Przyznam, że ten pomysł od razu mnie zainteresował. Kolejny klasyczny zegarek z granatową tarczą i eleganckim paskiem można opisać właściwie z zamkniętymi oczami. Tutaj trudno pomylić model z jakimkolwiek innym. A1 Prehistoric przypomina grot strzały, rozłupany krzemień i współczesną biżuterię jednocześnie. Każdy egzemplarz ma również wyglądać trochę inaczej, ponieważ ślady na kopercie powstają ręcznie.
Z galerii sztuki prosto do epoki kamienia
Anoma jest młodą, londyńską marką, która pojawiła się na rynku w 2024 roku. Już pierwszy model A1 zwracał uwagę obłą, trójkątną kopertą. Inspiracją dla jej kształtu był stół zaprojektowany w latach 50. przez francuską architektkę Charlotte Perriand. Zegarek wyglądał bardziej jak niewielka rzeźba niż typowy okrągły czasomierz.
Pomysł na wariant Prehistoric narodził się po wizycie założyciela marki, Matteo Violet Vianello, na wystawie Constantina Brâncușiego w paryskim Centre Pompidou. Rumuński rzeźbiarz interesował się dawnymi narzędziami i przedmiotami wykonanymi przez pierwszych ludzi. Groty, ręczne toporki oraz odłupane fragmenty kamienia traktował jako jedne z najwcześniejszych świadectw ludzkiej kreatywności.

Trudno mi się temu dziwić. Dawne narzędzia fascynują właśnie przez swoją niedoskonałość. Widać w nich decyzje podejmowane ręką człowieka, kolejne uderzenia i poprawki. Anoma przeniosła podobną energię na przedmiot, którego konstrukcja wymaga przecież wysokiej precyzji. Efekt wygląda surowo, ale nie przypadkowo.
Pięć godzin pod dłutem
Każda koperta ze stali nierdzewnej 316L trafia do francuskiego grawera Stevena Brunela. Artysta pracuje w niewielkiej miejscowości Mornand-en-Forez w regionie Loary, a jego dzieła były prezentowane między innymi w Luwrze. Obróbka jednej koperty i odpowiadającej jej klamry zajmuje około pięciu godzin.
Brunel wykonuje setki uderzeń, stopniowo usuwając niewielkie fragmenty metalu. Powstają nieregularne płaszczyzny odbijające światło pod różnymi kątami. Z daleka koperta może przypominać chropowaty kamień. Dopiero przy bliższym spojrzeniu widać, że każde zagłębienie zostało starannie zaplanowane.

Ręczna praca obejmuje również tarczę. W mosiężnej podstawie wycina się ponad 600 cienkich linii układających się w promienisty wzór. Całość otrzymuje głęboki antracytowy kolor przywodzący na myśl krzemień albo obsydian. Smukłe, srebrne wskazówki są przy tym wyjątkowo delikatne. Bez nich zegarek mógłby wyglądać jak niewielki fragment meteorytu przypięty do skórzanego paska.
Mam wrażenie, że właśnie taki rodzaj rzemiosła coraz bardziej zyskuje na znaczeniu. Przemysł potrafi dzisiaj produkować przedmioty niemal idealne, powtarzalne i pozbawione najmniejszej skazy. Ludzka ręka pozostawia natomiast drobne odstępstwa, które stają się dowodem poświęconego czasu.
Mechanizm pozostaje spokojny i przewidywalny
Pod mocno rzeźbioną powierzchnią pracuje automatyczny mechanizm Sellita SW100. To niewielka szwajcarska konstrukcja, która pozwoliła zachować smukłą kopertę. Zegarek pokazuje wyłącznie godziny i minuty. Nie ma datownika ani dodatkowych komplikacji, które odciągałyby uwagę od tarczy.

Koperta mierzy około 39 mm i ma 9,45 mm grubości. Dzięki trójkątnemu kształtowi, ukrytym mocowaniom paska oraz koronce schowanej od strony dekla model ma nosić się podobnie do klasycznego zegarka o średnicy około 37 mm. Dolne 3 mm koperty zakrzywiono do środka, aby lepiej układała się na nadgarstku.
Wyposażenie uzupełniają szafirowe szkło z powłoką antyrefleksyjną, wodoszczelność do 50 metrów i szary pasek z ziarnistej włoskiej skóry. To parametry odpowiednie do codziennego użytkowania, choć raczej nikt rozsądny nie potraktuje limitowanego zegarka niczym sprzętu na basen czy górską wyprawę.
Prawie 18 tysięcy złotych za widoczne ślady pracy
Bazowa cena modelu została ustalona na 2900 funtów bez podatków, czyli około 14 700 zł. Na brytyjskiej wersji sklepu marki widnieje kwota 3480 funtów, czyli około 17 700 zł. Produkcja w 2026 roku została ograniczona do 100 egzemplarzy, a dostawy zaplanowano na październik.

Pod względem mechanicznym trudno mówić o wyjątkowym osiągnięciu. Sellita SW100 jest znanym mechanizmem, a zegarek oferuje jedynie podstawowe wskazanie czasu. Cena wynika przede wszystkim z nietypowego projektu, wielogodzinnej ręcznej obróbki i niewielkiej liczby dostępnych sztuk.
W przypadku Anomy pracę naprawdę można zobaczyć. Ślady dłuta nie zostały nadrukowane ani odtworzone przez maszynę. Każdy właściciel otrzyma minimalnie inny układ wgłębień, krawędzi i refleksów.
A1 Prehistoric zapewne podzieli odbiorców. Dla jednych będzie wyglądał jak niedokończona koperta po wypadku w warsztacie. Inni zobaczą w nim przedmiot o charakterze małej rzeźby. Mnie podoba się przede wszystkim odwaga, z jaką marka potraktowała pojęcie luksusowego wykończenia. Czasami największą wartość ma powierzchnia, na której wyraźnie widać, że ktoś naprawdę nad nią pracował.
