Toyota wprowadza w Australii najmocniejszego seryjnego Land Cruisera w historii. GR Sport Performance Hybrid dostał 3,5-litrowe benzynowe V6 twin-turbo połączone z układem hybrydowym i 10-biegowym automatem. Łącznie daje to 341 kW, czyli około 464 KM, oraz 790 Nm momentu obrotowego. Na papierze robi wrażenie, ale ważniejsze jest tu coś innego. Toyota nie potraktowała hybrydy jak miejskiego dodatku do obniżania spalania w folderze. Tu elektryfikacja ma wzmacniać wielkie, ciężkie auto tam, gdzie najbardziej tego potrzebuje, czyli przy ruszaniu, holowaniu i jeździe w trudniejszym terenie.
Hybryda, która nie zmienia terenówki w crossovera
Land Cruiser 300 GR Sport Hybrid nie jest odpowiedzią na modę na oszczędne rodzinne SUV-y. To raczej pokaz, że nawet tak konserwatywny model może dostać nowoczesny napęd bez utraty własnego charakteru. Układ i-FORCE MAX wykorzystuje silnik elektryczny umieszczony między jednostką spalinową a skrzynią biegów. Całość ma wspierać przyspieszenie, poprawiać reakcję na gaz i zapewniać płynniejsze oddawanie momentu obrotowego, zwłaszcza przy większym obciążeniu.
Mam wrażenie, że to rozsądniejsze podejście niż próba robienia z Land Cruisera ekologicznego symbolu. Ten samochód nigdy nie był kupowany po to, by z gracją krążyć po centrum miasta i chwalić się niską emisją w korku. Choć oczywiście i takich użytkowników tego modelu znam. Jego sens zaczyna się tam, gdzie zwykłe SUV-y powoli przestają chwalić się odwagą. W Australii, na Bliskim Wschodzie czy w trudniejszych regionach Europy to wciąż auto do pracy, dalekich wypraw, ciągnięcia przyczep i przejazdów przez miejsca, które na mapie wyglądają jak błąd drukarski.

Toyota podkreśla, że hybrydowy Land Cruiser zachowuje kluczowe zdolności terenowe. Nadal może brodzić w wodzie o głębokości do 70 cm, bo obudowę akumulatora odpowiednio zabezpieczono. GR Sport zachowuje też rozwiązania, które odróżniają go od bardziej luksusowej wersji Sahara ZX – przednią i tylną blokadę mechanizmu różnicowego, terenowo zestrojone zawieszenie i wyraźnie bardziej wyprawowy charakter.
GR Sport brzmi sportowo, ale tu ważniejsza jest odporność
Sama plakietka GR Sport może sugerować terenowego brutala z ambicją do wyścigów spod świateł. W praktyce to jednak nie jest Land Cruiser przerobiony na asfaltowego showmana. Owszem, ma więcej mocy niż diesel i znacznie potężniejszy moment obrotowy, ale jego przewaga nie sprowadza się do efektownego czasu przyspieszenia. Bardziej przekonuje mnie wizja auta, które z większą swobodą rusza z ciężką przyczepą, nie męczy się na stromych podjazdach i nie wymaga od kierowcy tak częstego planowania, kiedy wcisnąć gaz.
To zresztą dobrze pokazuje różnicę między „mocnym SUV-em” a mocną terenówką. W pierwszym przypadku dodatkowe konie mechaniczne często służą głównie temu, żeby masywne nadwozie sprawiało wrażenie lżejszego na autostradzie. W Land Cruiserze część tej siły ma realne zastosowanie poza katalogiem. Hybrydowa wersja nadal może holować przyczepę o masie do 3500 kg, a elektryczne wsparcie powinno poprawić kulturę pracy przy takim obciążeniu.
Cena pokazuje, że to zabawka dla bardzo zdecydowanych
Entuzjazm staje się spokojniejszy, gdy dochodzimy do cennika. Toyota LandCruiser 300 GR Sport Performance Hybrid w Australii kosztuje 156 060 dolarów australijskich przed opłatami drogowymi, czyli około 410 500 zł. To o 8900 dolarów australijskich, czyli około 23 400 zł, więcej niż porównywalna wersja z silnikiem wysokoprężnym. W zależności od stanu i lokalnych kosztów cena wyjazdowa może sięgać około 173 827 dolarów australijskich, czyli mniej więcej 457 300 zł.
Trudno udawać, że to kwota, przy której człowiek odruchowo mówi: „biorę”. Ale w tym segmencie Toyota nie ściga się z popularnymi SUV-ami. Hybrydowy Land Cruiser ma być propozycją dla klientów, którzy już rozumieją, za co płacą: za wytrzymałość konstrukcji, terenową reputację, bardzo wysoką użyteczność i fakt, że podobnych samochodów na rynku z roku na rok ubywa. Nie każdy chce wielką elektryczną limuzynę na szczudłach. Część osób nadal chce pojazdu, który wygląda tak, jakby spokojnie przetrwał kilka trendów motoryzacyjnych więcej.
Tu mam jednak mieszane uczucia. Z jednej strony dobrze, że Toyota rozwija Land Cruisera bez rozmywania jego tożsamości. Z drugiej – robi się z niego auto coraz bardziej ekskluzywne, a więc paradoksalnie coraz mniej dostępne dla tych, którzy faktycznie chcieliby regularnie wykorzystywać jego możliwości. W pewnym momencie terenówka za ponad 400 tysięcy złotych zaczyna budzić pytanie, ilu właścicieli rzeczywiście pozwoli jej ubrudzić felgi.

Szkoda, że Europa Zachodnia może patrzeć głównie z daleka
Hybrydowy Land Cruiser 300 ma trafić do Australii w połowie 2026 roku. Wcześniej Toyota zapowiedziała jego wprowadzenie na wybrane rynki Europy Wschodniej, ale nie oznacza to automatycznie szerokiej dostępności w całej Europie ani obecności w polskim cenniku.
To wariant trochę z innej rzeczywistości motoryzacyjnej – tej, w której duże, ramowe terenówki wciąż nie muszą tłumaczyć się z istnienia. Można na niego patrzeć jak na drogi kaprys, ale można też jak na ostatnie mocne przypomnienie, że samochód potrafi być narzędziem, a nie tylko ekranem na kołach z pakietem ambientowego oświetlenia.
Toyota stworzyła Land Cruisera, który idzie z duchem czasu, ale nie traci powodu, dla którego przez dekady zdobył taką pozycję. Szkoda jedynie, że dla większości kierowców pozostanie autem do oglądania z bezpiecznej odległości – na zdjęciach i wideo online.
