Dlatego powrót małego aparatu natychmiastowego nie jest tylko nostalgiczną zabawką dla osób, które lubią retro. Polaroid Go Generation 3 trafia w moment, w którym wielu z nas ma już dość perfekcyjnych, poprawianych, filtrowanych zdjęć, a jednocześnie nadal chce robić coś z pamięcią. Najlepiej coś, co można włożyć do portfela, przykleić na lodówkę albo wsunąć pod przezroczyste etui telefonu.
Aparat wielkości dłoni i zdjęcie, którego nie da się poprawić
Polaroid Go Generation 3 to trzecia generacja najmniejszego aparatu natychmiastowego marki. Korzysta z filmu Polaroid Go, czyli mniejszego formatu niż klasyczne wkłady, i drukuje zdjęcia, które faktycznie mieszczą się w kieszeni czy etui telefonu. Nowości są proste: lusterko do selfie, samowyzwalacz, mocniejsza lampa błyskowa, tryb podwójnej ekspozycji i odświeżona optyka. Do wyboru jest pięć kolorów: czarny, biały, jasnoniebieski, fioletowy i turkusowy.
W polskiej dystrybucji aparat pojawia się za 399 zł, ale zestawy z filmem są droższe. Nie jest to więc najtańszy sposób robienia zdjęć, zwłaszcza że wkłady z filmem szybko przypominają, że analogowa zabawa ma cenę. I właśnie tu zaczyna się cały urok oraz cały kłopot.

Smartfon daje setki prób. Polaroid daje jedną. Można się pomylić, ktoś może mrugnąć, światło może zagrać po swojemu, a kadr wyjść trochę krzywo. Tyle że w czasach, gdy każde zdjęcie można poprawić do stanu gładkiej nudy, taka niedoskonałość nagle wygląda podejrzanie świeżo. Nie zawsze ładniej, ale prawdziwiej. A przynajmniej bardziej osobno.
Pokolenie Z i zmęczenie ekranem
Nowy Polaroid jest wyraźnie projektowany z myślą o młodszych użytkownikach. Kolory, mały format, selfie mirror, zdjęcia mieszczące się w etui telefonu – wszystko tu pasuje do estetyki festiwalu, wakacji, pokoju w akademiku i spotkań, na których ktoś chce mieć pamiątkę inną niż kolejny plik w chmurze. Można się z tego podśmiechiwać, bo retro od dawna bywa sprzedawane jak przyprawa do wszystkiego. Wystarczy dodać pastel, analogowy sznyt i obietnicę autentyczności.

Ale trudno mi zupełnie lekceważyć tę potrzebę. Gdy zdjęcia robią się same, przestają wymagać decyzji. Aparat natychmiastowy przywraca drobny rytuał: trzeba wyjąć sprzęt, wybrać kadr, nacisnąć spust, poczekać. Nie chodzi o wielką sztukę. Raczej o moment, w którym obraz odzyskuje ciężar. Mały, papierowy, trochę kapryśny, ale jednak ciężar.
Mały aparat jako odtrutka na nadmiar zdjęć
Nie sądzę, żeby Polaroid Go Generation 3 zastąpił komukolwiek telefon. Byłoby to zresztą męczące i drogie. Bardziej widzę go jako sprzęt na konkretne okazje: wyjazd ze znajomymi, urodziny, wakacyjny weekend, koncert, wieczór panieński, pierwszą podróż po dłuższej przerwie. Tam, gdzie zdjęcie ma być pamiątką, a nie tylko kolejnym dowodem, że coś się wydarzyło.

W tym aparacie podoba mi się ta mała niepraktyczność. Trzeba kupić film, nosić osobne urządzenie, pogodzić się z ograniczeniami. W zamian dostaje się rzecz fizyczną. Niewielką, podatną na zagięcia, może nawet trochę kiczowatą. Ale kiedy po kilku latach znajdzie się takie zdjęcie w książce albo pudełku, działa inaczej niż plik wyszukany po dacie w telefonie.
