Trójkąty i wielokąty: Zbrodnie z miłości

Trójkąt miłosny często prowadzi do tragedii. Nieszczęśliwymi kochankami, porywającymi się na swych partnerów i konkurentki, bywają nie tylko kobiety młode. Również te w wieku dojrzałym

W chwili śmierci – marzec 1980 r. – doktor Herman Tarnower, współzałożyciel kliniki w Scarsdale i twórca słynnej diety, liczył sobie 69 wiosen. Pani Harris, dyrektorka amerykańskiej szkoły dla dziewcząt, ofiarę bardzo kochała. Może nawet ociupinkę za bardzo.

Nie dość, ze dzieliła z Tarnowerem łoże, to pomagała mu w pracy nad książką, która uczyniła go sławnym. Książka naturalnie traktowała o diecie Scarsdale (dziś nikt już o niej nie pamięta; wyszła z mody).

Jednak sześćdziesięciodziewięcioletni mężczyzna zadurzył się we własnej sekretarce medycznej, młodszej o połowę. I został jej kochankiem. Pani Harris kipiała ze złości. Najbardziej wkurzało ją, że doktor nie chce jej widzieć w dniu, kiedy nadstawi pierś do przyznanego mu orderu. Cóż – zaprosił młodszą kochankę. Włożyła więc do torebki 9-milimetrowy pistolet oraz zapasowe naboje. Tak wyposażona pojechała do nowojorskiego mieszkania współwłaściciela kliniki.

Co tam się wydarzyło, wiemy tylko od pani Harris. Dyrektorka powiedziała policjantom, że do swojego partnera pojechała z zamiarem popełnienia samobójstwa na jego oczach. Wyciągnęła broń i wtedy Tarnower rzucił się na nią, aby nieszczęśliwą istotę obezwładnić. Zaczęli się szamotać. Pistolet wystrzelił. Tarnower osunął się na podłogę. Pani Harris wezwała lekarza, ale było już za późno.

Podczas rozprawy sadowej dyrektorka konsekwentnie obstawała przy swojej wersji. Prokurator utrzymywał, że było to zabójstwo; dodawał, ze w afekcie, co na mocy stosownych para grafów oznaczało niższy wymiar kary. Obrońca natomiast wnosił o uniewinnienie. Prokurator zapytał dyrektorkę, czy czuła się upokorzona tym, że Tarnower utrzymywał intymne kontakty ze swoja młoda sekretarka. Pani Harris zapewniła opanowanym głosem, ze absolutnie nie. Nieco mijała się z prawda; jej listy, płomienne i rozpaczliwe zarazem, świadczyły o czymś innym.

Nawet dla laika było jasne, że zabranie ze sobą zapasowej amunicji bardzo obciąża dyrektorkę. Czy tak postępuje kandydatka na samobójczynie? Raczej nie. A potencjalny morderca? Raczej tak.

W trakcie procesu pani Harris nie potrafiła, ba – nawet nie próbowała, zaskarbić sobie łask ławy przysięgłych, w dwóch trzecich złożonej z niewiast. Nie szlochała, nie histeryzowała. Zachowywana przez nią równowaga psychiczna dobrze świadczyła o stanie jej władz umysłowych. Do końca upierała się przy swej rzekomej niewinności.

Obrońca również szedł w zaparte; tragiczny wypadek, nic więcej. Odrzucił propozycje ugody ze strony przedstawiciela oskarżenia. Prokurator proponował, aby winowajczyni przyznała się, a on w rewanżu oskarży ją jedynie o zabójstwo II stopnia, zagrożone znacznie niższą karą.

Jednak ani obrońca, ani pani Harris nie byli skłonni pójść na ugodę. W rezultacie ława przysięgłych skazała ją na piętnaście lat odosobnienia. W wiezieniu Harris zrezygnowała z diety swego pana i władcy, i mocno przytyła.

 

Zdradzała i zazdrościła
 

Paulina Debuisson, urodzona w Malo les Baines córka przedwojennego inżyniera, czyli człowieka wywodzącego się ze sfer wyższych (ludzi wykształconych było wtedy niewielu, co każdemu z nich zapewniało wysoka pozycje społeczna oraz przyzwoite zarobki), należała do kobiet wcześnie rozbudzonych seksualnie. Już w wieku trzynastu lat rozpoczęła życie intymne.

Dość szybko poznała Feliksa – swego „oficjalnego” narzeczonego, przystojnego młodzieńca, studenta (ona również studiowała). Oprócz niego miała przygodnych kochanków, z czym się specjalnie nie kryła. Narzeczony robił jej sceny, groził zerwaniem, na co ona śmiała mu się w twarz. W końcu przerwał ten toksyczny związek i wyjechał studiować do Paryża. Tam poznał dziewczynę, która nie miała aż tak rozbuchanego temperamentu.

Paulina przypadkiem dowiedziała się o tym (od wspólnego znajomego). Natychmiast opanowała ją dzika zazdrość. Jej „były” ma być szczęśliwy z inną kobietą? Odwiedziła go i spróbowała na nowo rozpalić w nim żądzę, jednak nie dał się przekonać do reaktywacji związku. Wściekła Paulina kupiła pistolet i napisała groźny list do eksprzyjaciela. Listu jednak nie wysłała. Został on znaleziony – na szczęście dla potencjalnej ofiary – przez właścicielkę mieszkania, u której Paulina wynajmowała pokój. Gospodyni podczas sprzątania odkryła także pistolet.

Natychmiast powiadomiła eksnarzeczonego Pauliny, szykującego się już do ślubu z nową damą swego serca. Młodzieniec wykręcał się jak tylko potrafił od spotkania z Pauliną, w końcu jednak ugiął się – z zastrzeżeniem, że będzie mu towarzyszył kolega.

Umówili się na „randkę” przy placu Cambronne, upamiętniającym nazwisko ostatniego dowódcy gwardii cesarza Napoleona Bonaparte. Paulina na plac nie poszła. Zajęła stolik w kawiarni, skąd mogła wygodnie obserwować mieszkanie byłego przyjaciela. Zauważyła wtedy, że wraca sam. Kolega nie dotarł. Sytuacja rozwijała się dla niej nad wyraz pomyślnie.

Zadzwoniła do drzwi. Eksnarzeczony otworzył, sądząc, że to przybywa spóźniony kolega. Paulina niezwłocznie wpakowała w niego trzy kule. Czwarta miała być dla niej, ale pistolet zaciął się. Odkręciła więc gaz i położyła się w kuchni, oczekując śmierci.

 

 

Uratował ja spóźniony kolega gospodarza – zamknął kurek z gazem i zatelefonował po pogotowie. W szpitalu morderczynie odratowano, natomiast jej ofiary już nie.

Sprawa wywołała duże zainteresowanie. Rychło wyodrębniły się dwa obozy – zwolenników Pauliny i jej zdeklarowanych wrogów. Bardziej przekonujące wydawały się argumenty tych drugich: zaplanowała wszak to zabójstwo, nie może być mowy o zbrodni w afekcie.

Obrońcy Pauliny wskazywali na podejmowane przez nią próby samobójcze. Broń, która się posłużyła, poddano analizie. Eksperci stwierdzili, ze pistolet mógł się zaciąć. Nie był najlepszej jakości.

Prokurator zażądał kary śmierci. Paulinę bardzo obciążył jej pamiętnik; notowała w nim swe erotyczne podboje, wystawiając kochankom, niczym urodzony belfer, stosowne cenzurki.

Na szczęście dla obwinionej we Francji nie wysyłano już wtedy kobiet na szafot. Ostatnia taka egzekucje wykonano u schyłku XIX stulecia. Oprawca musiał ciągnąc wówczas za włosy zabójczynie, ponieważ nie chciała dobrowolnie iść pod gilotynę. Wywołało to tak ogromny niesmak, ze nawet jeżeli orzeczono karę ostateczna, to jej wykonanie zawieszano. Sad orzekł zabójstwo w afekcie i skazał Paulinę na dożywocie. W wiezieniu w 1963 r. Paulina otruła się.

 

Więcej:zbrodnie