Po ubiegłorocznym powrocie kultowego Rotocalla japońska marka dorzuca dwie nowe wersje, które udowadniają, że cyfrowy wyświetlacz wcale nie musi kojarzyć się wyłącznie ze sportem czy budżetowymi zegarkami. Mam wrażenie, że Seiko zaczyna traktować swoje cyfrowe dziedzictwo równie poważnie, jak kolekcje Prospex czy Presage. I bardzo mi się ten kierunek podoba.
Kiedy cyfrowy zegarek był sprzętem przyszłości
Rotocall pojawił się po raz pierwszy w 1982 roku. Nie zrobił wielkiej kariery sprzedażowej, ale zyskał coś znacznie ciekawszego – wiernych fanów. Model trafił nawet na nadgarstki astronautów, w tym Sally Ride, pierwszej Amerykanki w kosmosie. To nie był przypadek. Obracany pierścień pozwalał błyskawicznie przełączać funkcje zegarka, co w tamtych czasach było rozwiązaniem nowatorskim. Zamiast przeklikiwać kolejne opcje przyciskami, wystarczyło przekręcić bezel.
Dzisiaj podobną logikę znamy ze smartwatchy czy elektronicznych pokręteł w samochodach. Ponad 40 lat temu wyglądało to jednak jak sprzęt z filmu science fiction.

Tym razem mniej kolorów
Ubiegłoroczna reedycja mocno grała nostalgią. Pojawiły się żywe kolory i klasyczne wyświetlacze LCD, które wyglądały niemal identycznie jak oryginały z lat 80.
Nowe warianty idą w zupełnie inną stronę. Seiko przygotowało srebrną oraz złotą wersję z czarnymi akcentami i odwróconym wyświetlaczem LCD. Zamiast jasnego tła mamy czarny ekran z szarymi cyframi, co nadaje całości zdecydowanie bardziej współczesny charakter. Efekt jest zaskakująco elegancki. Gdyby ktoś pokazał mi taki zegarek bez logo, pewnie nie od razu uznałabym go za klasyczny model cyfrowy.
To ciekawy ruch. Przez lata cyfrowe zegarki miały być przede wszystkim praktyczne. Seiko najwyraźniej doszło do wniosku, że równie dobrze mogą być po prostu stylowe.

Niewielki rozmiar i funkcje, które wciąż mają sens
Producent nie eksperymentował z konstrukcją. Koperta nadal ma 37 mm średnicy, zachowano charakterystyczną pięciorzędową bransoletę oraz wodoszczelność do 100 metrów. Do dyspozycji pozostają stoper, minutnik, alarm i czas światowy, wybierane za pomocą obracanego pierścienia.
W świecie, w którym wiele zegarków chce zastąpić telefon, takie podejście wydaje mi się odświeżające. Rotocall nie wyświetli powiadomień, nie zmierzy stresu ani jakości snu. Za to zrobi dokładnie to, czego oczekuje się od zegarka – pokaże czas i zrobi to w bardzo charakterystyczny sposób.
Nie bez powodu społeczność miłośników zegarków od miesięcy bardzo ciepło wypowiada się o tej reedycji. Wielu kolekcjonerów podkreśla, że obracany bezel jest znacznie wygodniejszy od klasycznego sterowania przyciskami, a sam model wyróżnia się na tle wszechobecnych Casio i G-Shocków.

Cena nie jest niska, ale płaci się za coś więcej
Srebrna wersja została wyceniona na 550 dolarów, czyli około 2 000 zł. Za złotą trzeba zapłacić 585 dolarów, czyli około 2 130 zł. Na razie zegarki pojawiły się na wybranych rynkach azjatyckich, a szersza dostępność spodziewana jest pod koniec lata.
To kwoty wyraźnie wyższe niż za większość klasycznych cyfrowych zegarków. Trudno jednak porównywać Rotocalla z prostym Casio za kilkaset złotych. Tutaj kupuje się przede wszystkim historię, nietypowy sposób obsługi i projekt, którego nie da się pomylić z niczym innym.
Mam wrażenie, że Seiko coraz odważniej przypomina światu, iż zanim smartwatche stały się codziennością, to właśnie ono wyznaczało kierunek rozwoju elektronicznych zegarków. Nowe wersje Rotocalla pokazują, że ta część historii marki wciąż ma potencjał – i wcale nie musi wyglądać jak muzealny eksponat.
