Nowe badania na myszach sugerują, że dieta bogata w tłuszcz w okresie dojrzewania może zostawiać ślad w sposobie podejmowania decyzji żywieniowych w dorosłości. I nie chodzi wyłącznie o wagę, metabolizm czy klasyczne straszenie otyłością. Badacze przyglądali się temu, jak wcześniejsze doświadczenie z wysokotłuszczowym jedzeniem wpływa na elastyczność zachowań związanych z poszukiwaniem jedzenia. Wynik jest ciekawy, ale wymaga ostrożności: to badanie na zwierzętach, więc nie można go przepisać jeden do jednego na ludzkie życie. Mimo to trudno nie zobaczyć w nim czegoś znajomego.
Nawyki żywieniowe nie siedzą wyłącznie w lodówce
Przez lata o diecie nastolatków mówiliśmy głównie językiem kalorii, kilogramów i składników odżywczych. To ważne, ale dość wąskie spojrzenie. Jedzenie w tym wieku jest przecież częścią codziennego rytuału, nagrody, buntu, nudy, spotkań ze znajomymi i szybkiego ratunku po nieprzespanej nocy. Wystarczy przejść się po galerii handlowej po lekcjach, żeby zobaczyć, że młodzieżowa piramida żywienia bywa budowana raczej wokół frytek, słodkich napojów i czegoś, co da się zjeść jedną ręką.
Mam wrażenie, że często udajemy, iż wystarczy nastolatkowi powiedzieć: wybieraj zdrowiej. Tyle że nastoletni mózg dopiero uczy się kontroli impulsów, planowania i przewidywania konsekwencji. Do tego dochodzą reklamy, social media, cena jedzenia, presja grupy i zwykła dostępność. Sałatka może być rozsądnym wyborem, ale baton jest bliżej, taniej i nie wymaga żadnego namysłu. A jeśli coś powtarza się setki razy, przestaje być wyborem, a zaczyna działać jak automatyzm.
Badanie na myszach pokazuje coś więcej niż apetyt
W eksperymencie myszy karmiono w okresie dojrzewania dietą wysokotłuszczową. Później, już w dorosłości, zwierzęta wracały do zdrowszej diety i wykonywały zadania związane z uzyskiwaniem jedzenia. Badaczy interesowało, czy myszy potrafią zmienić zachowanie, gdy sytuacja się zmienia – na przykład wtedy, gdy jedzenie jest już dostępne bez wysiłku albo przestaje być pożądane.
U zwierząt, które w młodości jadły wysokotłuszczowo, częściej pojawiało się zachowanie nawykowe. Nadal wykonywały czynność prowadzącą do jedzenia, nawet gdy przestawało to być korzystne. W uproszczeniu: system decyzyjny stawał się mniej elastyczny. To ciekawy trop, bo podpowiada, że dieta z okresu dojrzewania może wpływać nie tylko na ciało, lecz także na mechanizmy sterujące zachowaniem.
W badaniu pojawiły się też różnice między samcami i samicami. Przy bardzo wysokiej zawartości tłuszczu, wynoszącej 60%, nawykowe zachowania obserwowano u obu płci. Przy diecie z 45% tłuszczu wzorce zaburzeń były już inne: u samców i samic problem dotyczył różnych aspektów kontroli działania. To ważne, bo wciąż zbyt często o diecie, mózgu i zachowaniu mówi się tak, jakby wszyscy reagowali identycznie.
Nie wszystko da się naprawić sałatką
Najbardziej poruszający wniosek z tego typu badań nie polega na tym, że nastolatek po kilku latach słabszej diety jest skazany na złe wybory. Takie straszenie byłoby nieuczciwe i zwyczajnie niepotrzebne. Bardziej przekonuje mnie inna myśl: dorosłe odchudzanie często zaczyna się za późno i zbyt brutalnie. Próbujemy naprawiać skutki, gdy nawyk jest już wygodnie rozparty w codzienności.
W praktyce wygląda to znajomo. Ktoś postanawia jeść lepiej, robi zakupy, planuje posiłki, wytrzymuje kilka tygodni, a potem wraca do starych schematów. Z zewnątrz łatwo nazwać to brakiem silnej woli. Tylko że silna wola jest dość kiepskim narzędziem, jeśli codziennie ma walczyć z otoczeniem zaprojektowanym pod szybkie, tanie i intensywne bodźce. Zwłaszcza gdy ten mechanizm był ćwiczony od młodych lat.
Tu mam mieszane uczucia wobec całej kultury dietetycznych napraw. Z jednej strony lubimy mówić o odpowiedzialności jednostki. Z drugiej – młody człowiek funkcjonuje w świecie, w którym słodki napój jest często łatwiej dostępny niż sensowny obiad, a reklama wysokokalorycznego jedzenia potrafi być bardziej dopracowana niż szkolna edukacja żywieniowa. Trudno potem dziwić się, że dorosłość nie zaczyna się od czystej kartki.
Rodzice nie muszą zamieniać domu w dietetyczny posterunek
Ten temat łatwo poprowadzić w stronę kontroli, zakazów i domowej policji od przekąsek. Myślę, że to ślepa uliczka. Nastolatki potrzebują autonomii, a jedzenie bardzo szybko staje się polem walki, jeśli dorosły wchodzi w nie z poczuciem misji. Sensowniejsze wydaje się budowanie środowiska, w którym dobry wybór nie wymaga heroizmu.
To może oznaczać wspólne gotowanie, ale bez tonu lekcji wychowawczej. Może oznaczać normalne jedzenie w domu, które nie jest karą za istnienie pizzy. Może oznaczać rozmowę o tym, jak działa reklama, dlaczego energetyk nie jest posiłkiem i czemu ciało po całym dniu na słodkich przekąskach może czuć się jak telefon z baterią na 8%. Ważne, żeby nie robić z jedzenia testu moralności. Wstyd rzadko prowadzi do mądrych wyborów. Częściej prowadzi do ukrywania ich przed dorosłymi.
Więcej warunków do zdrowego wyboru
Z tych badań nie wynika, że każda paczka chipsów w wieku 15 lat zapisuje komuś życiorys. Wynika raczej, że dojrzewanie jest okresem, w którym mózg i ciało uczą się schematów na długo. To powinno przesunąć rozmowę z poziomu pretensji na poziom profilaktyki. Zdrowsze jedzenie w szkołach, sensowne posiłki dostępne tam, gdzie młodzi rzeczywiście spędzają czas, ograniczenie agresywnego marketingu śmieciowego jedzenia – brzmi mniej efektownie niż kolejna dieta cud, ale prawdopodobnie jest uczciwsze.
Nastolatki nie potrzebują kolejnego dorosłego, który z wyrzutem patrzy na ich lunch. Potrzebują świata, w którym zdrowy wybór nie wygląda jak luksus, fanaberia albo kara. Jeśli jedzenie z młodości może wracać w dorosłych decyzjach, warto potraktować tę młodość poważniej. Nie z paniką. Raczej z czułą świadomością, że nawyki rosną razem z człowiekiem – i czasem wyprzedzają go o kilka kroków.
