Praesidus A-11 LMUV idzie jednak krok dalej. Tarcza zegarka została wykonana ze stali pochodzącej z maski odzyskanego wojskowego Willysa MB z czasów II wojny światowej. To ten typ lekkiego pojazdu 4×4, który stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych narzędzi alianckiej logistyki. Jeździł tam, gdzie cięższy sprzęt miał problem, woził ludzi, rozkazy, medyków, radiostacje i wszystko to, co w wojnie bywa mniej widowiskowe od czołgów, ale często decyduje o tempie działania.
Dlatego właśnie ten zegarek jest ciekawszy niż kolejna limitowana edycja w kolorze khaki. Nie opiera się wyłącznie na stylizacji. W jego tarczy naprawdę znajduje się fragment starego metalu. Pytanie brzmi tylko, czy taki gest jeszcze pogłębia kontakt z historią, czy już zamienia ją w luksusowy rekwizyt?
Stary metal zamiast nowej patyny
A-11 LMUV powstał na 82. rocznicę lądowania aliantów w Normandii. W centrum projektu jest stal z maski Willysa MB, a nie zwykła tarcza pomalowana na wojskową zieleń. Praesidus wykorzystał fakt, że panel miał na sobie kolejne warstwy lakieru. Przez kontrolowane piaskowanie odsłonięto różne poziomy tej powierzchni, dzięki czemu powstało kilka wariantów kolorystycznych: od oliwkowej zieleni, przez ciemną czerwień i żółtawy odcień, po surową stal z naturalnymi śladami wieku.
Ta drobna nierówność ma pewien urok. Patyna bywa fabrycznie zaprojektowana jak efekt na Instagramie, prawdziwie zużyty materiał wygląda inaczej. Nie jest idealny, nie powtarza się w każdym egzemplarzu, nie wygląda jak nałożony filtr. Każda tarcza ma być trochę inna, bo pochodzi z realnego, starego panelu.
Mam jednak wrażenie, że takie projekty zawsze chodzą po cienkiej linii. Z jednej strony, fizyczny fragment przeszłości potrafi poruszyć bardziej niż najbardziej dopracowana stylizacja. Z drugiej – bardzo łatwo zrobić z niego kolekcjonerski amulet, który bardziej mówi o portfelu właściciela niż o samej historii. Praesidus broni się tym, że marka od dawna obraca się wokół zegarków inspirowanych wojskowym dziedzictwem, więc nie wygląda to jak przypadkowe podpięcie się pod rocznicę.

A-11, czyli zegarek polowy w wersji z pamiątką
Sam model jest dość rozsądnie osadzony w estetyce zegarka polowego. Koperta ma 38 mm, czyli rozmiar, który nie sili się na dominację na nadgarstku. Jest stal nierdzewna, podwójnie wypukłe szkło szafirowe, zakręcana koronka i wodoodporność 10 ATM. W środku pracuje automatyczny mechanizm Miyota 9039, popularny wybór w zegarkach tego segmentu, raczej praktyczny niż prestiżowy. Do tego dochodzi pasek skórzany albo płócienny.
Cena wynosi 595 dolarów, czyli około 2170 zł. Jak na zegarek z automatem, szafirowym szkłem i tak nietypową tarczą, nie jest to kwota absurdalna, choć oczywiście płaci się tu głównie za historię materiału i limitowany charakter. W pierwszej partii ma powstać 380 sztuk, a druga seria obejmie 420 egzemplarzy. To nadal nie jest mikroseria dla kilkunastu osób, ale wystarczająco mała liczba, żeby kolekcjonerzy poczuli znajomy impuls: teraz albo ktoś inny kliknie szybciej.
Limitacja potrafi pięknie opakować sensowny projekt, ale równie często działa jak czerwony przycisk zakupowy. Im mocniej produkt dotyka historii wojennej, tym bardziej potrzeba umiaru. Na szczęście A-11 LMUV nie idzie w przesadnie widowiskową stronę. Najbardziej przekonuje mnie wariant surowej stali i zielonej tarczy, bo są bliżej materiału niż ilustracji.

Willys MB jako bohater drugiego planu
Willys MB nie był eleganckim symbolem zwycięstwa, tylko pojazdem do pracy. Produkowany w latach 1941-1945, miał być prosty, wytrzymały i możliwy do naprawy w warunkach polowych. Właśnie ta użytkowa natura sprawia, że stał się ikoną. Nie przez luksus, rzadkość albo piękne proporcje, lecz przez obecność wszędzie tam, gdzie trzeba było szybko przemieścić ludzi i sprzęt.
Dla zegarka to całkiem dobre tło. Czasomierz polowy też powinien być przede wszystkim czytelny, wygodny i odporny na codzienne traktowanie bez nabożeństwa. Oczywiście nikt rozsądny nie będzie z A-11 LMUV skakał do okopu ani naprawiał mostu pod ostrzałem. To współczesny przedmiot dla kolekcjonera, nie wyposażenie żołnierza.
Praesidus pokazał też drugą linię rocznicową, A-11 Utah Beach 82nd. Tam w tarczy pojawia się piasek z Utah Beach oraz ręcznie malowane sceny nawiązujące do lądowania. Powstanie 150 standardowych sztuk i 15 bardziej szczegółowo malowanych egzemplarzy. Przyznam, że tu byłabym ostrożniejsza. Ręczne malowanie scen D-Day na tarczy może być pięknym rzemiosłem, ale łatwiej wpada w pamiątkarską dosłowność. Fragment stali z maski starego pojazdu zostawia więcej miejsca na ciszę.

Pamięć zamknięta w 38 milimetrach
A-11 LMUV jest zegarkiem, który można odczytać na dwa sposoby. Dla jednych będzie ciekawym przykładem wykorzystania autentycznego materiału w przedmiocie codziennego użytku. Dla innych – kolejnym dowodem, że rynek potrafi zamienić każdy okruch przeszłości w limitowaną edycję. Myślę, że obie reakcje są uczciwe.
Mnie najbardziej przekonuje w nim napięcie między zwyczajnością a symboliką. Maska Willysa była kiedyś częścią maszyny do zadań, w których nikt nie myślał o kolekcjonerskiej wartości. Teraz jej fragment trafia pod wskazówki zegarka za ponad 2000 zł. Taki przedmiot skłania choćby do krótkiej rozmowy o tym, czym naprawdę była wojna poza podręcznikowym hasłem.
