I przyznam, że lubię takie projekty, bo w świecie zegarków zbyt często udaje się śmiertelną powagę. Każda koperta ma być dziedzictwem, każda koronka przygodą, każdy pasek zaproszeniem do eksploracji. Tymczasem większość z nas eksploruje najwyżej korki na mieście, Teamsy i kalendarz z trzema spotkaniami pod rząd. Desk Diver nie wyśmiewa zegarków narzędziowych. Raczej bardzo celnie przypomina, gdzie one naprawdę najczęściej pracują.
Diver do biurka, ale z prawdziwą specyfikacją
Christopher Ward C65 Desk Diver bazuje na modelu C65 Aquitaine, więc pod żartobliwą tarczą nie kryje się plastikowy gadżet z działu prezentów dla korpoludka. To stalowy zegarek automatyczny z kopertą 41 mm, szkłem szafirowym, wodoszczelnością 200 metrów i mechanizmem Sellita SW200-1. Ma 12,45 mm grubości i 46,68 mm lug-to-lug, więc powinien nosić się rozsądnie nawet na średnich nadgarstkach.
W praktyce dostajemy pełnoprawnego divera, ale ubranego w biurowy żart. Tarcza i bezel zostały potraktowane jak kołowy plan dnia. Zamiast klasycznego napięcia między sportem, głębiną i techniczną precyzją pojawia się rytm pracy: kawa, spotkania, przerwy, zadania, drobne korporacyjne rytuały. To jest dokładnie ten typ humoru, który działa, bo ma w sobie ziarno prawdy. Wielu właścicieli zegarków nurkowych nigdy nie sprawdzi ich granic pod wodą, ale za to regularnie sprawdza, ile jeszcze zostało do końca spotkania.

Żółty akcent i pudełko jak żart z korporacyjnej wyprawki
Za projekt odpowiada seconde/seconde/, czyli Romaric André, znany z przerabiania zegarkowej powagi na coś bardziej kąśliwego i popkulturowego. W Desk Diverze ten charakter widać od razu. Żółte akcenty, nietypowa grafika i dodatkowy pasek Delugs robią z niego zegarek, którego raczej nie kupuje się po to, by dyskretnie znikał pod mankietem.
Do tego dochodzi specjalne pudełko z biurowymi drobiazgami: ołówkami, karteczkami, zakreślaczami, pinezkami i spinaczami, oczywiście utrzymanymi w żółtym kolorze. Brzmi jak przesada, ale akurat w takim projekcie przesada jest częścią koncepcji. Gdyby ten zegarek trafił do zwykłego pudełka i udawał kolejną limitowaną wersję divera, połowa uroku wyparowałaby już przy rozpakowaniu.

Limitacja, cena i problem z dostępnością
C65 Desk Diver powstał w limitacji 500 egzemplarzy. W momencie premiery kosztował 995 funtów, czyli około 5 030 zł na pasku gumowym, albo 1160 funtów, czyli około 5 860 zł na bransolecie Bader.
To nie są pieniądze za żart. To pieniądze za normalny, dobrze zrobiony zegarek automatyczny z dodanym autorskim pomysłem. I tutaj zaczyna się zabawna gra z odbiorcą. Bo jeśli ktoś patrzy na Desk Divera jak na klasycznego divera, może uznać go za zbyt figlarny. Jeśli ktoś patrzy na niego jak na designerski komentarz do biurowego życia, wtedy specyfikacja staje się miłym zabezpieczeniem, że za konceptem idzie realna jakość.
Na rynku wtórnym pojawiają się już egzemplarze w wyższych cenach. Jedna z ofert na Chrono24 pokazywała cenę 2525 dolarów, czyli około 9 250 zł, za nieużywany egzemplarz z kompletem dokumentów. To dobrze pokazuje, jak działa mechanika limitowanych współprac: zegarek szybko przestaje być wyłącznie przedmiotem użytkowym, a zaczyna być biletem do małej kolekcjonerskiej anegdoty.
Dlaczego ten żart jest bardziej trafny, niż się wydaje?
Desk Diver bawi mnie przede wszystkim dlatego, że jest szczery. Zegarkowy świat lubi dorabiać swoim przedmiotom heroiczną biografię. Pilot, nurek, kierowca rajdowy, zdobywca szczytów – każdy ma dostać narzędzie dla człowieka czynu. Tylko że współczesny człowiek czynu bardzo często siedzi przed monitorem, odpowiada na wiadomości, planuje urlop w pięciu zakładkach przeglądarki i próbuje nie zapomnieć o wodzie między trzecią a czwartą kawą.

W tym sensie Desk Diver jest bardziej realistyczny niż wiele patetycznych diverów. Ma parametry potrzebne do wakacyjnego pływania, ale jego emocjonalne środowisko naturalne to biurko. Nie musi przekonywać, że każdy dzień będzie wyprawą. Wystarczy, że przypomina, iż nawet codzienność z kalendarzem, Excelem i papierowym kubkiem może mieć odrobinę charakteru.
Zegarek dla kogoś, kto nie boi się uśmiechu na nadgarstku
To oczywiście nie jest wybór dla osób, które chcą mieć jeden uniwersalny zegarek do garnituru, weekendu i rodzinnej uroczystości. Desk Diver jest zbyt konkretny wizualnie i zbyt świadomie ironiczny. Ale dla kogoś, kto ma już klasyczne modele albo zwyczajnie lubi przedmioty z pomysłem, może być świetnym przykładem tego, że zegarmistrzostwo nie musi wiecznie mówić barytonem.
Myślę, że takie projekty są potrzebne. Rynek pełen powtarzalnych inspiracji vintage potrafi być męczący. Christopher Ward i seconde/seconde/ pokazali, że można zrobić divera z technicznym zapleczem, a jednocześnie puścić oko do ludzi, którzy z morzem mają kontakt głównie podczas ustawiania tapety w laptopie.
