Kontakt z psem czy kotem obniża ciśnienie krwi, poziom trójglicerydów i stres. Zajęcia z koniem poprawiają funkcjonowanie człowieka w sferze emocjonalnej, poznawczej, fizycznej i społecznej. Takie opinie, od lat krążące w środowisku lekarzy i psychologów, stały się podstawą odpowiednio dogo-, felino- i hipoterapii. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że takie działania nie mają za wiele podstaw naukowych. „W bardzo wielu sytuacjach obecność zwierzęcia może być korzystna dla pacjenta. Ale nie musi to wcale mieć formy terapii. Istnieją nawet badania pokazujące, że równie skutecznym »terapeutą« jak żywe zwierzę jest pluszowy miś” – mówi prof. Wojciech Pisula z Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk. Co gorsza, specjaliści od zooterapii coraz częściej sięgają po kolejne gatunki, które mają nieść ulgę w cierpieniu. Nierzadko dzieje się to ze szkodą dla samych zwierząt.

 

Doktor i jego pies

Pierwsza wzmianka o wykorzystaniu zwierząt wiejskich w terapii ludzi pochodzi ze średniowiecznej Europy. Kontakt z żywymi stworzeniami zalecali pacjentom m.in. Florence Nightingale, reformatorka pielęgniarstwa („Ptaszek w klatce jest często jedyną rozrywką dla inwalidy, zmuszonego przebywać wiele lat w jednym pokoju” – pisała) oraz Zygmunt Freud, twórca psychoanalizy (podczas sesji z pacjentami towarzyszył mu Jofi, ukochany chow-chow). Jednak za ojca zooterapii, zwanej też czasem animaloterapią, uważa się dr. Borisa Levinsona, amerykańskiego psychiatrę dziecięcego. Jednym z jego pacjentów był chłopiec, który zamknął się w swoim świecie i nie chciał z nikim rozmawiać. Gdy dziecko przypadkiem spotkało psa należącego do lekarza – golden retrievera imieniem Jingles – zaczęło do niego mówić. W 1964 r. lekarz ukuł termin „terapia z wykorzystaniem zwierząt” (pet therapy).

Kontynuatorami prac dr. Levinsona była para psychiatrów – Samuel i Elizabeth Corsonowie. Opracowali oni pierwszy program terapii z udziałem zwierząt, który stał się podstawą dla uznania dogoterapii za alternatywną metodę wspomagania terapii psychologicznej w krajach zachodnich. Tu jednak zaczynają się problemy.

„Zarówno nasze codzienne doświadczenia, jak i doniesienia z badań naukowych dostarcza-ją nam wielu przykładów dobroczynnego wpływu obecności niektórych zwierząt na nasze samopoczucie, a nawet zdrowie. Niestety, zdanie się wyłącznie na intuicję naraża nas niezwykle często na błędy myślowe” – ostrzega dr Tomasz Witkowski, psycholog i publicysta, zajmujący się zwalczaniem irracjonalizmu w nauce.

 

Człowiek ważniejszy  od zwierzęcia?

Główny problem polega na tym, że zooterapia stwarza wrażenie, jakoby tylko odpowiedni program zajęć z udziałem psa czy kota działał dobroczynnie na pacjenta. Tymczasem dowodów na to jest bardzo mało. Dostarczyć ich mogą bezstronne badania z wykorzystaniem tzw. ślepej próby (czyli sytuacji, w której osoby spotykające się ze zwierzętami nie wiedzą, że są poddawane terapii). Ale większość publikacji dotyczących zooterapii bazuje na wybranych, nielicznych przypadkach.

Skąd więc pozytywne opinie? Naukowcy tłumaczą to trzema przyczynami. Pierwsza to efekt placebo – pacjent spodziewa się poprawy, bo mocno wierzy w skuteczność terapii. Nadzieję często rozbudzają członkowie rodziny czy koszty, które „muszą” się zwrócić. Drugi powód to efekt nowości, czyli fascynacja nowym miejscem, towarzystwem nieznanego zwierzęcia itd. Prowadzi to do poprawy samopoczucia, która jednak z reguły jest krótkotrwała. A wówczas do głosu dochodzi trzeci czynnik – efekt oczekiwań, który sprawia, że pacjent (czy jego rodzina) może nie dopuszczać do świadomości tego, iż terapia nie przyniosła spodziewanych skutków.

Nawet zwolennicy zooterapii podkreślają, że powinna ona być jedynie uzupełnieniem bardziej kompleksowego leczenia. „Hipoterapia to pomocnicza forma terapii, wraz z ćwiczeniami z rehabilitantem, opieką lekarską i pracą rodziców nad dzieckiem w domu” – mówi Magdalena Kownacka z Ośrodka Wczesnej Interwencji w Gdyni. Takie zajęcia nie są też panaceum na wszelkie problemy. „Hipoterapia może się sprawdzać wtedy, gdy potrzebna jest stymulacja ruchowa, np. w przypadku porażenia mózgowego, albo jako element terapii łagodzącej stres” – uważa prof. Pisula.