Są dziś modele, które wyglądają pięknie na zdjęciu, łączą się przez Bluetooth, mają wbudowane głośniki i obiecują analogową przyjemność w pięć minut po wyjęciu z pudełka. Czasem jednak ta przyjemność kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się pierwsza dobrze nagrana płyta. Dźwięk okazuje się płaski, plastikowy, a cały rytuał słuchania przypomina raczej korzystanie z designerskiego gadżetu niż spotkanie z muzyką.
Fluance RT87 idzie w zupełnie inną stronę. Nowy gramofon kanadyjskiej marki kosztuje 800 dolarów, czyli około 3000 zł, i już na pierwszy rzut oka zdradza, że nie powstał po to, by ładnie wyglądać obok plakatu Davida Bowiego. Ma wyglądać poważnie, działać precyzyjnie i dać właścicielowi poczucie, że kupił sprzęt na dłużej niż do kolejnej zmiany wystroju salonu.
Coraz mniej nostalgii, coraz więcej mechaniki
Fluance przez lata budował pozycję marki, która rozsądnie balansuje między ceną a jakością. Nie jest to firma z kategorii hi-fi dla ludzi, którzy rozmawiają o kablach z miną kardiochirurga, ale też nie sprzedaje gramofonów skrojonych pod szybkie filmiki w mediach społecznościowych. RT87 ma być jej najbardziej zaawansowanym modelem i trudno oprzeć się wrażeniu, że producent postanowił wreszcie wejść do ligi sprzętu traktowanego serio.

Najważniejszym elementem konstrukcji jest układ dual plinth, czyli dwie oddzielone od siebie podstawy. Silnik pracuje na dolnej części, a talerz, ramię i wkładka znajdują się wyżej, odizolowane od drgań. W praktyce chodzi o rzecz bardzo mało romantyczną, ale dla gramofonu kluczową: żeby igła czytała rowek płyty, a nie drgania silnika, podłogi, mebla czy przypadkowo przechodzącego psa.
W świecie winylu jest coś zabawnego w tym, że za dobrą muzykę odpowiada tu cała lista rzeczy, o których przeciętny człowiek nie chce myśleć po pracy. Masa talerza, rezonans ramienia, ustawienie wkładki, prędkość obrotów. Fluance RT87 nie próbuje tego ukrywać. Przeciwnie – daje sygnał, że skoro już wracamy do fizycznego nośnika, warto potraktować fizykę z odrobiną szacunku.
Gramofon dla osób, które nie chcą kupować wszystkiego drugi raz
RT87 dostał 22-milimetrowy akrylowy talerz ważący około 1,85 kg. To rozwiązanie ma zwiększać stabilność obrotów i ograniczać niepożądane rezonanse. Do tego dochodzi dziewięciocalowe ramię z włókna węglowego, regulacja VTA, czyli wysokości ramienia względem płyty, a także możliwość odtwarzania krążków przy 33 1/3, 45 i 78 obrotach na minutę.

Brzmi technicznie, ale przekłada się na coś bardzo konkretnego. Ten gramofon można rozwijać. Można zmienić wkładkę, lepiej dopasować jej ustawienie, pobawić się w dalsze ulepszenia systemu. I właśnie tu Fluance odcina się od urządzeń, które po kilku miesiącach stają się zamkniętym pudełkiem bez perspektyw.
Producent oferuje dwie wersje wkładki. Pierwsza to Audio-Technica AT-VM95ML z igłą MicroLine, kierowana do osób szukających większej ilości detali i dokładniejszego odczytu rowka. Druga – Ortofon 2M Blue, dobrze znana miłośnikom winylu wkładka o bardziej zrównoważonym, muzykalnym charakterze. Cena pozostaje taka sama, więc wybór ma dotyczyć gustu, a nie portfela. To akurat bardzo rozsądne podejście, bo w audio zaskakująco często płaci się za możliwość dokonania wyboru, który i tak trzeba później samodzielnie uzasadniać.
Bluetooth nie zawsze jest oznaką postępu
Fluance RT87 nie ma Bluetootha, portu USB ani wbudowanego przedwzmacniacza phono. Dla części osób będzie to wada. I uczciwie – jeżeli ktoś chce postawić gramofon na komodzie, podłączyć go do aktywnego głośnika i od razu puścić Fleetwood Mac podczas gotowania makaronu, są na rynku wygodniejsze opcje.

Tutaj trzeba mieć wzmacniacz z wejściem phono albo osobny przedwzmacniacz. Trzeba też liczyć się z tym, że 3000 zł za sam gramofon nie zamyka wydatków. Potrzebne będą jeszcze kolumny, wzmacniacz lub aktywne głośniki i odpowiednie okablowanie. Winyl ma tę drobną przypadłość, że potrafi być wejściem do świata, w którym każde kolejne ulepszenie wydaje się całkiem rozsądne. Aż do momentu, gdy człowiek orientuje się, że właśnie czyta w internecie o różnicach między matami korkowymi a skórzanymi.
Mimo wszystko rozumiem decyzję Fluance. Wbudowany przedwzmacniacz i Bluetooth bywają wygodne, ale w sprzęcie tej klasy mogą bardziej ograniczać niż pomagać. RT87 ma być centralnym elementem systemu, a nie urządzeniem, które próbuje zastąpić cały system kilkoma dodatkami.
Winyl dojrzewa razem z ludźmi, którzy go kupują
Mam wrażenie, że rynek płyt winylowych właśnie przechodzi ciekawą zmianę. Pierwsza fala powrotu była mocno estetyczna. Kupowaliśmy wydania kolorowe, limitowane, tłoczone na przezroczystym krążku, najlepiej z numerowanym certyfikatem i naklejką sugerującą, że za dziesięć lat będzie to skarb. Dziś coraz więcej osób zaczyna pytać, jak tego wszystkiego słuchać lepiej.

To nie znaczy, że winyl przestanie być pięknym przedmiotem. Całe szczęście. Płyta nadal ma okładkę, ciężar, zapach drukowanej książeczki i ten przyjemny moment, gdy trzeba odłożyć telefon, wyjąć krążek z koperty i świadomie wybrać album. Ale coraz częściej za tą ceremonią idzie też chęć usłyszenia czegoś więcej niż trzasków i ciepłego mitu o analogu.
Fluance RT87 dobrze wpisuje się w tę zmianę. Nie jest gramofonem dla każdego, bo nie jest też sprzętem dla osoby, która chce mieć winylową dekorację pod ręką. To propozycja dla tych, którzy doszli do wniosku, że skoro album kosztuje dziś często 150 albo 200 zł, warto mieć urządzenie, które potraktuje go z należytą starannością.
I chyba właśnie dlatego ten gramofon ma sens. Daje porządny punkt wejścia do słuchania, które wymaga od człowieka odrobiny uwagi, ale potrafi ją bardzo przyjemnie wynagrodzić.
