Nowa kolekcja głośników zaprojektowana do systemu USM Haller brzmi jak rzecz z katalogu dla ludzi, którzy mają w domu winyle ułożone kolorami grzbietów i naprawdę wiedzą, co zrobić z pustą ścianą w salonie. Moduły audio są wbudowane w rozpoznawalną stalowo-panelową konstrukcję USM, więc zamiast klasycznych kolumn stojących dostajemy mebel, który gra. Ceny zaczynają się od około 4850 dolarów, czyli mniej więcej 17 900 zł, a kończą w okolicach 19 tysięcy dolarów, czyli około 70 100 zł. I już sama ta rozpiętość dobrze pokazuje, że nie rozmawiamy o sprytnym głośniku do kawalerki, lecz o zakupie z kategorii: urządza się wnętrze raz, ale porządnie.
Audiofilia schodzi z piedestału i wchodzi między półki
Przez lata dobry sprzęt audio miał swoją ustaloną scenografię. Dwie kolumny, wzmacniacz, gramofon, przewody układane z religijną niemal troską i obowiązkowa rozmowa o tym, że muzyka z małego głośnika Bluetooth to najwyżej tło do krojenia cebuli. Symbol x USM pokazuje inną ambicję. Tu brzmienie ma być częścią wnętrza, a nie osobnym ołtarzykiem ustawionym przy ścianie.
W kolekcji pojawiają się moduły głośnikowe w różnych rozmiarach, w tym większe jednostki i subwoofery, które można wpisać w modułowy system USM Haller. USM od dawna działa jak klocki dla dorosłych z dobrym budżetem – można z nich budować szafki, regały, komody i zabudowy dopasowane do przestrzeni. Teraz w tę samą logikę wchodzi dźwięk. Zamiast dostawiać sprzęt do mebla, mebel sam staje się częścią systemu audio.

Technicznie nie wygląda to na dekoracyjną sztuczkę. Moduły wykorzystują dwudrożną konstrukcję z przetwornikiem współosiowym, łączącą woofer i tekstylną kopułkę wysokotonową. Dostępna jest też integracja z Sonos Amp, co daje współczesną wygodę bez konieczności zamieniania całego domu w migającą aplikację. Dla wielu osób to może być właśnie najbardziej przekonujący kompromis: fizyczny, solidny obiekt w pokoju, ale sterowany tak, jak przyzwyczaiły nas nowoczesne systemy multiroom.
Luksus, który coraz częściej polega na ukrywaniu technologii
Patrzę na tę kolekcję z mieszanką podziwu i lekkiego sceptycyzmu. Podziwu, bo pomysł jest spójny. USM ma bardzo charakterystyczny język projektowy, z chromowanymi rurkami i kolorowymi panelami, który od lat dobrze odnajduje się w mieszkaniach ludzi lubiących porządek, modułowość i wzornictwo z długim terminem ważności. Symbol Audio dodaje do tego dźwięk, ale nie rozwala estetyki mebla. To rzadkie, bo wiele produktów łączących audio z designem kończy jako kompromis, który ani nie gra wybitnie, ani nie wygląda tak dobrze, jak obiecywały renderingi.

Sceptycyzm bierze się z ceny i z pytania, ile w tym realnej potrzeby, a ile luksusowego porządkowania świata. Za około 18 tysięcy zł można złożyć bardzo dobry zestaw stereo. Za około 70 tysięcy zł można już wejść w rejony, w których audiofile zaczynają mówić o pomieszczeniu, akustyce i sprzęcie z powagą sommeliera oceniającego rocznik. Symbol i USM nie celują jednak w klasycznego łowcę parametrów. Bardziej w kogoś, kto nie chce wybierać między dobrym dźwiękiem a wnętrzem dopracowanym co do milimetra.
Technologia premium coraz rzadziej próbuje wyglądać technologicznie. Telewizory zamieniają się w obrazy, głośniki w lampy, ładowarki w elementy biurka, a teraz system hi-fi może stać się regałem. W teorii to eleganckie. W praktyce bywa trochę zabawne, bo dochodzimy do momentu, w którym płacimy ogromne pieniądze za to, żeby drogi sprzęt nie wyglądał jak drogi sprzęt.
Dla kogo jest taki mebel, który gra?
Nie wyobrażam sobie, żeby Symbol x USM był produktem masowym nawet w świecie drogiego audio. To raczej propozycja dla osób, które urządzają dom całościowo i traktują sprzęt jako element architektury wnętrza. Dla właściciela kolekcji winyli, który nie chce stawiać przypadkowego regału z marketu. Dla kogoś, kto ma salon połączony z biurem i nie chce, żeby kolumny dominowały nad przestrzenią. Dla ludzi, którzy lubią USM Haller i już wcześniej zainwestowali w ten system.
Podoba mi się w tym jedna rzecz: taka kolekcja przypomina, że domowe audio nie musi być skazane na dwa skrajne światy. Z jednej strony mamy małe, wygodne głośniki bez ambicji, z drugiej ciężkie zestawy hi-fi, które potrafią przejąć pokój. Symbol i USM próbują wejść pomiędzy te porządki. Oczywiście z ceną, która od razu stawia przy wejściu selekcjonera w białych rękawiczkach, ale sam kierunek jest ciekawy.
Nie kupowałabym takiego systemu z czystego rozsądku, bo rozsądek przy kwocie 70 tysięcy zł za modułową konstrukcję audio zaczyna nerwowo rozglądać się za tańszym wyjściem. Ale rozumiem, dlaczego ktoś może się tym zachwycić. Jest w tym obietnica ładu: muzyka, mebel, kolekcja płyt i przestrzeń mają tworzyć jedną całość.
