Ogólnie kiedy myślimy o innowacjach, to niekoniecznie od razu pomyślimy o zegarkach, chociaż każdego dnia dzięki nim kontrolujemy czas. Design nie może być zbyt odważny, żeby nie zatraciła się jego najważniejsza funkcja, w końcu czym by był zegar, który nie potrafi oznajmić godziny?
Co by było, gdyby wszystko zaczęło przenikać przez granicę rzeczywistości i wyobraźni. Ten zegar to ilustruje
Zazwyczaj jest to czas umieszczony na okrągłej tarczy, na niej zaś dobrze znane wskazówki – bardzo trafna nazwa – pomagają ludziom określić ich położenie w czasoprzestrzeni. Chyba że są elektryczne, wtedy jest trochę więcej miejsca dla wyobraźni i to też uczynił projektant Ross McBride, który zaprezentował zegar jakby żywcem z backroomsów.

The Sinking Clock, czyli Tonący zegar, bawi się formułą na granicy przydatności. Artysta dosłownie zmierzył się z zadaniem odebrania pospolitemu wyświetlaczowi z czasem, tak wiele informacji, jak tylko pozwala na to zachowanie funkcjonalności. W efekcie udało mu się prawdopodobnie dotrzeć do granicy możliwości takiego pomysłu.
Nie ważne, na jakiej powierzchni będzie stać, zawsze wygląda jakby się w nią zatapiał. Efekt ten jest łudząco realistyczny, bowiem projektant wyobraził go sobie w pełni przestrzennej formie, jakby to zdarzenie miało naprawdę miejsce. Dzięki temu sześcienna konstrukcja nie prezentuje się jako prosta imitacja tonącego obiektu, tylko jakby naprawdę zegar się zapadał pod powierzchnię.

A można to było bardzo łatwo zepsuć, w końcu wystarczyłoby, żeby lewa strona została równo ścięta pod kątem i efekt jest gotowy. To by jednak nie pobudzało żadnych zmysłów, tylko wprost pokazywało, no, jest przechylony, co zrobić?
W projekcie McBride, ważna jest również atmosfera, która przenika widza. Odczytując czas z tego zegara, dosłownie chce się to uczynić jak najszybciej, bo nie wiadomo jak długo jeszcze będzie dane to w ogóle uczynić. Już teraz widać, jak pod własnym ciężarem The Sinking Clock coraz bardziej się zanurza. Widać wręcz jak jego własny ciężar zaczyna przechylać obiekt do tyłu, prowadząc nieustannie do jego zguby, której się nie da uniknąć.
Na szczęście to wciąż “tylko” zegar obecny w naszej rzeczywistości
Szczęśliwie to tylko iluzja kreowana przez dobrze zaprojektowane urządzenie. Dopóki nie trafi do innej rzeczywistości, to walczy jedynie z czasem zużycia materiału, nie uniknięciem utonięcia. Na powierzchni jest to wciąż w pełni funkcjonalny zegar, który dostarcza istotne funkcje.

Przede wszystkim podziw wzbudza wyczucie granicy poprawnego działania. Tonący zegar nie jest ciekawą rzeźbą – działa. Artysta użył skali 12 godzin, dzięki czemu największym z wyzwań było w zasadzie stworzenie takiego wyświetlacza, który umożliwi łatwe rozróżnienie liczb 2, 3, 8 i 9. Gdyby ta grupa miała za bardzo zasłoniętą lewą stronę, byłoby bardzo trudno jednym rzutem oka zrozumieć, na co się patrzy.
Cena i dostępność
Twórca przygotował do zakupienia dwie edycje: podstawową oraz kolekcjonerską. Różnice są między nimi w dodatkowych funkcjach oraz oczywiście cenie. Łączy je także fakt, że każdy egzemplarz jest przygotowywany ręcznie i dopiero jak wpłynie zamówienie.
Czytaj też: Ten zegarek pokazuje godzinę jak żaden inny. Cena jest równie nieprawdopodobna
Wspólna jest także ich estetyka, która odmieni każdą przestrzeń, w której się użytkownicy zdecydują ją postawić. W sypialni nada szafce nocnej wręcz wymiaru piedestału prosto z muzeum, a w biurze wtopi się w otoczenie, jednocześnie dając coś zdradzającego charakter właściciela nastawionego na rzeczy nieoczywiste.

Podstawowy model ogranicza się do pokazywania godziny i kosztuje 500 dolarów. Wariant kolekcjonerski jest numerowany i będzie jedynie 100 takich egzemplarzy, na jego wysyłkę trzeba poczekać dłużej, ze względu na dodatkowe funkcje. Poza pokazywaniem czasu ma także funkcję budzika i przy okazji dedykowany przycisk ZZZ. Po dotknięciu tego pola alarm zamilknie na 10 minut. W nim można także wybrać jeden z trzech trybów jasności wyświetlacza. Kosztuje niestety 300 dolarów więcej, co daje w sumie 800.
