Dlatego Ninja Fireside360 trafia w bardzo konkretną potrzebę. To urządzenie łączy gazowe palenisko z promiennikiem ciepła, więc odpowiada na dylemat znany każdemu, kto próbował urządzić sensowny kącik wypoczynkowy na zewnątrz: wybrać klimat ognia czy praktyczne grzanie?
Drewno daje nastrój, ale daje też dym, popiół, iskry i kurtkę pachnącą ogniskiem jeszcze następnego dnia. Promiennik grzeje, ale często wygląda jak sprzęt pożyczony z ogródka restauracyjnego, która właśnie walczy o ostatnich gości w listopadzie.
Palenisko dla ludzi, którzy nie chcą sprzątać po ognisku
Fireside360 działa na propan i korzysta ze standardowej butli. Zamiast rozpalania, dokładania drewna i kombinowania, czy wiatr znów skieruje dym prosto w twarz najbardziej pechowej osoby przy stole, jest pokrętło i zapłon. Można uruchomić sam płomień, samo ogrzewanie albo oba tryby naraz. To brzmi jak drobiazg, ale w praktyce właśnie takie drobiazgi decydują o tym, czy sprzętu używa się kilka razy w sezonie, czy naprawdę staje się częścią codzienności.
W klasycznym palenisku sporo uroku bierze się z niedoskonałości. Trzask drewna, zapach, nierówny ogień – to wszystko ma swój ciężar. Tyle że na małym tarasie, w ogrodzie przy szeregowcu albo na patio blisko mebli ogrodowych romantyzm szybko kończy się tam, gdzie zaczyna się dym w oczach i popiół na poduszkach. Ninja wybiera wygodę. Płomień ma tworzyć atmosferę, ale bez całej logistyki, która zwykle krąży wokół ogniska jak nieproszony gość.
Ciepło dookoła, czyli koniec z najlepszym miejscem przy ogniu
Najmocniejszym argumentem Fireside360 jest ogrzewanie 360 stopni. Urządzenie ma oferować do 80 000 BTU mocy grzewczej i rozprowadzać ciepło wokół siebie, zamiast skupiać je w jednym kierunku. W założeniu nie ma więc miejsca uprzywilejowanego i tego gorszego, gdzie człowiek siedzi niby przy ogniu, ale nadal trzyma dłonie w rękawach bluzy.

To akurat rozumiem, bo wiele ogrodowych rozwiązań grzewczych dobrze wygląda na zdjęciach, a w realnym użyciu okazuje się ćwiczeniem z ustawiania krzeseł. Ktoś ma za gorąco, ktoś inny czuje tylko chłodny podmuch, a po kwadransie cała grupa przesuwa się po tarasie jak pionki na planszy. Pomysł Ninja jest prostszy: ciepło ma krążyć wokół urządzenia, a nie wymuszać choreografię wieczoru.
Nie oznacza to jednak, że mamy tu cudowny zamiennik porządnego ogniska. Gazowe palenisko będzie bardziej przewidywalne, czystsze i wygodniejsze, ale nie da tej samej intensywności ani zapachu drewna. Dla jednych to wada, dla innych błogosławieństwo. Ja jestem gdzieś pośrodku. Lubię prawdziwy ogień, ale jeszcze bardziej lubię nie prać bluzy po każdym wieczorze w ogrodzie.
Taras jako drugi salon, tylko z butlą w środku
Fireside360 waży około 18 kg i ma formę stojącej kolumny z ukrytą butlą. To ważne, bo wiele gazowych ogrzewaczy wygląda technicznie nawet wtedy, gdy producenci bardzo starają się dodać im elegancji. Tutaj całość bliżej ma do ogrodowego mebla niż do zaplecza gastronomii. Sterowanie schowano za drzwiczkami, płomień wychodzi przez dekoracyjne kamienie, a urządzenie można postawić na trawie, drewnie czy kamieniu.
W tej kategorii wygląd ma większe znaczenie, niż przyznajemy. Sprzęt ogrodowy nie stoi przecież w kotłowni. Stoi tam, gdzie siadamy z kawą, winem, książką albo rodziną. Jeżeli coś ma być stale widoczne na tarasie, nie może wyglądać jak kompromis kupiony w panice przed pierwszym chłodnym weekendem.
Oczywiście jest też druga strona. Urządzenie jest dość wysokie, więc przy bardzo niskich fotelach ciepło może być odczuwalne inaczej niż przy klasycznym, niskim palenisku. Do tego dochodzi zużycie propanu. Im częściej będziemy korzystać z pełnej mocy grzania, tym częściej trzeba będzie myśleć o wymianie butli. Wygoda nigdy nie przychodzi zupełnie za darmo, nawet jeśli nie zostawia popiołu.

Ninja Fireside360 kosztuje na rynku amerykańskim około 449-500 dolarów, czyli mniej więcej 1 670-1 860 zł. Wersja z pokrowcem bywa oferowana za około 560 dolarów, czyli około 2 080 zł. To nie jest mało, zwłaszcza jeśli porównamy urządzenie z prostym paleniskiem albo podstawowym ogrzewaczem tarasowym. Trzeba jednak pamiętać, że płaci się tu za połączenie dwóch funkcji oraz za wygodę użytkowania, a nie za sam płomień.
Taki sprzęt byłby ciekawą propozycją przede wszystkim dla osób, które mają taras lub ogród używany naprawdę często. Przy okazjonalnym grillu dwa razy w roku zakup będzie raczej fanaberią. Przy domu, w którym życie przenosi się na zewnątrz od kwietnia do października, a czasem i dłużej, kalkulacja wygląda inaczej. Wtedy taki gadżet przestaje być ozdobą, a zaczyna być sposobem na odzyskanie wielu wieczorów, które normalnie kończyłyby się tekstem: dobra, idziemy do środka, bo zimno.
