonani, że w Ludwikowicach Niemcy produkowali tylko pociski.

Światową sławę przyniósł Ludwikowicom amerykański pisarz Joseph Farrell, który w swojej książce „Roswell i III Rzesza” napisał, że w tutejszej fabryce amunicji Niemcy tak naprawdę prowadzili badania nad nowoczesnymi technologiami, mającymi im pomóc w zwycięstwie. Ojcem tej hipotezy jest Igor Witkowski, autor licznych książek o Wunderwaffe. Zarówno Witkowski, jak i Farrell zwrócili uwagę na dość dziwaczną żelbetową konstrukcję, która stoi w Ludwikowicach. To rodzaj okręgu, który tworzy 9 słupów wysokości ponad 10 metrów. Połączone zostały na szczytach w taki sposób, że po położeniu siatki czy innego materiału na górze, mogłyby stanowić coś w rodzaju woliery. Ta konstrukcja wznosiła się wewnątrz dziesięciobocznego basenu o średnicy prawie 40 metrów. I choć górnicy oraz inni badacze podśmiewają się z pomysłów tropicieli tajemnic i twierdzą, że to po prostu pozostałości kopalnianej chłodni, Witkowski odnalazł w innych miejscach podobne budowle, nazywane „muchołapkami”. Jedna z nich służyła w kanadyjskich zakładach AVRO do testowania dyskokształtnych obiektów latających, inna do testowania śmigłowców.

Badacz Wunderwaffe dowiedział się od oficera polskiego wywiadu, który miał dostęp do niemieckich tajnych dokumentów, że naziści pracowali nad urządzeniem o nazwie „Dzwon”. Był to rodzaj wielkiego ceramicznego słoja o kształcie dzwonu, zakończonego urządzeniem o nieznanej funkcji. Całość przypominała potężny izolator, w którego wnętrzu miały mieścić się dwa metalowe cylindry. „Dzwon” miał być rozwiązaniem do zapanowania nad siłą grawitacji albo nawet… maszyną czasu. Farrell dodaje, że wszyscy naukowcy, którzy pracowali nad tym projektem, zostali zgładzeni, a same eksperymenty miały najwyższy stopień tajności.

Ludwikowicka „muchołapka” miałaby służyć do utrzymania w ryzach poruszającego się w dość nieskoordynowany sposób „dzwonu”, który został przykuty do konstrukcji za pomocą trzech łańcuchów. Witkowski twierdzi, że naukowcy, którzy przy nim pracowali, nie mogli się zbliżać do wirującego urządzenia na odległość poniżej 100 metrów, w przeciwnym wypadku dochodziło do dziwnych oparzeń. Na YouTube filmik z szarpiącym się w „muchołapce” tajemniczym dzwonem obejrzało ponad sto tysięcy ludzi.  

Turyści z kosmosu

Choć Szpakowski mocno stoi na ziemi, przyznaje, że pomysł z kosmicznymi technologiami jest bardzo atrakcyjny. Zatrudnił nawet archiwistę, który dotarł do starej notatki gazetowej – wynika z niej, że Hitler spotkał się z przedstawicielem obcej cywilizacji w Ludwigsdorf, czyli w Ludwikowicach. Do końca nie wiadomo jednak, o które Ludwikowice chodzi. Niemniej starą fabrykę amunicji zaczęli odwiedzać wszelkiej maści pasjonaci, dla których powstaje już muzeum. Znajdą się w nim pamiątki dotyczące fabryki, przedmioty należące do pracujących tu więźniów i dokumenty związane z tajemnicami Ludwikowic. Kilka dni temu urodzona w Ludwikowicach Niemka przekazała muzeum, wraz z dokumentami jej ojca, kompletny mundur organizacji Todt, której zadaniem była budowa obiektów militarnych.

„Był u mnie pewien inżynier z Katowic, którego nazwiska nie chcę ujawniać. Powiedział mi, że Ludwikowice to jedno z niewielu miejsc, w których występują anomalie w przyciąganiu ziemskim – mówi Szpakowski. – Sam nie wiem, co sądzić o tych wszystkich rewelacjach, ale istnieją zeznania więźniów z tutejszych obozów, którzy opowiadali, że nad »muchołapką« widzieli w nocy z daleka jaśniejącą błękitną łunę albo jakieś dziwne, błyszczące kule. Trudno w to wszystko uwierzyć”.

W 1964 roku w Polsce pojawiło się wiele artykułów o tajemnicach Gór Sowich. Szczególnie aktywny był porucznik Bohdan Świątkiewicz, który na łamach „Żołnierza Wolności” publikował wspomnienia więźniów pracujących w kompleksach „Olbrzyma”. Zdzisław Telerak udzielił mu wtedy następującej informacji: „…Opowiadał mi felczer Niemiec, że pewnej nocy przyprowadzono do niego kilku wynędzniałych do granic ludzkiej możliwości więźniów. Ludzie ci byli potwornie owrzodzeni, a właściwie były to ślady jakichś ogromnych poparzeń skóry. Felczer nie rozpoznał choroby. Dziś, po tylu latach, po doświadczeniach Hiroszimy i Nagasaki podejrzewam, że były to objawy choroby popromiennej”.

 

Równie intrygująca jest opowieść Marii Koszarek: „Do Ludwigsdorfu przewieziono mnie z łapanki w Łodzi. (….) Za elektrownią znajdowały się wejścia do podziemi, w których pracowałyśmy. Wejścia te były opatrzone wielkimi stalowymi wrotami. O ile sobie dobrze w tej chwili przypominam, wrota te były tak duże, że z łatwością mieścił się w nich samochód ciężarowy. Podziemia, w których pracowałyśmy, składały się z trzech potężnych hal długości ok. 50 metrów, szerokości 25 m i wysokości 4 m każda. Te trzy hale stanowiły poszczególne działy produkcji. W tej, która była położona najdalej, znajdowały się duże prasy hydrauliczne, które proszkowatą substancję prasowały w małe kostki, do złudzenia przypominające kawałki mydła. Przypominam sobie, że kazano nam mówić, że produkujemy mydło. Substancja, o której wspomniałam, miała trzy kolory. Produkowaliśmy kostki żółte, czerwone i zielone. Zapamiętałam sobie te kolory na zawsze, bo w zależności od tego, jakiego koloru substancji produkowałyśmy więcej, nasze włosy stawały się… żółte, czerwone lub zielone. (…) Wszystkie nasze sale produkcyjne co kilka chwil zlewano tak obficie wodą, że stałyśmy w niej po kostki. Tłumaczono nam, że tak trzeba. (…) Ogółem w pobliżu naszego obozu było pięć wejść do tuneli. Nie wiem, co produkowano w innych podziemiach. Niemcy nie pozwalali się nam ze sobą kontaktować. Pamiętam, że w najstraszliwszym obozie żydowskim, gdzie ludzie dosłownie umierali z głodu, produkowano chyba coś podobnego jak i w naszych podziemiach. Z tą jednak różnicą, że o ile my miałyśmy tylko kolorowe włosy, oni byli kolorowi na całym ciele. Człowiek o zielonych rękach i twarzy to widok naprawdę przerażający”. „Mydełka” mogły być tzw. kostką saperską, ładunkiem materiału wybuchowego przypominającym kostkę mydła, używanym do prac saperskich. Mogły, ale nie musiały.  

Tragiczne tajemnice

Dariusz Krupiński, członek „Ratownictwa kataklizmowego”, którego szkolenia odbywają się na terenie dawnych zakładów, zabiera mnie w zbudowane płytko pod ziemią korytarze, które prawdopodobnie służyły do komunikacji pomiędzy poszczególnymi wieżyczkami strzelniczymi. Zaczynają się blisko „muchołapki”. To ciągnące się pod niemal całym terenem niskie korytarze, Ale co jest niżej? Co znajduje się w zboczu Włodyki?

„Fabryka amunicji funkcjonowała w części naziemnej i mógł to być kamuflaż” – uważa Szpakowski. Krzysztof Madejczyk, jeden z jego pracowników, który urodził się w Ludwikowicach, twierdzi, że na terenie zakładów znajdował się… podziemny kościół. Była to właściwie wielka hala z niszami, wykończona staranniej niż inne pomieszczenia w fabryce, prowadziły do niej potężne, ciężkie metalowe drzwi. Dzisiaj nie ma po niej śladu, a opis nie pasuje do fabryki amunicji. Jest natomiast ślad po tunelu, który spod fabryki amunicji ciągnie się w kierunku północnej części Ludwikowic. To poszukiwaczom daje nadzieję na kolejne odkrycia, może nie cudownych broni, ale kolejnych okruchów historii. Na początku maja w Ludwikowicach zbierają się badacze, którzy podejmą próbę wydarcia tajemnicy zrujnowanej fabryce. Podczas Międzynarodowego Zjazdu Eksploratorów „Muchołapka 2013” Szpakowski pozwoli każdemu szukać i kopać.

„Mam nadzieję, że obalimy w końcu wszystkie mity i odkryjemy prawdziwą tajemnicę Ludwikowic. Mam już dość słuchania, że robotnicy, którzy mieli zieloną skórę, to z pewnością ufoludki” – śmieje się zarządca fabryki amunicji.