Tym większą niespodzianką jest Waterbury America 250 Table Clock, czyli zegar stołowy, który wygląda tak, jakby Timex postanowił na moment wejść do salonu starego hotelu, bibliotekarskiego gabinetu albo na biurko kogoś, kto do kawy czyta papierową gazetę. I nie chodzi o nostalgię sprzedawaną na kilogramy. Ten projekt ma w sobie coś z przedmiotu, który nie musi być praktyczny w dzisiejszym, nerwowym rozumieniu tego słowa, żeby od razu było jasne, po co istnieje.
Zegar dla ludzi, którzy mają już godzinę w pięciu urządzeniach
Telefon pokazuje czas. Laptop pokazuje czas. Piekarnik pokazuje czas, choć często taki, który trzeba poprawiać po każdej awarii prądu. Zegarek na ręce pokazuje czas, a inteligentny zegarek dodatkowo przypomina, że od trzech godzin siedzimy i może warto byłoby przejść się do kuchni po wodę.
Zegar stołowy jest więc dziś obiektem niemal ostentacyjnym. Nie rozwiązuje problemu, którego nie rozwiązał wcześniej ekran blokady telefonu. Nie śledzi snu, nie odbiera powiadomień, nie sugeruje ćwiczeń oddechowych. Jest po prostu po to, żeby stać, dobrze wyglądać i przypominać, że czas może mieć także fizyczną formę.

Mam wrażenie, że właśnie dlatego ten pomysł tak dobrze trafia w moment, w którym żyjemy. Po latach dokładania ekranów do wszystkiego, co ma kabel, baterię albo wystarczająco dużo miejsca na wyświetlacz, coraz bardziej pociągają nas przedmioty, które robią jedną rzecz i robią ją z charakterem. Zegar na biurku może być całkowicie zbędny. Ale tak samo zbędna bywa piękna lampa, dobry piórnik czy ceramiczna filiżanka, z której kawa smakuje odrobinę lepiej, choć chemia napoju pozostaje przecież bez zmian.
Timex wraca tam, gdzie zaczął
Waterbury America 250 Table Clock nie pojawił się przypadkiem. Timex świętuje 250. rocznicę niepodległości Stanów Zjednoczonych, ale sięga też po własną przeszłość. Firma zaczynała w 1854 roku jako Waterbury Clock Company w Connecticut, czyli producent zegarów, zanim zaczęła kojarzyć się głównie z zegarkami naręcznymi.
To sprytna opowieść, bo nie opiera się wyłącznie na nadruku rocznicowego logo i barwach amerykańskiej flagi. Timex wykorzystał rocznicę jako pretekst, by przypomnieć, że jego historia nie zaczęła się od niedrogich kwarców i cyfrowych klasyków z lat 80. Zaczęła się od odmierzania czasu w większym formacie.

Sam zegar ma około 49 mm średnicy po zamknięciu. Obudowa została wykonana ze stali nierdzewnej, zestawiono w niej szczotkowane powierzchnie z polerowanymi detalami, a na zewnętrznych częściach pojawia się dekoracyjny wzór guilloché. Na pokrywie umieszczono złocisty medalion z historycznym logo Waterbury Clock Company. Po bokach znalazły się dwie wypukłe gwiazdy i przycisk otwierający konstrukcję.
Brzmi to trochę jak opis kieszonkowego zegarka po przejściach, który postanowił zamieszkać na biurku. I dokładnie taki efekt udało się osiągnąć.
Mały przedmiot, który chce być oglądany
Po otwarciu koperty ukazuje się biały cyferblat z rzymskimi indeksami, kolejową skalą minutową i niebieskimi wskazówkami w kształcie liści. Zegar można ustawić pionowo albo pod kątem, korzystając z zawiasu umieszczonego przy godzinie szóstej. Wewnętrzne powierzchnie zdobi perlage, czyli charakterystyczny wzór z drobnych, zachodzących na siebie okręgów.

To właśnie te drobiazgi sprawiają, że trudno potraktować Waterbury wyłącznie jako gadżet z firmowego sklepu. Timex nie wchodzi tu w świat ręcznie wykonywanego zdobnictwa i kolekcjonerskiego zegarmistrzostwa, bo wewnątrz pracuje zwykły mechanizm kwarcowy, a tarczę chroni szkło mineralne. Nie ma sensu dopisywać tej konstrukcji prestiżu, którego sama nie obiecuje.
Ale też nie trzeba. Ten zegar nie udaje luksusowego artefaktu pochodzącego z rodzinnego sejfu. Jest dobrze zaprojektowanym przedmiotem z masowej marki, która nagle przypomniała sobie, że może pozwolić sobie na odrobinę fantazji.
I chyba wolę tę szczerość niż kolejne limitowane zegarki, które próbują sprzedać mi wizję wielkiej przygody, choć ich największym wyzwaniem będzie przetrwanie spotkania przy stole konferencyjnym.
Cena, która jeszcze mieści się w granicach rozsądku
Waterbury America 250 Table Clock kosztuje 399 dolarów, czyli około 1500 zł. To sporo jak za urządzenie, które pokazuje wyłącznie godzinę, ale zaskakująco mało jak na przedmiot, który ma pełnić funkcję małej dekoracji, pamiątki rocznicowej i zegarmistrzowskiej ciekawostki w jednym.
Nie sądzę, by ktokolwiek kupował go z potrzeby. Zegar stołowy za około 1500 zł nie jest narzędziem walki z chaosem dnia. Jest raczej odpowiedzią na pytanie, czy w domu albo w pracy zostało jeszcze miejsce na rzeczy, które nie muszą wysyłać danych, aktualizować systemu i zapalać się po komendzie głosowej.
Dla jednych będzie to przesadnie elegancka zabawka. Dla innych – jeden z tych rzadkich przedmiotów, które potrafią na chwilę odciągnąć wzrok od ekranu. A to, przy obecnym tempie życia, bywa bardziej luksusowe niż złoty medalion na stalowej pokrywie.
