OlloBot szykuje pokaz w Ameryce Północnej, podczas którego zaprezentuje pluszowe kolekcjonerskie wersje OlloNi oraz prototyp nowego modelu OlloNi SS1. Ten ma później trafić na Kickstartera, gdzie w sierpniu rozpocznie się globalna kampania crowdfundingowa. Na razie nie znamy pełnej ceny ani ostatecznych szczegółów premiery komercyjnej, więc warto trzymać emocje na smyczy. W świecie sprzętów z finansowania społecznościowego obietnice potrafią wyglądać znacznie lepiej niż gotowy produkt.
Czy to tylko domowy robot?
OlloNi wyróżnia się tym, że nie idzie w stronę humanoidalnego asystenta, który ma podawać herbatę, składać pranie i wyglądać jak mechaniczny kuzyn człowieka. To raczej futrzany, mobilny obiekt z ekranami, ekspresją i zachowaniami zaprojektowanymi tak, by budzić reakcję emocjonalną. Ma rozpoznawać domowe rytuały, reagować na głos, ruch i kontekst, a z czasem rozwijać własną osobowość zależną od interakcji z domownikami.
Brzmi to jak Tamagotchi po wielu latach karmienia danymi i dopięcia do współczesnej sztucznej inteligencji. Różnica polega na tym, że dawny cyfrowy zwierzak mieszkał w kieszeni, a OlloNi ma zająć fizyczne miejsce w mieszkaniu. Ma patrzeć, reagować, podjeżdżać, witać, wyświetlać emocje i w założeniu tworzyć poczucie obecności. To mały, miękki sygnał większej zmiany: technologia coraz częściej przestaje zadowalać się rolą narzędzia. Chce wejść w przestrzeń relacji.

Słodki gadżet czy odpowiedź na bardzo realny brak?
W materiałach OlloBot mocno wybrzmiewa motyw samotności i potrzeby towarzystwa. Można to oczywiście uznać za marketingowe opakowanie, ale trudno udawać, że problem nie istnieje. Coraz więcej osób mieszka samotnie, pracuje zdalnie, rzadziej spontanicznie spotyka innych ludzi i częściej spędza dzień w otoczeniu ekranów. W takim świecie urządzenie, które nie tylko odpowiada na komendę, lecz także daje wrażenie cichej obecności, zaczyna być zrozumiałe.
Nie znaczy to, że cyber-pupil zastąpi psa, kota, przyjaciela czy rodzinę. I bardzo dobrze, bo byłaby to dość ponura wizja. Bardziej przekonuje mnie myśl, że takie roboty mogą działać jak emocjonalny bufor dla osób, które nie mogą mieć zwierzęcia, często są poza domem, mają alergię, małe mieszkanie albo po prostu lubią technologię z odrobiną charakteru. Dla jednych będzie to zabawka, dla innych ciekawy eksperyment, a dla części ludzi – drobny sposób na oswojenie pustego mieszkania.
Urok miękkiego robota ma też swoją cenę
Przy takich produktach łatwo wpaść w zachwyt nad samą formą. Futro, okrągłe kształty, spojrzenie z ekranu, reakcja na dotyk – to wszystko zostało stworzone po to, by człowiek szybko dopisał urządzeniu intencje. Nasz mózg jest w tym wyjątkowo chętny. Wystarczy para oczu i kilka dobrze zsynchronizowanych ruchów, by kawałek elektroniki zaczął wydawać się bardziej żywy, niż jest naprawdę.
I tu pojawia się moja ostrożność. Im bardziej urządzenie wchodzi w emocje, tym ważniejsze stają się prywatność, bezpieczeństwo danych i uczciwe komunikowanie możliwości. OlloBot pisze o priorytecie prywatności i emocjonalnego bezpieczeństwa, ale dopiero gotowy produkt pokaże, co to oznacza w praktyce. Jeżeli robot ma obserwować dom, rozpoznawać kontekst, uczyć się zwyczajów i reagować na nastroje, pytanie o dane nie jest dodatkiem dla nadgorliwych. Jest jednym z najważniejszych pytań.
Warto też pamiętać, że OlloNi SS1 ma zostać pokazany jako prototyp, a Kickstarter bywa piękną witryną dla projektów, które później dojrzewają długo i nie zawsze w takim kształcie, jaki obiecywano.

Cyber-pupil trafia w modę na technologię, która udaje ciepło
OlloNi dobrze pokazuje szerszy trend. Po latach rozmów z asystentami głosowymi, chatbotami i aplikacjami coraz częściej pojawia się potrzeba, by AI miała ciało. Nawet bardzo proste. Nie musi być człowiekiem, nie musi mieć rąk ani nóg. Wystarczy, że zajmuje miejsce w pokoju i reaguje w sposób bardziej miękki niż ekran telefonu. To dlatego roboty towarzyszące, biurkowe cyfrowe zwierzaki i emocjonalne gadżety wracają w różnych formach.
Trochę mnie to bawi, bo jeszcze niedawno zachwycaliśmy się minimalizmem inteligentnego domu: wszystko miało znikać w aplikacji, działać po cichu i nie zajmować przestrzeni. Teraz znów chcemy, żeby technologia była widoczna, miała fakturę, wyraz twarzy i własny rytm. Po okresie sterylnych czarnych pudełek wraca tęsknota za przedmiotami, które wydają się mniej obce.
OlloNi może okazać się sympatycznym gadżetem dla fanów robotyki, rodziców szukających nietypowej zabawki albo osób, które lubią eksperymentować z nowymi formami AI w domu. Może też skończyć jako kolejny efektowny projekt z targów, który dobrze wygląda na nagraniach, lecz w codziennym użyciu traci połowę magii. Na razie uczciwie wypada zostawić oba scenariusze na stole.
Najbardziej interesuje mnie jednak sam kierunek. Cyber-pupil mówi sporo o tym, czego zaczynamy oczekiwać od technologii. Już nie wystarcza nam, że urządzenie odpowie szybko i poprawnie. Coraz częściej chcemy, by było mniej zimne, mniej transakcyjne, mniej podobne do formularza z głosem. To pragnienie jest jednocześnie zrozumiałe i trochę niepokojące.
