Robert Szostek - Certyfikowany psychoterapeuta i trener Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Zajmuje się psychoterapią indywidualną i grupową. Prowadzi zajęcia w Studium Psychoterapii w Laboratorium Psychoedukacji i w Podyplomowym Studium Trenerów Grupowych. Kieruje Podyplomowym Studium Coachingu. Jest żonaty, ma troje dzieci.


Robert Rient: Dlaczego terapia grupowa jest mniej popularna od indywidualnej?

Robert Szostek: Żyjemy wczasach, w których ludziom jest coraz trudniej emocjonalnie ze sobą być, więc zazwyczaj nie chcą terapii grupowych. Głównie z powodu lęku przed zajmowaniem się swoim życiem, trudnościami, kłopotami w otoczeniu innych ludzi. To, co często chowam, myśli o tym, jaki jestem okropny, fałszywy, ile mam w sobie grzechów, ile we mnie wstydu, obaw, nagle ma zostać odsłonięte przed innymi. Do tego dochodzi obawa, że zbyt dużo osób dowie się o moich tajemnicach.

Przed tym ma chronić zasada dyskrecji: nikt nie opowiada o innych uczestnikach terapii tak, by mogli zostać rozpoznani.

Rzadko zdarza się, by została naruszona, jest szczegółowo omawiana. Wszyscy uczestnicy grupy i terapeuci muszą ją przyjąć. To podstawowa zasada budująca zaufanie i bezpieczeństwo. W terapii podobnie jak w życiu: zasady zasadami, ale tak naprawdę to, co najważniejsze, grupa wypracowuje wspólnym wysiłkiem. To są trwałe normy, oparte na poczuciu więzi, wspólnoty grupowej.

Kto najczęściej trafia na terapię grupową?

Ludzie z pewnymi doświadczeniami terapeutycznymi w przeszłości. Czasami są to osoby po terapii krótkoterminowej, warsztatach psychologicznych, treningu interpersonalnym czy grupie otwarcia. Są bardziej świadome siebie, swojego wewnętrznego świata. Ich poziom lęku jest mniejszy. Najczęściej są to osoby doświadczające różnego rodzaju trudności w relacjach, np. trudności w budowaniu związków, w tworzeniu bliskich relacji.

Większość osób podczas terapii grupowej opowiada, że trudne jest ustalenie, kiedy zabrać głos, ile mówić, by nie zagarnąć przestrzeni, co zrobić, gdy chcę coś powiedzieć i cierpię, a obok cierpi ktoś inny. Brak dyrektywności, kolejności ma ułatwić rozwój?

Pracujemy nad tym, co uczestnicy grupy sami wnoszą podczas sesji, na tym polega całe doświadczenie otwartości i zasada neutralności terapii. Nie ma struktury, terapeuci nie są po to, by wyznaczać, kto ma mówić, ile, kiedy, kto po kim. To, co uczestnicy grupy mówią, sposób, w jaki się zachowują, nigdy nie jest przypadkowe. Czy chcemy, czy nie, po jakimś czasie w grupie zachowujemy się podobnie jak w życiu. Nieświadomie odsłaniamy nasz wzorzec interpersonalny. Ujawniają się nasze kłopoty, ale też nasze mocne strony.

Zdarzają się osoby, które przez większość terapii w ogóle nie zabierają głosu?

Można milczeć bardzo wymownie. Pamiętam pacjenta, który przez półtora roku terapii wypowiedział zaledwie kilkanaście zdań, a przy tym był liderem zmian w grupie. Z natury był nieśmiały, ale wykonał wielką pracę. Nigdy nie wzbudzał w ludziach niechęci i obaw. Intensywnie wszystko przeżywał. Było po nim widać, że jest obecny, że mówienie to jego trudność osobista, pewien deficyt, a nie sposób na powierzchowne przetrwanie. Pamiętam też pacjentów, którzy milczeli demonstracyjnie, lekceważąc grupę, okazując arogancję, ignorując to, co się dzieje.

Można się wycofywać, chować w sobie, można też w hałaśliwy, nachalny wobec innych sposób zagłuszać w sobie lęk. Niektórzy dużo mówią, by nie ryzykować, nie ujawniać czegoś intymnego, nie wystawiać siebie.