powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile
  • Nauka

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Styl życia

Ten brytyjski motocykl kosztuje fortunę, ale przypomina, że elektryfikacja nie musi być nudna

Elektryczne motocykle często wpadają w tę samą pułapkę: wyglądają albo jak sprzęt z katalogu startupu, albo jak pojazd zaprojektowany przez ludzi, którzy bardzo chcieli być nowocześni i trochę się w tym zapędzie pogubili. Dużo plastiku, dużo obietnic, ekran tu, aplikacja tam, a potem zostaje pytanie, czy ktoś naprawdę marzył o tym, żeby motocykl zamienił się w większą hulajnogę z ambicjami.

M
Monika Wojciechowska
1h temu·5 minut·
Ten brytyjski motocykl kosztuje fortunę, ale przypomina, że elektryfikacja nie musi być nudna

fot. Blacksheep Power

Chcesz czytać więcej treści jak „Ten brytyjski motocykl kosztuje fortunę, ale przypomina, że elektryfikacja nie musi być nudna"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google

Blacksheep One idzie w zupełnie inną stronę. To elektryczny motocykl z Wielkiej Brytanii, limitowany do 50 egzemplarzy, budowany na zamówienie i wyceniony na 29 000 funtów plus VAT, czyli około 145 000 zł przed podatkiem. Już sama cena ustawia rozmowę w odpowiednim miejscu. Nie rozmawiamy o rozsądnym środku transportu do pracy. Rozmawiamy o przedmiocie, który ma być trochę maszyną, trochę rzemiosłem i demonstracją możliwości. I przyznam, że choć mój rozsądek przewraca oczami, estetycznie jestem w stanie zrozumieć tę pokusę.

Elektryczny motocykl dla tych, którzy nie chcą kolejnego gładkiego gadżetu

Blacksheep One wygląda jak sprzęt dla kogoś, kto lubi widzieć, za co płaci. Dużo tu odsłoniętej techniki, metalu, frezowanych elementów i mechanicznej szczerości, której często brakuje we współczesnych elektrykach. Firma mówi o własnym silniku osiowym BilletFlux, opracowanym i wykonanym we własnym zakresie. W praktyce oznacza to kompaktową jednostkę, która ma dostarczać 35 kW, czyli 47 KM, oraz 700 Nm momentu obrotowego na kole. Prędkość maksymalna wynosi 130 km/h, a deklarowany zasięg w warunkach miejskich to około 160 km.

Nie są to liczby, przy których trzeba robić wielkie oczy. Na rynku da się znaleźć szybsze i mocniejsze elektryczne motocykle. Tyle że tutaj nie chodzi wyłącznie o tabelkę. One ma raczej trafić do ludzi, którzy kupują rzeczy z powodu detalu, sposobu wykonania i pewnej intymności procesu zamawiania. Każdy egzemplarz można personalizować: od koloru ramy, przez wykończenia i materiały, po grafikę na osłonie baterii, tapicerkę oraz ustawienia związane z ergonomią i geometrią.

fot. Blacksheep Power

Mam mieszane uczucia wobec słowa luksus, bo bywa doklejane do wszystkiego, co ma wysoką cenę i ładne zdjęcia. Tu jednak lepiej pasuje określenie niszowy kaprys dla osób, które lubią mieć wpływ na detal. Trochę jak z zegarkami mechanicznymi. Godzinę sprawdzimy szybciej w telefonie, ale nie o szybkość przecież chodzi.

Silnik osiowy – sedno jest proste

Silniki osiowe w pojazdach elektrycznych są ciekawe, bo pozwalają uzyskać wysoką gęstość mocy i momentu przy relatywnie zwartej konstrukcji. W Blacksheep One ten element został wręcz wystawiony na widok, jakby twórcy chcieli powiedzieć: patrzcie, tu jest centrum całej zabawy. I akurat to rozumiem. W motocyklu kontakt z maszyną jest bardziej bezpośredni niż w samochodzie. Kierowca czuje masę, reakcję manetki, hamowanie, geometrię. Jeśli elektryk ma mieć charakter, nie wystarczy mu tylko cicha jazda i mocny start spod świateł.

fot. Blacksheep Power

Bateria ma pojemność 6,2 kWh, a ładowanie od 10 do 80% trwa około 2 godzin dzięki pokładowej ładowarce 2 kW podłączanej do sieci 110-240 V. Pełne ładowanie ma zajmować około 3 godzin. Są też dwa tryby jazdy, Normal z funkcją cofania i kontrolą trakcji oraz Sport, do tego hamulce Brembo, regeneracja energii i podzespoły dobrane raczej z myślą o jakości niż o cięciu kosztów.

I tu pojawia się mój największy problem z takimi maszynami. Z jednej strony cieszy mnie, że elektryczna mobilność nie musi oznaczać bezpłciowego pojazdu z folderu o przyszłości miast. Z drugiej strony 160 km zasięgu i 130 km/h prędkości maksymalnej przy cenie około 145 000 zł netto brzmią jak oferta dla bardzo konkretnej grupy. Dla kogoś, kto nie kalkuluje zakupu w kategoriach: ile kilometrów dostaję za złotówkę.

fot. Blacksheep Power

Limit 50 sztuk zmienia całą rozmowę o cenie

Blacksheep One będzie dostępny tylko w 50 egzemplarzach. Rezerwacja miejsca produkcyjnego wymaga wpłaty 1000 funtów plus VAT, czyli około 5000 zł przed podatkiem. Później dochodzi płatność za etap budowy i finalne rozliczenie przed dostawą. Dostawy mają zależeć od numeru slotu i przypadać na 2026 rok.

Taka limitacja zawsze działa na wyobraźnię, ale też wygodnie odsuwa pytania o skalę. Przy 50 sztukach można pozwolić sobie na ręczne wykańczanie, dłuższe rozmowy z klientami, personalizację i tę aurę wyjątkowości, która w większej produkcji szybko zamienia się w logistyczny ból głowy. To trochę motocyklowy odpowiednik pracowni, w której kupuje się nie sam produkt, ale także dostęp do procesu.

fot. Blacksheep Power

Czy chciałabym, żeby takie podejście przebiło się szerzej? Tak, przynajmniej w warstwie myślenia o elektrycznych jednośladach. Bo przez lata zbyt często słyszeliśmy, że przyszłość transportu musi być gładka, przewidywalna i podporządkowana aplikacji. A motocykl, nawet elektryczny, nadal potrzebuje charakteru. Nie musi hałasować, żeby mieć osobowość. Może ją mieć w proporcjach, w reakcji na gaz, w jakości elementów, w sposobie prowadzenia.

Piękny absurd, który coś mówi o rynku

Blacksheep One nie zmieni masowego rynku motocykli elektrycznych. Nie obniży bariery wejścia, nie przekona przeciętnego kierowcy spalinowego nakeda i nie stanie się codziennym widokiem pod biurem. Za to pokazuje coś, czego w tej kategorii czasem brakuje: elektryczny napęd może być punktem wyjścia do budowania emocji, a nie ich wygaszania.

fot. Blacksheep Power

Patrzę na ten motocykl jak na piękny, drogi i trochę nierozsądny eksperyment. Nie jest praktyczną odpowiedzią na codzienne potrzeby większości użytkowników. Jest raczej dowodem, że w elektryfikacji zostaje miejsce na rzemiosło, manię detalu i osobisty gust. A to dla motocykli może być ważniejsze, niż kolejny ekran w kokpicie.

Nie będę udawała, że cena nie boli. 29 000 funtów plus VAT to poziom, na którym rozsądek może spokojnie wyjść z pokoju i zamknąć za sobą drzwi. Ale jeśli ktoś szuka limitowanej, ręcznie dopieszczonej maszyny z własnym silnikiem osiowym i brytyjskim podejściem do inżynierskiego uporu, Blacksheep One ma w sobie coś magnetycznego. Nawet jeśli większość z nas skończy najwyżej na oglądaniu zdjęć i lekkim westchnieniu.

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Chcesz czytać więcej treści jak „Ten brytyjski motocykl kosztuje fortunę, ale przypomina, że elektryfikacja nie musi być nudna"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google
Udostępnij
FacebookX