Niemiecki warsztat Classicbike Raisch najwyraźniej uznał, że Bobberowi przyda się odrobina bezczelności. Ich Race Bobber bierze znajomą bryłę Triumpha i przesuwa ją w stronę ulicznego roadstera, który wygląda tak, jakby po wyjeździe z kawiarni mógł bez większego namysłu pojechać na tor. Nie robi z niego wydmuszki do robienia zdjęć pod modną piekarnią. Zachowuje ciężar, sylwetkę i leniwy charakter bobbera, ale przestawia akcenty na coś ostrzejszego.
Bobber, który przypomniał sobie o zakrętach
Najważniejsza zmiana nie kryje się w lakierze ani w szwach na siedzeniu, choć oba elementy robią swoje. Classicbike Raisch zamienił fabryczne koła na 17-calowe obręcze i założył szerokie sportowe opony Pirelli Diablo Supercorsa. To detal, który zmienia cały odbiór motocykla.
Seryjny bobber zwykle zachęca do spokojnego toczenia się przez miasto, do jazdy, podczas której człowiek bardziej myśli o tym, gdzie zaparkować pod restauracją, niż o kolejnym ciasnym łuku. Tutaj proporcje robią się mniej nostalgiczne, za to dużo bardziej zwarte. Motocykl wygląda niżej, szerzej i pewniej. Ma w sobie coś z maszyny, która nie chce już być wyłącznie dekoracją w garażu.

Do tego dochodzi kierownica LSL, dzięki której pozycja za sterami staje się aktywniejsza. I właśnie to jest sednem całej przeróbki. Niemcy nie wymyślili Bobbera od nowa, ale wydobyli z niego element, którego fabryczna wersja raczej nie eksponuje – chęć do szybszej jazdy.
Zieleń, która nie potrzebuje chromu
Lakier w głębokim, metalicznym odcieniu zieleni robi tu ogromną część roboty, choć wcale nie jest przesadnie efektowny. To odcień bardziej brytyjskiego klasyka niż współczesnego motocykla stworzonego z myślą o zasięgach w mediach społecznościowych. Ciemna zieleń dobrze współpracuje z czarną ramą, czarnymi kołami i krótkim, pikowanym siedzeniem.
Mam wrażenie, że wielu producentów nadal trochę boi się koloru. W katalogach dominują czerń, szarość, matowa czerń, satynowa czerń i czerń, która pod odpowiednim kątem wygląda jak bardzo ciemna szarość. Tymczasem ten Triumph pokazuje, że wystarczy dobrze dobrany lakier, by motocykl nabrał charakteru bez doczepiania kolejnych plastikowych dodatków.

W Race Bobberze ważna jest też powściągliwość. Są tu kierunkowskazy MotoGadget montowane w końcówkach kierownicy, mały cyfrowy zegar i kilka dopracowanych elementów, które porządkują sylwetkę. Żaden z tych dodatków nie domaga się osobnego aplauzu. Razem tworzą motocykl, który wygląda na przemyślany od początku, choć przecież powstał z gotowej bazy.
Silnik zostaje, bo nie wszystko trzeba poprawiać
Pod względem mechanicznym Classicbike Raisch nie szukał sensacji. Sercem motocykla nadal jest 1200-centymetrowy, rzędowy twin Triumpha o mocy 78 KM i momencie obrotowym 106 Nm. I bardzo dobrze. To jednostka, która w Bobberze ma odpowiedni temperament – nie przytłacza liczbami, ale daje to, czego oczekuje się od dużego klasyka: mocne odejście z dołu, pulsujący charakter i poczucie, że motocykl pracuje razem z kierowcą, a nie gdzieś obok niego.
Czasem tuning motocykli przypomina próbę gotowania obiadu przez dodanie wszystkich przypraw naraz. Większa moc, głośniejszy wydech, agresywniejsze mapy silnika, twardsze zawieszenie, a na końcu jeszcze obowiązkowy pakiet karbonu. Efekt bywa podobny do zbyt długiego przeglądania konfiguratora – człowiek kończy z czymś drogim, hałaśliwym i trochę męczącym.

Tutaj punkt ciężkości leży gdzie indziej. W prowadzeniu, proporcjach, detalach i wyczuciu. Silnik dostał przestrzeń, by dalej robić to, co umie najlepiej.
Cena za motocykl, którego nikt obok nie będzie miał
Podstawowa konwersja Race Bobbera kosztuje 26 tysięcy euro, czyli około 110 tysięcy zł. Wersja Competition Race Bobber, wyposażona między innymi w przygotowany dla warsztatu boczny wydech Mass z europejską homologacją, została wyceniona na 32 tysiące euro, czyli około 136 tysięcy zł.
To kwoty, które dla większości osób brzmią jak cena bardzo ambitnego planu finansowego, a nie zestawu motocyklowych dodatków. I trudno udawać, że jest inaczej. Race Bobber nie jest propozycją dla kogoś, kto chce po prostu kupić klasyka na weekendowe przejażdżki. To oferta dla ludzi, którzy mają już świadomość, że motocykl jest dla nich czymś więcej niż środkiem transportu i nie chcą spotykać identycznej maszyny pod każdym drugim salonem kawowym.

Classicbike Raisch działa w świecie Triumpha i BMW od 2007 roku, budując własne części oraz kompletne customy. Widać, że ich doświadczenie nie polega na dokręcaniu przypadkowych akcesoriów z internetu.
Race Bobber jest dowodem na to, że custom nie musi być ani przesadnie nostalgiczny, ani absurdalnie radykalny. Nie ma tu potrzeby udowadniania, że wszystko seryjne było złe. Fabryczny Triumph Bobber wciąż pozostaje bardzo udanym motocyklem. Tyle że Raisch potraktował go jak dobrze skrojony garnitur, który ktoś oddał do krawca z bardzo konkretną wizją.
Efekt jest znacznie ciekawszy niż kolejna wariacja na temat retro. To motocykl, który zachował brytyjską elegancję, ale przestał być grzeczny. A w przypadku bobbera to chyba największy komplement, jaki można mu wystawić.
