Z wyglądu jest surowy, niski i niemal całkowicie czarny. Sprawia wrażenie, jakby właściciel przez kilka zimowych wieczorów usuwał z motocykla wszystko, co zbędne. Tyle że właściciela zastąpiła fabryka, a pod klasyczną sylwetką znalazło się całkiem pokaźne zaplecze współczesnej elektroniki. Retro znów zostało więc starannie wyreżyserowane, ale tym razem efekt naprawdę przekonuje.
Mniej chromu, więcej Black Hills
Nazwa Deadwood nawiązuje do miasta w Dakocie Południowej, położonego niedaleko Sturgis i słynnych terenów Black Hills. Harley chętnie sięga tu do powojennej kultury amerykańskich motocyklistów, którzy zdejmowali ze swoich maszyn zbędne elementy, upraszczali konstrukcję i ruszali w drogę. Ważnym punktem odniesienia stał się zlot Black Hills Motor Classic z 1947 roku, na którym pojawiło się ponad 400 motocyklistów.
Deadwood korzysta z tej estetyki bardzo konsekwentnie. Zbiornik i błotniki pokryto matowym lakierem Denim Black, przełamanym pomarańczowym oznaczeniem marki. Czarne są również obręcze szprychowych kół, układ wydechowy, przednie zawieszenie, osłony silnika oraz niewielka, przyciemniona szyba. Chromu pozostawiono niewiele, głównie w miejscach podkreślających konstrukcję widlastego silnika.

Mam wrażenie, że wiele limitowanych i specjalnych motocykli powstaje dziś według prostego przepisu: zwykły model, nowy kolor, efektowna nazwa i odpowiednio wyższa cena. Deadwood także korzysta ze znanych podzespołów, ale jego stylizacja jest na tyle spójna, że nie wygląda jak ćwiczenie działu marketingu z obsługi czarnej farby.
Sylwetka z dawnych lat, zawieszenie z teraźniejszości
Jednoosobowe siedzenie z podłużnymi przeszyciami i odsłonięty tylny błotnik mocno wpływają na charakter motocykla. Brak kufrów oraz skrócony tylny amortyzator sprawiają, że konstrukcja przypomina stare hardtaile, w których tylne koło było połączone z ramą bez zawieszenia. Tutaj pod klasyczną formą ukryto jednak współczesny monoshock z regulacją napięcia wstępnego. Kręgosłup kierowcy może więc odetchnąć, przynajmniej dopóki asfalt zachowuje podstawową przyzwoitość.

Siedzenie znajduje się na wysokości około 65 cm, dzięki czemu postawienie obu stóp na ziemi nie powinno być trudne dla niższych osób. Sama maszyna waży jednak około 311 kg w stanie gotowym do jazdy. Warto o tym pamiętać, zanim niski profil zostanie pomylony z lekkością. Deadwood wygląda smukło, ale przy manewrowaniu na parkingu nadal pozostaje dużym amerykańskim cruiserem.
Ten ciężar ma zresztą znaczenie dla całego doświadczenia. Harley nie buduje motocykli, które mają znikać pod kierowcą niczym lekkie enduro. Masa, długi rozstaw osi i nisko położone siedzenie tworzą poczucie stabilności. Deadwood wydaje się maszyną do płynnego pokonywania kolejnych kilometrów, choć wizualnie chętnie sugeruje, że właśnie wrócił z nocnej awantury w przydrożnym barze.

Prawie dwa litry pojemności i moment obrotowy od samego dołu
Za napęd odpowiada silnik Milwaukee-Eight 117 Classic o pojemności 1923 cm3. Rozwija 98 KM oraz około 163 Nm momentu obrotowego dostępnego przy 2500 obr./min. Moc trafia na tylne koło przez sześciobiegową skrzynię, a za dźwięk i wygląd odpowiada układ wydechowy 2 w 1. Zbiornik mieści niespełna 19 litrów paliwa.
98 KM może wyglądać skromnie w świecie motocykli, które bez wysiłku przekraczają dwukrotność tej wartości. Deadwood nie powstał jednak do ścigania się na wykresy. Kluczowy jest moment obrotowy dostępny bardzo nisko, pozwalający przyspieszać bez ciągłego mieszania biegami. Tutaj liczy się mocne pociągnięcie po otwarciu przepustnicy, pulsowanie dużego V-twina i poczucie, że motocykl ma więcej siły, niż rzeczywiście potrzebujemy podczas codziennej jazdy. To akurat w Harleyu uznaję za część uroku.

Technologia pozostaje w tle
Klasyczny wygląd nie oznacza rezygnacji z systemów bezpieczeństwa. Deadwood otrzymał tryby jazdy Road, Sport i Rain, tempomat, kontrolę trakcji, układ zapobiegający poślizgowi tylnego koła podczas gwałtownej redukcji, monitorowanie ciśnienia w oponach oraz ABS uwzględniający złożenie motocykla w zakręcie.
Informacje są prezentowane na pięciocalowym, okrągłym zestawie wskaźników, który łączy analogowy prędkościomierz z niewielkim ekranem LCD. Oświetlenie wykonano w technologii LED, łącznie z dużym przednim reflektorem i dodatkowymi lampami. Całość wygląda klasycznie, choć kierowca dostaje udogodnienia, których motocykliści z 1947 roku raczej nie mogliby sobie wyobrazić.

Bardziej przekonuje mnie takie podejście do retro niż sztuczne ograniczanie funkcjonalności. Dawny styl może przecież współistnieć z elektroniką, która pomaga na mokrej nawierzchni albo podczas awaryjnego hamowania. Kierowca nie musi widzieć każdego czujnika, żeby docenić jego obecność w odpowiedniej chwili.
Cena? Jest nieźle
Harley-Davidson Deadwood kosztuje w Stanach Zjednoczonych od 17 999 dolarów, czyli około 67 900 zł. To cena przed lokalnymi opłatami, podatkami oraz ewentualnymi kosztami sprowadzenia. Model został przygotowany wyłącznie na rynek amerykański, więc europejscy klienci na razie muszą zadowolić się zdjęciami albo rozpocząć znacznie droższą przygodę z indywidualnym importem.

Deadwood trafia w moment, gdy coraz więcej osób ma dość produktów przeładowanych funkcjami i stylistycznymi fajerwerkami. Jego prostota również została dokładnie zaprojektowana, przeliczona i wyposażona w elektroniczne wsparcie. Mimo to efekt ma w sobie sporo autentycznego uroku. Harley stworzył motocykl, który pozwala wyglądać jak samotny jeździec z Black Hills, nie zmuszając przy tym do rezygnacji z ABS-u, tempomatu i działającego tylnego zawieszenia.
