Dlatego nowa propozycja Land Rover Classic jest tak interesująca. Brytyjczycy przywracają do oferty klasycznego Defendera 110 Double Cab Pick-Up, czyli czterodrzwiowego pick-upa z pięcioma miejscami w kabinie i otwartą paką. W teorii – samochód dla człowieka, który musi przewieźć narzędzia, sprzęt albo pół ogrodu. W praktyce – bardzo drogie marzenie o tym, że kiedyś może się to wszystko wydarzy.
Bo współczesny rynek aut klasycznych coraz rzadziej sprzedaje same samochody. Sprzedaje wyobrażenie o życiu, w którym można nagle skręcić z drogi, otworzyć bramę na końcu świata i nie martwić się o to, czy parking ma kostkę brukową, czy tylko dwa koleiny po traktorze.
Pick-up, który nie musi już nikomu niczego udowadniać
Defender 110 Double Cab Pick-Up miał sens wtedy, gdy był po prostu jednym z narzędzi pracy. Mógł obsługiwać gospodarstwo, budowę, ekipę techniczną, park narodowy albo posiadłość, której właściciel naprawdę wiedział, do czego służy wyciągarka. Dziś wraca w zupełnie innym świecie – takim, w którym samochód terenowy częściej transportuje deskę surfingową na zdjęcie niż cement na budowę.

Trudno jednak odmówić temu nadwoziu uroku. Klasyczny Defender w wersji double cab wygląda lepiej niż większość współczesnych pick-upów, bo nie został zaprojektowany po to, by na każdym zdjęciu sprawiać wrażenie agresywnego. Jest pudełkowaty, trochę toporny i całkowicie bezczelny w swojej prostocie. Ma kabinę, pakę, wielkie koła i sylwetkę, która wygląda tak, jakby ktoś narysował ją linijką podczas przerwy na herbatę.
W dzisiejszych czasach, gdy część aut terenowych przypomina luksusowe apartamenty na podwyższonym zawieszeniu, Defender nadal ma w sobie coś z warsztatu. Tyle że ten warsztat został właśnie wyposażony w skórzaną tapicerkę Bridge of Weir, 9-calowy ekran i lakier, który pod światło zmienia odcień z zielonego na fioletowy i złoty.
Błoto na pokaz i lakier za cenę małego mieszkania
Land Rover pokazał cztery dopasowane do siebie Classic Defendery V8, stworzone dla jednego klienta. Wśród nich znalazł się nowy Double Cab Pick-Up, obok krótszego Defendera 90, wersji Soft Top i klasycznego 110 Station Wagon. Wszystkie otrzymały lakier Spectral Green, który w zależności od kąta i światła przechodzi między zielenią, fioletem oraz złotem.

I tu pojawia się ten moment, w którym klasyczny Defender zaczyna przypominać nieco zbyt dobrze ubranego gościa na grillu. Z jednej strony zachwyca, bo trudno przejść obok niego obojętnie. Z drugiej – człowiek odruchowo zastanawia się, czy wypada wrzucić na pakę mokre drewno, skoro nawet felgi, emblematy i elementy deski rozdzielczej dostały ten sam efektowny kolor.
Każdy z samochodów spędza blisko 400 godzin w zakładzie lakierniczym Land Rover Classic. To liczba, która dobrze pokazuje, gdzie dziś kończy się renowacja, a zaczyna produkcja luksusowego obiektu kolekcjonerskiego.
Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś chce mieć samochód bardziej dopracowany niż własny salon. W końcu klasyczne auta zawsze były trochę emocjonalnym zakupem. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy terenówka dostaje tak dużo perfekcji, że jej największym zagrożeniem przestaje być głęboka kałuża, a stacja benzynowa z automatyczną myjnią.
Stary Defender, nowe mięśnie
Pod efektowną karoserią kryje się jednak coś więcej niż designerska fantazja. Land Rover Classic bierze oryginalne Defendery z lat 2012-2016, rozbiera je, odnawia i modernizuje według specyfikacji klienta. Każdy otrzymuje 5-litrowy silnik V8 o mocy 405 KM i 515 Nm momentu obrotowego, współpracujący z ośmiobiegowym automatem ZF. Do tego dochodzą poprawione hamulce, zawieszenie i elementy układu jezdnego.

To zestawienie ma swój urok. Na zewnątrz – samochód, którego forma pamięta czasy, gdy wnętrze auta terenowego pachniało gumą, mokrą kurtką i paliwem. Pod spodem – jednostka napędowa zdolna wywołać lekkie zdziwienie u kierowcy współczesnego SUV-a. Defender nadal prowadzi się jak Defender, więc nie będzie nagle sportowym crossoverem z trybem dynamicznym. I całe szczęście.
Niektórych samochodów nie należy wygładzać do końca. Ich charakter siedzi właśnie w tych drobnych niedoskonałościach: pionowej szybie, kanciastej kabinie, pozycji za kierownicą, która bardziej przypomina dowodzenie małą łodzią niż prowadzenie auta osobowego. Gdyby Defender zaczął jeździć jak Range Rover, straciłby połowę swojej prawdy.
Ekran w klasyku ma sens
Nowością jest też zintegrowany, 9-calowy ekran multimedialny z bezprzewodowym Apple CarPlay i Android Auto. I akurat ten element rozumiem wyjątkowo dobrze. Można romantyzować stare auta do upadłego, ale kiedy po trzech godzinach jazdy trzeba znaleźć stację benzynową, nocleg albo właściwy zjazd z autostrady, człowiek szybko przypomina sobie, że papierowa mapa nie zawsze buduje klimat.

Land Rover Classic podszedł do tego rozsądnie. Ekran jest wyraźnie większy niż fabryczne rozwiązania z końcówki życia starego Defendera, ale nie wygląda jak tablet przyklejony do deski rozdzielczej przez właściciela po obejrzeniu pięciu filmów na YouTube.
Tutaj technologia ma służyć podróży, a nie robić z klasyka cyfrowego eksperymentu.
Problemem jest cena
Cena oczywiście nie jest dla ludzi, którzy szukają auta do przewiezienia worków z ziemią. Klasyczny Defender V8 w wersji 90 startuje od 190 tysięcy funtów, czyli około 950 tysięcy zł. Defender 110 kosztuje więcej, a wersja Double Cab Pick-Up będzie wyceniana indywidualnie.

Za te pieniądze można kupić bardzo wiele nowych samochodów, bardzo dużo działki i prawdopodobnie także mały ciągnik, który wykona większość prac bardziej skutecznie. Ale nie o skuteczność tu chodzi. Defender Classic V8 jest produktem dla osób, które chcą mieć samochód będący jednocześnie pamiątką po dawnym świecie, luksusowym gadżetem i przepustką do opowieści o życiu bliżej natury.
Nie każdy właściciel pojedzie nim do lasu. Nie każdy wrzuci na pakę brudne narzędzia. Część z tych aut zobaczy błoto głównie na ekranie telefonu, gdy właściciel będzie wybierał trasę na weekendowy wyjazd. Mimo to trudno patrzeć na tego Defendera wyłącznie cynicznie.
