Focus Historia: Napisał pan książkę o swoim ojcu, który jako oficer SS ponosi odpowiedzialność za zbrodnie na Polakach i Żydach na terenach okupowanej Polski. Dla Polaków obraz nazistów jako zbrodniarzy nie jest niczym nowym. Ale w tym wypadku pokazuje pan także inne oblicze zbrodniarza – głowy rodziny i kochającego ojca. Czy te dwie niemal różne osoby da się ze sobą pogodzić?

Jens-Jürgen Ventzki: To jest pytanie, które towarzyszy mi przez całe życie. Tych dwóch ojców nie jestem w stanie złożyć w jedną postać. Właśnie to pęknięcie w osobowości człowieka, w tym wypadku mojego własnego ojca, zmusiło mnie do tego, by odrzucić pokusę przemilczania i bagatelizowania przeszłości – i postawienia pytania: w jaki sposób zwykli ludzie stają się mordercami? To była najważniejsza kwestia.

F.H.: Czy ta książka była dla pana czymś w rodzaju terapii?

J.J.V.: Można tak powiedzieć. Pisząc, jest się zmuszonym do tego, by intensywniej zająć się sprawami, które w innym wypadku można by od siebie odsunąć. Moja książka kończy się słowami Ernsta Blocha: „Pamięć wyłącznie o tym, co było, nie przynosi korzyści. Przydaje się tylko wtedy, gdy jednocześnie przypomina o tym, co pozostało do zrobienia”. Dla mnie oznacza to, że należy być wciąż czujnym na zagrożenia płynące z antysemityzmu, ksenofobii i nietolerancji. To nie jest puste gadanie. Ostatnio w Niemczech wyszło na jaw, że grupa neonazistów dokonała w ostatniej dekadzie przynajmniej 10 mordów, pozostając przez cały czas w ukryciu. Ponieważ ofiarami byli imigranci, podejrzewano, że to wynik wewnętrznych porachunków w jakichś subkulturach. 

To pokazuje, jak łatwo sięgamy po stereotypy, zamykając oczy na prawdziwe niebezpieczeństwa dla społeczeństwa demokratycznego.

F.H.: Pisząc książkę, prowadził pan prawdziwe dochodzenie w sprawie działalności pańskiego ojca. Co było największym zaskoczeniem? 

J.J.V.: W 1990 roku oglądałem wystawę poświęconą łódzkiemu gettu. I zobaczyłem na niej list skierowany do mojego ojca, w którym chodziło o ubrania Żydów zamordowanych w Chełmnie. To był dla mnie szok. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że mój ojciec wiedział, co się działo w Chełmnie, i że uczestnicząc w rozdzielaniu ubrań ofiar ludobójstwa, był jednym z trybów tej diabelskiej machiny. Kilka lat później pojechałem do archiwum federalnego w Ludwigsburgu. Przestudiowałem już wiele dokumentów i zdjęć z czasów działalności mojego ojca jako nazisty, więc nie miałem żadnych złudzeń. 

Ale tego, co tam zobaczyłem, mimo wszystko nie mogłem się spodziewać. Znalazłem tam zapisy z przesłuchań mojego ojca prowadzonych przez zachodnioniemiecką prokuraturę po 1945 roku. Można w nich przeczytać, że on, mój ojciec, „nic nie wiedział o masowym ludobójstwie dokonywanym na Żydach”, że „nie podlegało mu zarządzanie gettem” itd. To, że mój ojciec w ten sposób kłamał przed wymiarem sprawiedliwości, było dla mnie nie do pojęcia. Doskonale pamiętam, jak jako prawnik i urzędnik wpajał nam, dzieciom, „pruskie  cnoty”. 

F.H.: Hannah Arendt pisała w swej książce o Adolfie Eichmannie o „banalności zła”, czyli bezrefleksyjnym, pozbawionym emocji wykonywaniu zbrodniczych rozkazów przez ludzi zaangażowanych w biurokratyczną machinę zagłady. Z pańskiej książki wyłania się inny obraz: morderców oddających się swojej działalności z namiętnością i zaangażowaniem. 

J.J.V.: Długo dochodziłem do tego wniosku i był to bardzo bolesny proces. Sprawców, do których należał mój ojciec, charakteryzowała wola mordowania, prześladowania i poniżania ludzi. Na okupowanych zachodnich terenach Polski ich „kreatywność” była szczególnie duża. Mój ojciec należał do bliskich współpracowników gauleitera Arthura Greisera i był świetnie poinformowany o wszystkich jego planach. 

F.H.: Po skończeniu książki odczuł pan ulgę czy raczej uświadomił sobie, że pański dotychczasowy świat całkowicie się zawalił w wyniku konfrontacji z prawdą? 

J.J.V.: W języku niemieckim jest  takie wyrażenie: „chodzić wyprostowanym”, które oznacza umiejętność stawienia czoła prawdzie. To kierowało mną, kiedy zajmowałem się biografią ojca. Przez wiele lat nosiłem w sobie poczucie, że nie znam prawdy. W pewnym momencie nie chciałem już z tym żyć. Dlatego ta książka była jakimś wyzwoleniem, stało się dla mnie jasne, że muszę wziąć odpowiedzialność za ten „temat mojego życia”. 

F.H.: Miał pan czasem pokusę, by znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla swojego ojca?

J.J.V.: Nie było o tym mowy. Dokumenty mówią same za siebie. 

F.H.: To przypadek, że pański ojciec nie został po wojnie skazany na śmierć. Czy myśli pan, że wtedy pański stosunek do niego byłby inny?

J.J.V.: To niełatwe pytanie. Z pewnością mój stosunek musiałby być inny. Przede wszystkim dlatego, że nie doświadczyłbym w dzieciństwie jego ojcowskiej miłości. Sytuacja wyjściowa byłaby więc całkiem inna. To dotyczy obojga moich rodziców, którzy byli przekonanymi i wiernymi nazistami, którzy nigdy nie mieli wątpliwości, że ich postawa jest słuszna. Jednocześnie byli dobrymi rodzicami. Nie jestem w stanie sprowadzić tego do wspólnego mianownika. 

F.H.: Czy pańskie rodzeństwo i inni członkowie rodziny z uznaniem odnieśli się do pańskich ustaleń?