Budziki są narzędziem, który bardzo szybko zdobywa naszą niełaskę. Nawet nie musi być jego akcja wycelowana w naszą rutynę, żeby go nienawidzić. Pamiętam, że strasznie nie lubiłem drącego się na cały regulator elektrycznego budzika moi dziadków. Dzisiaj z Apple Watch jest lepiej, lecz połowa biblioteki dźwięków w iPhone wywołuje we mnie dreszcze. Mimo to wciąż z niego korzystam i się frustruję.
CinderClock to budzik, który ma z nami współpracować. Nie ma zniechęcać, tylko wspierać
W tej złości nie jestem sam, lecz podczas, gdy ja nieefektywnie marudziłem, zespół Endothermal Systems rozpoczął tworzenie projektu zrodzonego z takich samych frustracji. CinderClock ma być w końcu urządzeniem do pobudki na naszych zasadach, a jednocześnie pozwoli odłożyć smartfona w nocy gdziekolwiek, byle daleko od naszego łóżka. Koniec z jego pokusami i okropnymi dźwiękami przyprawiających nas każdego ranka o zawał serca.

Pierwsze na co zwrócimy uwagę, to jak ten budzik wygląda. Jest dość spory 140 × 160 × 170 mm, więc nawet większy niż klasyczne budziki z zegarem analogowym, lecz ma to swoje usprawiedliwienie. Nie chodzi tylko o drzemiącą (haha!) w nim technologię, ale i o ten przepiękny, ogromny przycisk rodem z bajek lub Familiady. Już widać, że włączanie drzemki lub wyłączanie alarmu będzie czystą przyjemnością, nawet jeżeli bez złości, to po prostu będzie fajnie sobie go tak pacnąć.
Czytaj też: Sztuczne słońce zamiast głośnego budzika? Brzmi świetnie, ale czy to w ogóle działa?
Poza tym na obudowie znajdziemy jeszcze niewielki ekran OLED, monochromatyczny o przekątnej 3,12″, zaskakując front z przyciskami i joystickiem niczym w kontrolerze do Nintendo, otworki kryjące głośnik, a także gniazdko na kartę microSD. Co więcej, baterie są wymienialne, a urządzenie posiada ograniczone wifi, domyślnie wyłączone. Nie jest także obarczone subskrypcjami i wolne od aplikacji. Brzmi jak budzik doskonały.
Zrodzony z frustracji, ale stworzony dla satysfakcji i odnalezienia balansu
CinderClock co prawda powstał z frustracji, którą na szczęście przekierowano w coś ostatecznie dającego swobodę. Główna misja stojąca za zespołem projektującym, a właściwie cel nadrzędny, było oswobodzenie tego urządzenia od telefonu. Oznaczało to brak stałego połączenia z internetem, zero konfiguracji przy pomocy telefonu i oczywiście brak subskrypcji, bo jak sami twórcy wyliczyli takich jest już wystarczająco wiele, a każda na telefonie i kusi.

Ich budzik pozwala wszystko wykonać na tycim ekranie i to dosłownie zostawiają pełną swobodę personalizacji. Można ustawić budzenie na konkretne dni, w zadanych odstępach czasu. Można część wyłączyć, inną włączyć, a nawet użyć wbudowanego sensora, żeby zaczął wybudzać użytkownika wraz ze wstającym słońcem, aby zacząć dzień razem z nim lub wprowadzić koordynaty wskazujące nasz region, dzięki czemu budzik sam wszystko dostosuje do naszych potrzeb.

Całość jest sterowana przy pomocy joysticka i przycisków. Zaś skonfigurować można nawet stopień trudności włączenia drzemki, od prostego włączenia przycisku, po konfigurację kilku i nawet kierunków na gałce.
Mały komputer zaklęty w budzik
Instalację aktualizacji i nowych dźwięków można wykonać przy pomocy karty microSD i zainstalować wszystko ręcznie albo stworzyć punkt Wi-Fi, który nie jest obowiązkowy, a nawet odradzany przez samych twórców. Zapewne gdyby mogli, wszystko zostałoby stworzone do zamknięcia w tej wydrukowanej puszce, lecz związek użytkowników z wolnością nadaną przez smartfony jest bardzo wiążący i trudno z tego zrezygnować. Samo odłożenie smartfona, żeby nie odwracał uwagi przed snem, będzie dość trudnym zadaniem.

Poza alarmami i oczywiście systemem, Endothermal Systems dodali jeszcze od siebie kilka przydatnych bajerów jak stoper i cogodzinny dzwonek, ale także licznik do sesji Pomodoro, uwielbiane przeze mnie ambientowe dźwięki, tryby animacji oraz osiem prostych gier, żeby te przyciski rodem z konsoli nie czuły się porzucone.
Twórcy także w bardzo obszerny sposób opisują wszystkie przeszkody stojące za projektem, jak wpadali na kolejne pomysły oraz jakie popełniali błędy. Dzielą się naprawdę wszystkim, co sprawia, że czyta się to miło, niczym biografię ukazującą drogę do stworzenia wynalazku odmieniającego życie.
Cena i dostępność
Samo wydrukowanie obudowy zajmuje aż 26 godzin i składa się z dwóch elementów łatwych do rozebrania. Dodatkowym celem było uczynienie ich budzika łatwym do naprawy. I chociaż tak wiele wiemy o procesie, o tym co chowa w sobie budzik, jakie ma wymiary i ograniczenia, to nadal nie wiadomo kiedy dotrze na rynek. Można się zapisać do przypominajki na stronie twórców, i we właściwym czasie przyjdzie wiedza o cenie i dostępności.
Źródło: designboom
