W grudniu 1979 roku trudno było o tym marzyć. 18 grudnia. Kolejna rocznica tragicznych wydarzeń z 1970. Jeszcze więcej ludzi przy bramie nr 2 niż rok, dwa, trzy lata wcześniej. Ciągle jednak garstka. Do 10 milionów było jeszcze daleko. Wtedy też chyba we mnie coś się zmieniło. Czułem się silniejszy, chociaż byłem jednym z kilku działaczy w naszej grupie, w zalążkach Wolnych Związków Zawodowych. Czułem, że zbliża się jakaś zmiana, czułem, że czas na mnie. Byłem mądrzejszy po 9 latach od Grudnia, po 9 trudnych latach – od zwolnienia do zwolnienia z pracy za niepokorność. I od narodzin dziecka do narodzin.

– W jakiej Polsce będą żyć te dzieciaki? – czasem myślałem. Buntowałem się wewnętrznie, brałem dziecko w wózku i szedłem w miasto. Zawsze parę ulotek się rozrzuciło, kilka „Robotników” rozdało. Z wózkiem też mnie parę razy zaaresztowali. Ale to inna historia...W trakcie przygotowań do obchodów większość naszych ludzi została aresztowana. Zostało na wolności kilku z Ruchu Młodej Polski i WZZ. Mnie udało się ukryć w przeddzień obchodów rocznicy. Pamiętam, że musiałem uciekać z pracy, bo już panowie z SB czekali na mnie. Nocowałem poza domem. Do pracy następnego dnia dostałem się w kontenerze, który koledzy zamknęli i zaplombowali. W ten sposób też wyjechałem z Elektromontażu. Dotarłem pod bramę nr 2 stoczni, w miejsce, gdzie chcieliśmy postawić pomnik w hołdzie poległym w 1970 r. kolegom. Ludzie czekali, przedostałem się przez tłum. Chyba pierwszy raz przemawiałem przed taką publiką. Powiedziałem wtedy, że jeśli władza nie pozwoli nam postawić pomnika, to za rok każdy przyniesie po kamieniu i usypiemy pomnik (patrz – fragment notatki gdańskiej SB z grudnia 1979).

10 lat później władza chciała już rozmawiać, chociaż słynny stół nie miał łatwego losu. Był składany i rozkładany. Nic nie było jeszcze pewne. Podobnie jak finał tej batalii. W styczniu 1989 roku spotkałem się w końcu po różnych podchodach z generałem Kiszczakiem i uzgodniliśmy szczegóły funkcjonowania Okrągłego Stołu. Termin jego rozpoczęcia ustaliliśmy na poniedziałek, 6 lutego. Z Henrykowa przywieziono znów kilkanaście segmentów okrągłego mebla i zaczęto go montować w Sali Kolumnowej Pałacu Namiestnikowskiego. 6 lutego 1989 roku działa się historia. Dla komunistów była to walka o życie. Nikt nie mógł dać nam wtedy gwarancji, że po rozmowach i niekorzystnym dla nich obrocie spraw nie wytoczą innych argumentów. Że nie rozpoczną się represje wobec nas. Historia różne scenariusze podpowiadała.

Przypominała właśnie Grudzień 70 i czas po nim, ale też lata 40. i 50. Mówiło się nawet, że władza szykowała na czas po obradach – lub później, po wyborach – kolejny stan wojenny. Sprawę pozostawiam historykom. Były też po drodze inne niepojące i niewyjaśnione do dziś dramatyczne sygnały. 21 stycznia 1989 na plebanii kościoła św. Karola Boromeusza w Warszawie zamordowany został przez zmiażdżenie kręgów szyjnych ksiądz Stefan Niedzielak. Na początku lutego bezwględnie zamordowano z użyciem gazu młodego białostockiego księdza Stanisława Suchowolca. Obaj duchowni aktywnie działali w środowiskach antykomunistycznych. Wcześniej otrzymywali pogróżki i w końcu zostali prowokacyjnie zabici tuż przed obradami Okrągłego Stołu. W takim klimacie toczyły się rozmowy. Przez półtora miesiąca toczyła się batalia. Jeśli rozmowy szły nie po myśli komunistów, to za pomocą OPZZ wszczynali strajki, żeby pokazać niezadowolenie społeczne z obrad Okrągłego Stołu.

To były trudne negocjacje. Często utykały w martwym punkcie. Jechałem wtedy do – owianej niesłusznie niechlubną sławą – Magdalenki po to, żeby przełamywać impasy. Wcale nie po to, aby się potajemnie układać. Do dziś zarzucany jestem oskarżeniami o rzekomy kontrakt, układ czy nawet o zdradę właśnie w Magdalence. Już setki razy, w wielu okolicznościach przysięgałem, że żadne układy i żadna zdrada nie została tam popełniona. Uzyskaliśmy tyle, ile było w tych warunkach możliwe. Na koniec obrad powiedziałem: „Osiągnęliśmy niezbędne minimum dla wkroczenia na szlak przemian demokratycznych. (...) Patrzymy z odwagą i nadzieją w przyszłość. Wierzymy bowiem w te słowa, które umieściliśmy na gdańskim Pomniku: »Pan da siłę swojemu ludowi. Pan da swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju«”. Kiedy mówiłem te słowa, przebiegały mi gdzieś przez głowę minione lata, trudne chwile i momenty radości. Wracałem myślami także do tego Pomnika. Tam, gdzie stoi, ta droga na dobre się zaczęła. 30 lat temu.